Strona głównaKontaktZarejestruj sięZaloguj się

  • Czy wiesz, że wizerunek Sonica pojawił się po raz pierwszy w grze "Rad Mobile"? Wydana ona została w styczniu 1991 roku, czyli daleko przed premierą oryginalnej gry z jeżem.
  • Wyścigowy spin-off serii: "Team Sonic Racing", trafi na sklepowe półki w drugim kwartale 2019 roku. Wyprodukowany zostanie przez Sumo Digital, które odpowiadało wcześniej za "Sonic & All-Stars Racing Transformed".
  • Czy wiesz, że Jun Senoue (gitarzysta i klawiszowiec Sonic Team) początkowo nagrał 8 prototypowych piosenek do wprowadzenia/finału "Sonic Adventure"? Ostatecznie wszystkie porzucono na rzecz "Open Your Heart", które świetnie nadawało się do zapowiedzi gry na Tokyo International Forum w 1998 roku, a także samego powrotu jeża do walki o konsumenta, po paru latach od czasu anulowania "Sonic X-Treme".
  • Najnowsza główna gra z niebieskim jeżem: "Sonic Forces", jest już dostępna w sprzedaży. Klimatycznie gra przypomina wczesne next-genowe inkarnacje naszego podopiecznego, co jednych przyciągnie do tej produkcji, a innych zniechęci. Warto także wspomnieć o tym, że to pierwsza gra z serii, która w Polsce doczekała się oficjalnej lokalizacji za którą odpowiedzialna jest Cenega - dystrybutor poprzednich gier "Niebieskich".
  • Czy wiesz, że komiksy z Soniciem, które były wydawane przez Archie Comics, mają tytuł "najdłużej wydawanej serii komiksowej opartej na serii gier wideo", który został nadany w 2008 roku?
  • "Sonic Mania Plus" jest dostępna już dziś! Gra zawiera nowy czteroosobowy tryb kooperacyjny, grywalnego Mighty'ego i Ray'a, tryb "Encore" zmieniający położenie przedmiotów oraz przeciwników, a także wiele poprawek. W specjalnej fizycznej wersji gry (dostępnej tylko na konsole), otrzymamy 32-stronicową książeczkę z szkicami i projektami postaci, przeciwników i plansz, podczas okresu prezentowania projektu firmie i produkcji, a także podwójną okładkę, przypominającą grę na Segę Mega Drive.
  • Czy wiesz, że Chip z "Sonic Unleashed" pierwotnie miał być duszkiem, stworzonkiem podobnym do Chao, lub nawet... rybą?
  • "Sonic: The Wrath of Nazo" Aarona Cowderego, nie będzie miała swojej premiery (jak to planowano) pod koniec 2019 roku. Animowanie aktu 1 z 3 okazało się zbyt skomplikowane, co przełożyło się na nieokreślone opóźnienie premiery animacji. Na szczęście, film będzie 15 minut dłuższy niż pierwotnie zakładano.
  • Dokąd nocą tupta jeż? Zapraszamy do aktywności w działach "Porozmawiajmy" oraz "Dyskusje", gdzie każdy to może wtrącić swoje symboliczne "dwa grosze" do rozmów na różnorakie sprawy związane z wielkim, szerokim uniwersum niebieskiego jeża, które jest nie większe, niż wypociny Marvela, czy też DC.





 [ Posty: 636 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 33, 34, 35, 36, 37, 38, 39 ... 43  Następna
Szukaj:
Autor Wiadomość
Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 17 lip 2019, 20:10 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
- Możesz go wezwać?- Wskazuję Hondo, aby posadził swojego tylko rasowego brata.
- Gdybym znalazł coś interesującego, to mógłbym... Ale... - Nasz szakal strzyka pięścią, wstrzymując dalsze słowa.
- Przecież jestem już martwy... Po prostu szukam najmniej bolesnej opcji...
- A ja myślę, że jakoś możesz się ocalić. - Hondo szturcha go w klatkę piersiową. Szpieg otwiera usta, nie rozumiejąc. - Współpracuj, to może załatwimy ci jakieś wyjście, dzięki któremu będziesz mógł żyć sobie dalej. Uważaj z tą śliną! - Skręca jego twarz na bok, kiedy wypluwa ostatnie resztki krwi po dwóch straconych zębach.
- Nie ma najmniej bolesnej opcji. To, że Ahmis cię zarżnie, to jest oczywistość...Ale możesz być czymś więcej niż tylko ścierwem, które dało się złapać i jest spalone, musisz po prostu robić to, co ci każemy.
- Nie doceniasz mnie... Ale okej, uznajmy, że Ahmis jest faktycznie takim szaleńcem. - Hondo wydaje się bardzo pewny swojej alternatywy.
- Czego chcecie? - Pyta szpieg Ahmisa.
- Ahh... Nie H. Miałem na myśli, że jest albo śmierć, albo życie. - Klepię szakala po plecach. - Ja mam pomysł jak cię wykorzystać, ale najpierw chcę usłyszeć, co reszta powie.
- Jeśli tylko odpowiednio to rozegramy, to powinno się udać. Skąd mamy wiedzieć, że skubaniec nie spróbuje jakichś sztuczek? - Bruce wpatrzony jest w opaskę na oczach kreta. A tak przynajmniej skierowane są jego specjalne okulary.
- Mamy sposoby, aby kolega pozostał wierny. W końcu obecnie to jego najlepsza opcja, czyż nie? - Hondo uśmiecha się pod nosem, klęcząc z głową na poziomie głowy rasowego kompana.
- Słucham więc...
- Widzisz, Ahmis ci teraz raczej nie ufa. - Słowa przemytnik kieruje na więźnia. Pokazuje to, wykonując małe skierowanie twarzy tegoż do siebie. - Bo wiesz, możemy wmówić ci wszystko, przesiadujesz w domniemanej bazie... Może nawet w jakiś sposób ukara cię za to, że dałeś się złapać.
- Jak mógłby mnie ukarać? - Usta szpiega dygoczą.
- Nie słyszałem o takich karach, choć spotkałem się z pogłoskami, że naprawdę pechowi szpiedzy... znikali z miasta. Nie wiemy co się z nimi stało. - Na te słowa szpieg aż przełyka z niesamowitym trudem ślinę. - Ale co by było gdybyś miał dowody na to, że magazyn to podpucha dla jakiejś dużo większej akcji? Zleceniodawca by to zignorował?
- Raczej nie?
- Dokładnie! Miałem długą styczność z tym koleżką... - Hondo wstaje z klęczek i zawiązuje szmaty w dwa supły. - Widzisz... jego problem polega na tym, że odpowiednio rozegra się dwie akcje i wtedy natychmiast się gubi. Wystarczy tylko sprawić, aby tylko on dowiedział się o danej sytuacji i tylko on miałby możliwość rozegrania tego, bo reszta straży jest związana innymi sprawami...
- Jak to chcesz...
- Jako gość znienawidzony przez Ahmisa znam przynajmniej pięć luk w obecnym prawie tego miasta, którymi łatwo mogę uziemić w interwencji większość sił. Ahmis kocha jednak działać ponad prawem. Powiedz mi, pragniesz żyć, prawda?
- Tak...
- Masz ukochaną? Czy może uwielbianą rodzinę? - Bruce dołącza do dyskusji.
- Jestem wdowcem... Mam prawie pełnoletnią córkę i dużo młodszego syna. B-Boję się, że Ahmis mógłby to jakoś wykorzystać...
- Pustynna Grypa odebrała ci żonę? - Kret chyba trafia w sedno, bo szakal zostawia otwarte usta.
- Tak... - Tylko to potwierdza.
- To może utrudnić... Ale da się załatwić. - Dołącza Hondo.
- Czyli wszyscy myślimy o tym samym-Podsumowuję. - Kontynuujcie chłopaki. - Siadam na podłodze, opierając się na ścianie.
- Widzisz do czego dążymy? - Hondo upewnia się co do szpiega, który tylko przytakuje. - Ja zajmę się twoimi dziećmi i twoją szansą na przetrwanie tego problemu, a jednocześnie osłabisz wpływy jednego z gorszych gości w mieście... Może nawet całkowicie go zlikwidujesz i uczynisz miasto lepszym.
- Na pewno? - Pyta nagle szpieg. - Jego siatka pozwala łatwo wychwytywać zwolenników Anonima...
- Coś chyba nie pykło wczorajszego dnia... - Przerywa mu Bruce. - Nasz hotel, coś ci to mówi?
- Ach, w sumie racja... - Szpieg najwidoczniej też o tym usłyszał.
- Masz jednak wątpliwości, czy na pewno jego usunięcie przyniesie korzyści? Cóż, co o tym mogą powiedzieć ci, których śledziłeś? - Tu Hondo postanawia postawić na nasze argumenty. Bruce czyni pierwszy:
- Widzisz, jego siatka w kluczowych momentach i tak zawodzi, do tego ryzykujesz razem z innymi własnym życiem, a nieraz prowadzi to tylko do pogorszenia spraw. Dla przykładu? Jakiś tydzień temu jeden z nas został pobity tylko dlatego, że chciał wiedzieć, co jest, jakie w mieście... A dzisiaj z rana pierwszy jego czyn to oskarżanie niewinnego nietoperza o bycie Heroldem, bo "jego rany pasują do tych, które MOŻE mieć Herold!"... To dla ciebie ktoś normalny?
- Nie... - Odpowiada szpieg.
- Trochę by się tych jego grzeszków nazbierało... No ale widzisz kolego, jesteś w strasznie głębokim bagnie. Ja nie mam co wymienić... No chyba oprócz tego, że to dopiero jeden z naszych złapał zamachowca, a nie on... Zresztą Ahmis ma gdzieś właściwe problemy, on się skupia na tym, co go intryguje. Czyli: Niewinnym podróżnym, rannym nietoperzu, zbłąkanym podróżnym... Kojarzysz Corteza i jego gang? Wiesz kto, się go pozbył?
- Nie...
- Jakiś pielgrzym z kijem i to kiedy go napadli-Parskam śmiechem. - To był problem, który można było łatwo rozwiązać...Ale Ahmis tego nie zrobił.
- No i widzisz... - Hondo staje obok szakala i obejmuje ramieniem na barkach. - Jedyne czego potrzebujemy, to wspólne zaufanie. Ty zrobisz dla nas jeden prosty ruch, który za chwilę opracuje jeszcze dokładniej, a my już załatwimy ci najlepsze możliwe rozwiązanie, gdzie dalej żyjesz ze swoją rodziną. Będę tylko potrzebował kilku informacji, ale to też łatwo rozwiążemy. Pytanie tylko, czy nam ufasz?
- Ja... - Szakal kieruje głowę w stronę kolegi kreta. - Chyba i tak nie mam lepszego wyjścia. Muszę wam zaufać.
- Takie coś wystarczy? - To pytanie Hondo kieruje do nas.
- Oczywiście, jeżeli nam pomożesz to i my wynagrodzimy cię. Żeby nie było niejasnośći. - Prowadzę chłopaków do pokoju obok. - To wystarczy.

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 17 lip 2019, 22:26 
Awatar użytkownika
Opiekun

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Elna

- Cóż, pochowano tu wiele szumowin... - odezwała się cicho Jo, obserwując pobliskie groby po drodze. Szliście nieco wolniejszym krokiem, aby w razie czego kto potrzebował, to mógł na chwilę zostać.

Wilk zniknął podczas przechodzenia obok grobu Jednookiego. Dojrzeliście go pomiędzy kilkoma grobami klęczącego i kładącego kwiaty obok jednego grobu, który przypominał grubą tablicę i leżącą pod nią pokrywę.
Faiza trzymała się blisko skunksa i Naomi, która po chwili przystanęła przy grobie prezentującym zdjęcie jakiegoś koali z bródką.
- Cóż, widzimy się przy wyjściu z drugiej strony. Ci którzy wiedzą jak iść w razie czego prowadzą. - odezwała się nagle Jo i skręciła na jednym z skrzyżowań bruku, aby zniknąć w oddali.

Espio wyjątkowo chodził bez kamuflażu i trzymając się najbardziej z tyłu, około trzy metry od najbliższych osób.

Will

Trafiliście do pustej przestrzeni sąsiedniego pomieszczenia. Hondo dla pewności wyjrzał na zewnątrz, kiedy Bruce nasłuchiwał pośród ciszy.
- Na razie spokój. - odezwał się szakal, poprawiając drzwi tak, aby były jak wcześniej. - Jakby co, faktycznie mam sposób na wciągnięcie Ahmisa w pułapkę. - to już powiedział bardzo cicho, chcąc uniknąć usłyszenia przez szpiega.
- W moim mniemaniu wystarczy aby wezwał Ahmisa w jakieś inne miejsce, a my go skompromitujemy na oczach rzecznika... A, no właśnie... Zamiast Burmistrza będzie jakiś inny koleś, ale spokojnie... Pamiętam o naszej umowie.
- Jeżeli to wam pomoże, to już mi to wystarczy. Wszystko co pozbędzie się Ahmisa i Anonima będzie dobre. - szakal pilnuje wzrokiem więźnia, który spokojnie siedzi w siedzeniu, nie robiąc podejrzanych ruchów. - Tak właściwie, dajcie moment... - skierował się do niego.
- Posiadanie wtyki w siatce porucznika też będzie dobre. - odezwał się cichutko Bruce.
- O ile ten drugi... Lis... go nie asekurował, będąc jego skrzydłowym... I już nie powiadomił Ahmisa, że jest spalony. - zwróciłeś uwagę.

- No właśnie... To jest ryzyko, którego się wtedy podejmiemy. - Bruce obserwuje dwójkę szakalów.
- Naprawdę nie chciałem przecinać sznurów! - wykrzyknął nagle szpieg.
- Wierzę ci, spokojnie... Po prostu dla pewności, dobra? - Hondo trzyma w ręku krótki nożyk, którego z jakichś przyczyn szakal nie próbował ani razu użyć.
- Tak, dla pewności... - od razu szpieg odetchnął z ulgą.
- Kim jest lis? - zapytałeś prosto z mostu szpiega.
- Jaki lis? - twarz szakala wyrażała zaskoczenie.
- Taki brązowy, w kaftanie? - dopowiedział Bruce.
- Nie znam żadnego lisa... - odpowiedział po krótkim namyśle. Hondo strzyknął znowu knykciami. - Naprawdę! - odpowiedź była jeszcze pewniejsza.
- Tylko nie krzycz, okej? - przemytnik szturchnął go w brzuch, na co ten pokiwał głową.

Zacząłeś mieć wątpliwości.
- Teraz to się obawiam, że Ahmis stara się nas w coś wciągnąć i poświęcił jednego ze szpiegów... Jest ktoś w magazynie?
- Ajsza, Pierre, ten Luti czy inny, Phil, a dzisiaj dołączył jeszcze Jacob. - Hondo odzywa się już cicho przy nas. - Później dołączą już pozostali. Giorges może niedługo wpaść po snajperkę. - i przy tym jeszcze ustawił się na moment do jedynych drzwi, prowadzących na korytarz.
- Ten "Luti" to "Lufti"... - poprawił go na koniec Bruce.
- Pamiętasz ich wszystkich?
- Oczywiście, to mój... talent. - kret założył ręce na piersi, obserwując krótki nożyk z czerwoną rękojeścią w ręku przemytnika.
- Na wszelki wypadek ruszę i sprawdzę czy jednak Ahmis nie robi sobie właśnie czystki w magazynie. Szpicla zostawiam wam, spotkamy się później w włościach H. Okej?
- Oki. Jak zobaczysz kremowego jeżozwierza, to będzie Giorges. - Hondo wskazał Bruce'owi ręką, aby poszedł za nim. Kiedy opuszczałeś pomieszczenie, dwójka stanęła ponownie przy szpiegu.

Opuściłeś pomieszczenie i zszedłeś całkowicie po schodach na dół. Tym razem po ulicy przechodziło kilka osób, choć po lisie ani śladu. Wkrótce zbliżyłeś się do ulicy z magazynem. Pytanie, czy zastosować standardowe wejście czy alternatywę?


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 18 lip 2019, 13:53 
Awatar użytkownika
Moderator

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Nieco spowolniłam i starałam zrównać się z Espio.

- Hej, mogę tak tu ubezpieczać tyłów razem z tobą? W końcu masz mieć na mnie oko.

- Jasne. - Espio krótkim słowem się zgadza.

- O, nie sądziłam, że się zgodzisz. Nie jesteś chyba typem, któremu w szczególnym stopniu zależy na towarzystwie co nie?

- Kiedy spędzasz czas z dzieckiem i krokodylem z manią pieniężną, to każde alternatywne towarzystwo wydaje się dobre. Zawsze jesteś taka rozmowna. - Espio obserwował uważnie ruchy każdej osoby, zapamiętując ich rozchodzenie się i powroty. Wilk teraz był najdalej i szybszym chodem doganiał resztę.

- Heh, teoretycznie powiedziałabym, że nie, ale fakt, ostatnio zdarza mi się kłapać dziobem coraz częściej. - wyznałam nieśmiało. - Chciałam ci podokuczać, ale powiem ci, że jesteś ciężkim celem. Skupiony, spostrzegawczy i zabójczy. Dobrze, że walczymy po tej samej stronie... - powiedziałam nieco ciszej. - W każdym razie musiałabym bardzo się postarać żeby zaleźć ci za skórę, ale jestem na to zbyt leniwa, więc odpuszczę.

- To skoro już jesteś taka rozmowna... O co chodzi z tymi popisami przed Vectorem?

- Ah, to? Czy możesz mi przypomnieć jeszcze raz jak ja się nazywam?

- Elna Augustyna Rodriguez von Hassletroll... - skubany pamięta to wszystko.

- Tak, tak. Muszę to chyba serio zapisać. A o co mi z tym chodzi? No cóż, stwierdziłam, że będę udawać, że Vector jest cudowny i wspaniały po to żeby... - zatrzymałam się gwałtownie. - W... w sumie to... Nie wiem po co... Tak... tak po prostu...


Espio niespodziewanie zatrzymał się dwa kroki później i obrócił. W międzyczasie wilk nas wyprzedził, a Naomi już dołączała bardziej z przodu. Pewnie przeszła naokoło.


- Cóż, czasem robimy rzeczy wydające się bez sensu... Trochę jak obecna wojna, czyż nie?

- Albo jak moje życie - westchnęłam. - Do każdej napotkanej przeze mnie osoby przyjmuję inną postawę. W ten sposób nikt tak naprawę mnie nie zna, a ja znam każdego, jednocześnie mając wszystkich gdzieś. Wygląda na to, że tobie ufam z jakiegoś powodu na tyle by o tym powiedzieć, ale nie masz pewności czy mówię prawdę czy po prostu jesteś kolejną ofiarą - uśmiechnęłam się dźgając go w bok. - A u Vectora padło akurat na bycie jego największą fanką. Wkrótce może się lekko rozczarować bo żart mi się znudził..

- Czy tworzenie paradoksu nie czyni z ciebie po prostu osoby o wielu twarzach, po której spodziewać się można tego, że nie powinniśmy spodziewać się niczego? - zapytał nagle Espio, który nie zrobił nawet większego ruchu po dźgnięciu.

- Em... nieco się pogubiłam, ale niech ci będzie Panie Wszystkowiedzący - gestykulowałam rękami z wyrzutem. - Ach, no i dzięki za to, że wstawiłeś się za mną u Tyrona. Naprawdę zależało mi na tym by pójść z tą grupą.

- Z powodu koleżanki? - "Cholera, czyżby wiedział i o tym?"

- Po części... Znając ciebie wiesz już wszystko i pewnie na podstawie moich cmentarnych komentarzy udało ci się ustalić moją przeszłość! Tak czy siak dzięki - uśmiechnęłam się, ale po chwili mina mi zrzedła. - Na Gaię, czemu ja jestem taka miła?! Nie powinnam być! - klepnęłam kameleona w tył głowy dosyć mocno. - Spadaj! Masz na mnie zły wpływ!


Wybuchłam i podbiegłam kawałek na przód. Po chwili jednak odwróciłam się szeroko się uśmiechając w jego stronę. Po tym ponownie zwróciłam się w kierunku w którym nasza grupa szła i odwracając się do Naomi rozłożyłam jedynie ręce robią głupkowatą minę. Espio po krótkiej chwili ruszył. Chyba sam się uśmiechnął przy moim uśmiechu. Naomi tymczasem zignorowała moją obecność. Powoli zbliżaliśmy się do granicy cmentarza, a w oddali dojrzałam chyba między tabliczkami gęstą i długą czuprynę Jo.

_________________
Obrazek

Już my wam damy popalić!
Imperium Eggmana zawsze na fali!


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 18 lip 2019, 17:53 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Na standardowym wejściu nasi na pewno postawili jakiegoś obserwatora. Wolę mieć pewność, że nie zdemaskuję nas w jakiś durny sposób. Poza tym... Muszę przekazać trochę newsów członkom kompani. Dostaję się na górę i przygotowuję do skoku.
Przy odpowiednim manewrze udaje się bez wzbudzania podejrzeń wejść do budynku i wejść na górę.
Przy osiągalnym oknie już widać Pierre, który mi macha. Dostaję się przez okno, tym razem nawet nie hamując na barierce.
- No, przynajmniej nie uszkodziłeś barierki. - Kojot poklepuje mnie po barku z pochwałą.
- Działo się coś podejrzanego? - Przechodzę od razu do sedna i ściskam dłoń kojota... Który nadal nie ma spodni...
Ach, pomyłka. Tym razem ubrany jest w jakieś bordowe spodenki. Podczas akcji pewnie i tak je zdejmuje, na rzecz pancerza...
- Nie... Znaczy, wiesz... - Kiwa na przeciwną stronę górnej kondygnacji, którą zajmuje oparty o barierkę „Pan Luftwaffe". - Gość nadal nic się nie odezwał. Zastanawiam się, czy on po prostu jest niemową, czy co... Próbowałem z nim rozmawiać i...
- Po prostu wie, kiedy ktoś jest tak specyficzny, że szkoda gadać bez potrzeby. - Ajsza pojawia się z tyłu.
- Hahaha, bardzo śmieszne. - Pierre oczywiście mówi to z sarkazmem.
- Czyli nic... Sprawdziłem messerchmita u Bruce'a-jest czysty. Czyli nic się nie działo? - Patrzę na pumę.
- Poza tym, że Pierre co minutę patrzy na bombę, to nic.
- To instynkt sapera! Każda bomba... - Usta Pierre zostają zamknięte przyciśnięciem dolnej wargi do górnej przez dłoń Ajszy.
- Nie krzycz, bo cię uduszę. - Jej niebieskie oczy piorunują go, a ten szybko przytakuje.
- ...każda bomba buduje we mnie niepokój. Nieważne czy rozbrojona, czy nie. - Dokańcza myśl.
- W każdym razie zmiana planów-Prowadzę dwójkę do jednego miejsca-Zwołajcie wszystkich. Nawet Stukasa.
- Em... dobra. Ajsza? - Pantery nie trzeba przekonywać długo. Jeszcze zanim wypowiada jej imię, ona już pędzi z zawrotną prędkością równającą się z niesamowitą ciszą, dając znać każdemu, aby przyszedł.
Przychodzą wszyscy, nawet "Sztukas", który stoi jedynie za plecami Phila i Ajszy.
- Słuchajcie. Herold, na którego powitanie tak się szykowaliśmy, nie przyjdzie tej nocy. I jest to pewne na sto procent. Teraz nie Anonim chce nam narobić bobu, a Ahmis... Zyskaliśmy potężnego sojusznika, jednak i ten poryty mentalnie zając nastawił uszu jeszcze bardziej. Jeżeli ktokolwiek zauważył odstępstwa od normy w rutynie ostatnich dni, niech powie o nich teraz i pilnujcie okolicy... Udało nam się jednego ze szpicli złapać i właśnie... Jego uświadamiamy, że u Ahmisa czeka go marny koniec... Ale musimy być gotowi na wszystko. - Zmieniam temat-Rozstaw głośników i straży nie zmieni się mocno... Jednak musimy być gotowi nie na podjazd pojedyńczego zabójcy, a na istną falę... Fanatyków albo strażników.
- Czy nieco inne ich chodzenie też się liczy? - Nagle odzywa się... tygrys.
- O cholera, on mó...! - Szyja Pierre zostaje zaciśnięta dłonią Ajszy.
- Weź. Już. Nic. Nie. Mów. - Puszcza go, a ten tylko przytakuje.
- Faktycznie, były zmiany w rozchodzeniu się. Ale to nic ostatecznie nie zmienia w kwestii samego wnętrza. Po prostu trochę inaczej wędrują wokół i rozpiska Hondo nie jest tak dokładna, jak wtedy. - Wyjaśnia informację tygrysa nasz snajper.
- Oraz skupienie strzelców. Przestawcie swoje skupienie na zewnątrz... Nie oczekujmy zabójcy wewnątrz, bo armia przyjdzie z zewnątrz... I jeszcze... Zna ktoś polityków tego miasta?
- Mamy ich trochę. - Ajsza kiwa na Pierre, który już chce się odezwać, ale przełyka ślinę. - Kolega ci zapisze... Nadal masz kartkę, prawda Jacob? - Skunks wyciąga z torebki przy pasie jakąś złożoną kartkę A4, a po chwili dobywa długopisu. - Daj mu trochę czasu i jeszcze przed wyjściem powinien ci to załatwić.
- W sensie... Ktoś mi mógłby łaskawie podać profil psychologiczny, wzorzec zachowań jednego konkretnego? Wolę być gotowy na te negocjacje.
- Jakiego potrzebujesz? - Pyta Jacob.
- Rzecznik pokoju miasta czy jakoś tak... Mam podać dokładne imię? Bo nie ręczę za moją dziurawą pamięć.
- Spokoju miasta, jak się domyślam... Daj mi chwilę i wkrótce ci to załatwimy. - Jacob kiwa na Pierre i już chciał podejść do skrzyni, kiedy zatrzymał się po kroku. - Czy coś jeszcze musimy wiedzieć? - Dopytuje.
- Tak... Cokolwiek przyjdzie na negocjacje i nie będzie do was napierniczało z wszystkiego co ma, macie zachować spokój i szykować się na to, co jest na zewnątrz.
- Oczywiście/Zrozumiano/Ta jest/(Mhm). - Odezwali się wszyscy, z wyjątkiem pomruku zrozumienia Luftiego. Jacob i Pierre udają się do skrzyni, aby zrobić opis tegoż rzecznika. Luftwaffe kieruje się na drugi bok magazynu, Phil wraca do karabinu i tylko Ajsza tutaj zostaje.
- Dasz wiarę, że ten gość średnio kilka razy dziennie prawie nas nie zdradza przez swoje hałasy? - Wskazujący palec pantery kieruje się na kojota.
- Dam... Ostatnio jestem zdolny uwierzyć w wiele rzeczy.
- Szczerze jestem w szoku, że mu jeszcze nie zaszyłam ust czy coś...
- Każ mu żuć gumę, kiedy coś mu strzeli do głowy to się nią zadławi i po problemie...
- Heh... Szczerze? Po prostu nie jestem tak okrutna, żeby coś takiego zrobić... - Obserwuje powoli piszącego kojota.
Mierzę ją cynicznym wzrokiem... - Doprawdy? W każdym razie, oprócz swoich dziwactw ma większe predyspozycje inżynierskie niż ja. Prawdopodobnie on zdał jakąkolwiek szkołę i tak dalej.
- A ty nie zdałeś? - Pyta, przekierowując wzrok na mnie.
- Po czym wnioskujesz, że miałem nawet szansę być w jakiejkolwiek szkole? - Wskazuję na kojota. - Patrz, w pełni wyposażony, zawsze przygotowany i wyszkolony... Może swoją wiedzę wyniósł z notatek i szkolnej ławki... Ja to, co wiem mam tylko z hmmm... Różnych przygód.
- Czy podczas tych przygód rozbrajałeś bomby, nie mając w tym doświadczenia? - Oczy nieco się podnoszą w wyraźnym zdumieniu.
- Albo bym rozbroił bombę, albo by zostało po mnie same nogi... Rozumiesz?
- Ty jesteś naprawdę szalony... - Słowa te chyba nie miały opuścić jej ust, bo są bardzo ciche. - Oczywiście, w pozytywnym sensie. - Szybko dodaje, coś przeklinając pod nosem po uświadomieniu, że przekazuje, nie to, co chciała.
- Jestem stuknięty... Szczerze mówiąc, to boję się wszystkiego co może ze mnie zostawić czerwoną plamę, ale im bardziej poznajesz swój strach, to, tym bardziej jesteś na to odporny... Aż w końcu stało się to moim konikiem.
- Coś w tym jest. - przyznaje pantera. Nagle obok pojawia się Jacob, podając mi kartkę.

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 18 lip 2019, 22:03 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Cieszyłam się, że mogliśmy jechać dalej. Może następna miejscowość zahaczy o ogień, czy coś podobnego. Wszyscy zamilkli.
- Ale w sumie nie dziwię się tym imperiofobom - przerwałam, przełknąwszy łyk soku. - Sama bym się trzęsła, gdyby zrobili mi to, co temu lisowi, czy jego szefowi.
Wyjrzałam przez okno, by przyjrzeć się widokom. Mogłam zobaczyć słaby blask gwiazd zakrywanych przez chmury.
- W każdym razie, będzie już wszystko w porządku, a nawet jeśli coś się wydarzy, jesteśmy razem i nic nas nie ruszy, rozumiecie? - zaśmiałam się, gdy zobaczyłam rosnące na ustach innych cyrkowców uśmiechy.
- A tymczasem polecam iść i się położyć.
Wstałam i umyłam naczynia, resztki wstawiłam do lodówki.
- Jutro zaczynamy planować kolejne widowiska...
Poszłam do siebie. I tak musiałam jeszcze pomyśleć o i poukładać sobie to wszystko. Może poszukam jakichś artykułów, które nieco pomogą mi się ogarnąć.

_________________
Życie samo do ciebie nie przyjdzie. To ty musisz przyjść do niego. I zapamiętaj sobie: duch marnieje, gdy człowiek odrzuca swoje pasje.Marzyciel, Laini Taylor

Kolesie na motocyklach zawsze wyglądają dobrze, dopóki nie zdejmą kasków.
Alex


Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 18 lip 2019, 22:39 
Awatar użytkownika
Opiekun

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Ailureen

Wszyscy zaczęli powoli kierować się działaniem śpiącego już Rhysa. Szybko po kolei załatwiali kolejne rzeczy przed snem, aż w końcu tak naprawdę tylko ty zostałaś w ciężarówce nadal nie śpiąca. Ciężarówkę powoli zatrzymałaś na leśnym polu, gdzie raczej nie powinno być problemów z jakimiś lawinami. A w razie czego ten obszar wyglądał na opuszczony.

Niestety obecnie sieć internetowa praktycznie nie istnieje w wyniku zniszczenia serwerów podczas wojny. Na szczęście istnieje papierowa technika. Zbierane gazety nie zawsze były doczytywane, a pewnie coś się tam by znalazło... I faktycznie się znajduje, tylko nie na pierwszej stronie.

"Kolejny atak terrorystów Luisa!" sprzed miesiąca opowiadał o uderzeniu na fabrykę położoną bardziej na wschodzie kontynentu. Wysadzono pół fabryki i zaczekano na garnizon, który zdziesiątkowano. W ataku zginąć miało pięciu pracowników fabryki i jeden żołnierz, nie wspominając o maszynach.
"Banda Luisa przestrzega!" było streszczeniem jakiegoś ostrzeżenia w samej Cytadeli. Grupa miała zhakować billboardy i wykorzystać je do rozognienia walki w Imperium. "Zdrajcy! Oto kim są ci, którzy wspierają Imperium!" mówił Luis, którego żółtawa, jeżozwierzowata twarz miała na sobie przeróżne rany. Gdyby nie kolce i widoczne granice, nie pomyślałabyś że to ktoś żywy... Pewnie dlatego zazwyczaj nosi tą maskę, którą zakrywał usta. Ma ona szarą barwę i dwójkę niebieskich szkiełek na oczy. Pokrywa spokojnie całą jego twarz po założeniu.
"Nadchodzą! Ruch Oporu już na Wschodzie!" było chyba jedynym artykułem na pierwszej stronie, a sam papier już nieco się zepsuł. Data to trzeci dzień po upadku szaleńca. Najwidoczniej wtedy jeszcze nie wiedziano, że to kompletnie inna grupa.
Niedługo później jednak twoje badania przerwało mocne ziewnięcie. To był moment ruszenia w sen...

- Wow, co tu się stało?! - Camilia stała w progu, obserwując rozłożone dawniej na biurku gazety, które jednak obecnie, najpewniej przez przeciąg, znalazły się na podłodze.

Elna

Cmentarz w końcu opuszczono, widząc kolejnego gargulca przy drzwiach z drugiej strony. Ten jednak był dużo niższy, stał na podeście i trzymał w ręku księgę. Podobno dwójka z nich stanowiła duchowe straże chroniące umarłych przed problemami żywego świata... Ale to bardzo stary mit i ty raczej nie miałaś tendencji do zapamiętywania tego typu zabobonów. A przynajmniej ten ci umknął.

Jo dogoniła grupę sprawnym chodem i już niedługo znalazła się w środku zgromadzenia. Espio ponownie zniknął jakoś po opuszczeniu tego terenu. Kroczyliście teraz jeszcze kawałek lasami, w oddali dostrzegając kolejnych żołnierzy Ruchu Oporu, którzy badali teren w poszukiwaniu wrogów. Jednak tym razem nie doszliście do ulicy, a skręciliście bardziej w stronę płynącej rzeki.

Nie minął ogrom czasu, kiedy twoja nowa drużyna znalazła się na ulicy pełnej połączonych budynków, ewentualnie dzielonych kamiennymi płotami. Weszliście jednak do barku na rogu. Lada z stołkami dla jednej osoby, kilka ław z ławeczkami i puste półki, gdzie dawniej były butelki.
- Pamiętasz nasze hasło? - upewniła się Jo, stając za koalą.
- Oczywiście. - ta zastukała w drzwi na zaplecze. Kawałek drewienka po kilku sekundach odchylił się i pojawiły się w nich piwne oczy.
- Piątka, czwórka, ósemka i jedynka. Z szczyptą wolności. - po tym deska zakryła drzwi i te rozchyliły się.
- Espio, zamkniesz za nami? - Jo obróciła się i kameleon stojący przy drzwiach przytaknął.

Znaleźliście się całą piętnastką w kamiennej piwniczce barku. Wielkie beczki oryginalnie zajmujące prawą ścianę zastąpiły teraz połówki tych beczek usłane materacami, stojaki na wino zamieniono na stojaki na karabiny, a sam środek salki zajął wielki, okrągły stół z desek, pewnie jakichś resztek po beczkach spod prawej ściany. Za kolumną podtrzymującą strop widać jakąś tablicę korkową z nalepioną mapą miasta.
- Znający plan mogą sobie spędzić te ostatnie... - tu lisica spojrzała na zegar zawieszony nad schodami prowadzącymi do drzwiczek. - ...sześć minut w spokoju. Reszta, zapraszam do stołu. Trzeba was wtajemniczyć. - tu wskazuje stół i staje po jego przeciwnej stronie.
Espio pierwszy stanął przy stoliku, a niedługo później jeszcze dwójka innych osób. Tygrys o białej sierści i czarnych liniach miał szarą bluzę zawiązaną rękawami na pasie, za to kozica o malutkich różkach dołączyła po chwili, nosząc szarawą rękawicę o długim mankiecie na prawej dłoni jako ozdobę dla jej zielonej kamizelki kuloodpornej i luźnej spódnicy do kolan, trochę jak u Amy. Na obrzeżu mankietu widać ślady jakichś poparzeń.

Will

Na kartce widać uproszczony rysunek hieny z przyciętym lewym uchem.
- Osobą na tym urzędzie jest Jonathan. Jeżeli masz dobre argumenty, powinieneś spokojnie go przekonać. To jedna z bardziej znanych osób, bo to on zajmował się większością spraw z zwalczaniem zwolenników Anonima, minimalizowaniem szans na zamieszki i tak dalej... - wyjaśnił jeszcze swoje skunks.
Wokół kartki widać różne dopiski związane z samym rzecznikiem, które Pierre zauważył pewnie podczas jakichś przemówień czy wywnioskował z różnych wydarzeń w mieście. Na liście widać m.in.:
- "Jeden z tych wyjątkowo wypełniających obietnice polityków. Pewnie dlatego mu się udało dostać na ten stołek."
- "Przeciwny Anonimowi i Imperium. Był jedną z ważniejszych osób odpowiedzialnych za zwiększenie ilości straży."
- "Choć rozkaz strzelania do osób zarażonych Pustynną Grypą mógł być przesadą [o ile to w ogóle on jest odpowiedzialny za ten rozkaz] to zdecydowanie miał udział w ograniczeniu szkód." [dopisek innym pismem, najpewniej Jacob]
- "Zauważyłem, że w rozmowach z innymi politykami jest stroną bardziej odpowiadającą na pytania niż je zadającą. Moim zdaniem lepiej próbować zachęcić go jakoś do pytań, ale to już kwestia na samo spotkanie."
- "Zdecydowanie liczy się dla niego dobro miasta. Osobiście uważam, że gdyby nie on, mielibyśmy tu znacznie gorzej. [Potwierdzam]" [kolejny dopisek]
- "Nie wiem jakie powiązania ma z Ahmisem. Jego rola w politycznym temacie miasta może jednak oznaczać znajomość tej dwójki. Porucznik to wysoka fucha."
Pierre zbliżył się, obserwując trzymaną kartkę.

- Dobra... Coś jeszcze powinienem wiedzieć? - zapytałeś go.
- To raczej ty powinieneś zadawać pytania. Zapisałem to co moim zdaniem było najważniejsze. - odpowiedział kojot, wskazując na kartkę.
- Tak, widzę to, Pierre. Przez pytanie "czy coś powinienem jeszcze wiedzieć", miałem na myśli czy wiesz jeszcze coś, czego łaskawie mi tu nie zapisałeś albo coś co sobie dopiero teraz przypomniałeś. - jak oni z niego sapera zrobili, Chaosie najsłodszy. - Więc... Powinienem wiedzieć coś jeszcze czy nie? Bo jak nie, to znikam bo mam napięty grafik.
- Ja nic więcej nie mam do dodania. - zakończył. Ajsza ponownie zaczepiła linę rzutem jak lassem na wystający słup będący na drugim dachu.
- Mam prośbę: Jak już wejdziesz, to odwiąż tą linę lub zdejmij i przerzuć z powrotem swój koniec. - poprosiła, zawiązując drugi koniec na barierce.
- Jasne. - prędko się prześlizgnąłeś na drugi koniec liny, pewnie przez doświadczenie. To już jednak trzecia wspinaczka bardziej w górę. Odwiązałeś i przerzuciłeś go pumie.
Ta pewnym ruchem chwyciła drugi koniec. Niedługo później byłeś już na dole.
- No... To teraz do miejsca spotkania, trzeba zebrać wszystkie fakty do kupy i przygotować się solidnie na te negocjacje.

Wróciłeś na górę, po drodze nie natykając się na nikogo podejrzanego, z lisem na czele. Szybko dotarłeś do wejścia na strych, które zdjęto na dół jeszcze zanim przybyłeś. Hondo i Bruce byli już sami. Ten pierwszy trzymał obrzyna i teraz robił coś przy nabojach.
- Ta broń miała zawsze kopa. - odezwał się Bruce.
- Tak, ale dla siłacza może to być jak rewolwer. Tylko strzelający jak strzelba... - Hondo włożył jeden z nabojów do środka, po czym wyyjął z uśmiechem. - No, faktycznie do tej broni. - kładzie amunicję obok.
- I jak tam poszło? - przeszedłeś od razu do sedna.
- Kolega dostanie cynk co i jak za dwie godzinki. Chciałem pomyśleć jeszcze dokładniej jak to rozegrać. Mam też informacje o miejscu zamieszkania jego dzieci... - zaczął Hondo.
- A poza tym, upewniamy się czy obrzyn dla mnie jest taki jaki być powinien. - dorzucił Bruce.
- No, więc jak widzisz, dużo cię nie ominęło. Nasi żyją? - szakal wreszcie obrócił na ciebie wzrok, bo wcześniej był skupiony na obrzynie.
- Żyją, poinformowałem ich o zmianie planów i trochę się dowiedziałem o naszym negocjatorze... - wyciągnąłeś kartkę od Pierre i położyłeś na stole przed rozmówcami, samemu chwytając za Silver Musketeer.
- Ach, ten gość. - Bruce od razu go rozpoznał.
- Jeden z nielicznych polityków, któremu bym chyba zaufał... Ale wiecie jak to z nimi jest. - Hondo załadował obrzyna nabojami, po czym wstał i wziął dwie puste butelki, kładąc je na skrzyni przy grubej ścianie. - Wykorzystamy, że nie ma nikogo innego w budynku.
- Dlatego proponuję spisać wszysytkie argumenty jakie omówiliśmy, przygotować pytania... - rozejrzałeś się za ołówkiem i kartką.

Znalazłeś je pośród skrzynek po lewej. Niektóre ołówki trzeba by było temperować, ale szybko znalazłeś jeden dobrze naostrzony i wróciłeś do stołu.
- Dobra.... Po pierwsze... Czego chcemy? Oprócz wsparcia w walce z Anonimem... I jakiej formy wsparcia oczekujemy... Sprzętu i Mobian gotowych garnizonować przejęte przez nas ośrodki, posiłki dla Błękitnych Sztandarów i... - pukałeś się przy tym ołówkiem w bok głowy.
- Wsparcie jest najważniejsze... Ale patrząc na skalę, to miasto samo w sobie może stać się centrum oporu. Desert Harbor to jedno z nielicznych miejsc, do których Anonim woli na razie nie podskakiwać... A jeżeli je umocnimy, to raczej będzie się miał z pyszna... Pytanie też, jak możemy wykorzystać naszą kartę przetargową. - Bruce zastukał w swój pas. Trzymał tam swoją część planu zdobytego w wiosce.
Strzał przerwał dalsze myśli. Hondo zachichotał, obserwując rozbitą butelkę i pokiereszowaną tuż obok.
- O żesz, to ma mocniejszego kopa niż pamiętałem... Jak dobrze, że uszczelniłem ten strych. - upuścił obrzyna, masując bark. Szybko podniósł broń znowu. - Uważaj Bruce przy strzale, siła tego grubasa może zaskoczyć...
- Możemy zaproponować im wyprawę tam, aby uzyskali te Wispony... - kontynuowałeś bez reakcji na słowa Hondo. - Zastanawia mnie reakcja Anonima na to, że miasto się umacnia... W każdym razie musimy też zwrócić uwagę na to co wybierzemy... Umocnione miasto czy przejęte ośrodki Anonima... Nie będzie problemem je zniszczyć w razie czego...Ale po co?
- Ośrodki mogą się przydać teraz i w przyszłości. Świat mocno ucierpiał na tej wojnie, także gospodarczo. - zwrócił uwagę Hondo. - Obie opcje tak naprawdę oddalają Anonima od szans przejęcia miasta. Ale tylko pod warunkiem, że miasto będzie zyskiwać większą przewagę.
- Dlatego będziemy musieli dobrze to zbalansować. Osłabić ośrodki Anonima i w razie czego całkowicie je zdobyć, ale też w ten sposób umacniać miasto. Najwięcej problemów może być z benzyną dla środków transportu, dlatego warto przejąć jakieś rafinerie i inne takie.

Nie mają nic w tym temacie do dodania, skierowałeś się do kolejnego punktu:
- Przydałoby się również podwoić z co dziesiątego do, przynajmniej, co piątego mieszkańca w roli strażnika czy innego obrońcy.
- A kto potem będzie robił sprawy przemysłowe? - Hondo wziął latarką, badając wnętrze obrzyna po wystrzale. - Bruce, ilu jest tych strażników?
- Aktywnie działa trzydziestu tysięcy, ale wliczając osoby w rezerwach to mamy prawie dziewięćdziesiąt tysięcy. Czyli statystycznie jednego na... dziewięciu lub dziesięciu. Inni kochają to zaokrąglać, bo nasze miasto liczy obecnie coś koło miliona. I nadal jest puste na obrzeżach...
- Cóż, jeśli połowa mieszkańców będzie na wojnie, to kto ją zaopatrzy? Już teraz niektórzy głodują, bo nasze możliwości farm pozbawione dostaw z reszty świata nie wystarczają... A dodatkowe zdobycze tego na pewno nie ułatwią.
- O to bym się nie martwił, wystarczy tylko trochę złomu z faktorii Eggmana, kilku zdolnych inżynierów i większa część przemysłu sama się zaspokoi... Ba! Jeżeli uda nam się odnaleźć zapasy Eggmana z nienaruszonym sprzętem i je przeprogramujemy zyskamy mięso armatnie, tanim i łatwym kosztem.
- Cóż, znalezienie tego jest możliwe... Ale i tak głodu w ten sposób nie przechytrzysz, bo tu nie o technologię chodzi, a o same zapasy. - zwrócił uwagę Hondo. - Zresztą i tak wszystko zależy raczej od propagandy. Jeśli mieszkańcy nie będą chcieli masowo dołączyć sami z siebie do armii, to na to raczej nic nie poradzisz. Lepiej mieć bardzej zaufanych żołnierzy niż większą grupę dezerterów. - szakal wymierzył broń w drugą butelkę i oddał strzał. Tym razem lepiej czując odrzut zdołał bez problemu utrzymać broń. - No, jest okej. - podarował obrzyna kretowi.
- Nawet około jeden na siedmiu mieszkańców może być dobrą wizją. Jeśli zdobędziemy faktycznie jakieś maszyny, tak jak robi Anonim, to wówczas będziemy całkiem mieć solidną armię. - Bruce obserwuje przez moment obrzyna, chwytając go w dłoni i kładąc na stole z lufą skierowaną w skrzynie. - A pozostali cywile dalej będą zajmować się przemysłem.

Pomachałeś na to ręką.
- Nawet jeżeli byliby to dezerterzy... To dobrze jeżeli byliby nam na rękę. Mówicie o propagandzie? Obrzydźmy im Anonima tak, że nawet po opuszczeniu armii nie będą pragnęli być po jego stronie. Poza tym, tak się upieracie z tym przemysłem... nie ma żadnych zapasów na czarną godzinę? Nic? Zero?
- Coś pewnie jest z czasów obawy przed Sentinelami, ale ile to wytrzyma to nie wiadomo. Zrozum, wojny nie wygrasz samymi żołnierzami... Anonim prowadzi swoją ofensywę etapowo, nadchodzi około co tydzień jakiś zryw i bum, zajmuje kilka kolejnych obszarów, po czym kolejny tydzień jest spokój na "granicach"... To zdecydowanie momenty na uzupełnianie zapasów i tym podobnych. - Bruce wyjaśnił jako pierwszy.
- Poza tym naprawdę chcesz, powiedzmy, czterech prawdopodobnych dezerterów niż jednego solidnego żołnierza? Zwolennicy Anonima jednak spędzili nieco czasu na froncie, kiedy nasi siedzieli sobie w "bezpieczniejszym" Desert Harbor, bo sytuacja tego wymagała. Nasza przewaga leżeć będzie raczej w dokładnym planowaniu kolejnych kroków i ewentualnie przewadze osobowej niż umiejętnościach naszych żołnierzy... Nawet jeśli armia Anonima ma swoich żółtodziobów, to jego weterani na pewno orientują się lepiej w walce od nas.
- Wy nie rozumiecie do czego ja dążę... - zrozumiałeś podstawowy problem. - Nie chcę budować armii która zamierza być regularna... Jakbym ja coś takiego chciał, to bym się szkolił na pułkownika, generała, żołnierza... Ja jestem partyzantem... A aby stać się prawdziwym postrachem trzeba się z nim zetrzeć... Poza tym małe doświadczone oddziały pochodzą właśnie z wielkich armii żółtodziobów. W każdym razie. Czy małą armię podzielisz na jeszcze mniejsze? Chyba nie. Pamiętacie co mówiłem w hotelu? Garnizonów nie stworzysz z małej armii doświadczonych żołnierzy, bo tacy są potrzebni w samym sercu burzy, tacy są potrzebni w obozach treningowych. Tacy są potrzebni wszędzie, a my nie mamy ich nieskończoności. Nie chcecie powoływać rekrutów? Wasza wola. Co do propagandy, wystarczy wygrywać, straszyć wroga, a wszyscy będą się bili o miejsce w armii, albo nawet o wsparcie materialne.
- Tak samo nieskończenie dużo nie będzie ich mieć Anonim, więc to jest sensowne. - przyznał Bruce. - I jak najbardziej chciałbym, abyśmy mieli więcej ludzi. Po prostu nie ma na to... możliwości. Widzę jak wygląda teraz miasto i bądźmy szczerzy, jeden żołnierz na pięciu mieszkańców w tutejszych warunkach jest... nierealne. Przynajmniej na razie. Powiększyć na pewno się da, po prostu potrzeba na to czasu.
- Pytanie też rodzi jak wyjdzie cała zmiana nastawienia co do wojny. Wiesz, to miasto cały czas stawiało na działania wyłącznie obronne, nawet za czasów Eggmana. Dostosowanie tego do nadchodzącej bardziej ofensywnej działalności może trochę zająć... Ale to już kwestia miasta, na pewno da się rozwiązać to nawet w międzyczasie, gdy trybiki... partyzanckie... pójdą w ruch. - dopowiedział swoje zdanie Hondo.
- Nasza aktualna grupa na pewno będzie w stanie coś zdziałać... Jesteście przecież hardymi weteranami, co nie? W każdym razie, "gospodarka" mówicie? - skoncentrowałeś się na kolejnym aspekcie. - Ja mówię wam na to "wydzieranie jej Anonimowi".

Bruce spojrzał na kartkę.
- To też całkiem dobra opcja. Uszczuplenie zapasów Anonima, aby zasilić nasze, na pewno wpłynie na morale czy stan wojsk. - kret przytakuje głową.
- Powinniśmy też znaleźć sposób na osłabienie mobilności jego armii. Słyszałem, że wjechaliście do miasta zdobycznymi pojazdami? - szakal zwrócił uwagę na kolejny aspekt.
- Tak. - potwierdza Bruce. - Brakuje straży nieco pojazdów ze względu na politykę defensywną. - dodaje, chyba świadomy do czego zmierza jego kompan.
- Ropa, amunicja, jedzenie, maszyny... Ale pojazdy są tu tak naprawdę chyba najważniejsze. W końcu co znaczą olbrzymie zapasy i posiadanie maszyn, jak nie możesz ich dostarczyć tam gdzie trzeba i nie możesz dostarczyć żołnierzy tam gdzie ich trzeba? Powinniśmy próbować przede wszystkim robić coś, co utrudni im przesuwanie się tymi wojskami. - Hondo poruszył kolejny możliwy motyw działania.


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 19 lip 2019, 19:27 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
- Pola minowe, zasadzki, napady na konwoje... Przy robieniu takich rzeczy nawet rekruci podołają...
- Szczególnie kiedy będą mieli chociaż jednego koordynatora. - Towarzyszy temu wymowne spojrzenie kreta. - Wiesz, podkładać to może każdy, ale planowanie tego z opcjami awaryjnymi jest trochę trudniejsze. Ale to też łatwe do obejścia.
Macham na to ręką-Mówiłem, gdzie są potrzebni weterani. I nadal się tego trzymam. W każdym razie nadal... Nie wiemy, o co prosić i jak.
- Przede wszystkim chodzi o wsparcie, czyż nie? I tego powinniśmy się trzymać, bo po co planować to wszystko, jeśli jednak coś nie wyjdzie? - Hondo stuka palcem o stół, obserwując uważnie kartkę z notatkami.
- Wsparcie rozumie samo przez się. Sprecyzujmy, co chcemy zrobić po na samym starcie.
- Trzeba przekonać rzecznika, że miasto poradzi sobie nawet bez części wojsk. To będzie chyba najtrudniejsza część... - Bruce kieruje okulary na Hondo, który przerywa pukanie.
- Jeżeli Derric przeorganizuje im siatkę szpiegowską, to wtedy będą mieli potężną zaporę przed Anonimem... Co oznacza, że oślepimy naszego wroga... A ślepy wróg jest o wiele słabszy.
- Kto to jest? - Hondo oczywiście niewtajemniczony.
- Uwierzysz we wszystko, co teraz powiemy? - Bruce wie, że to będzie szok.
- Dajecie...
- Wiesz, dlaczego Łowca nie uderzy tej nocy? Bo Łowca... Będzie negocjował razem z nami.
Hondo, spogląda nam w oczy. Raz po raz przechodzi po naszych twarzach, aż jego wzrok staje się olbrzymi.
- Wkręcacie mnie... - cofa tułów na oparcie.
- Mówimy całkowicie serio. Gość sam wyrwał sobie źródło mocy i dał nam zamachowca spod hotelu. - Kret mówi to tak naturalnie, że szakal aż przełyka ślinę.
- Okej, chyba mnie nie wkręcacie...
- Wkręcałbym cię, jakbym ci powiedział, że jestem księżniczką królestwa, w którym jest więcej lasów niż miast... - Mówię to, takim samym tonem jak mówiłem o tym, że Derric jest po naszej stronie. - Jednak tak nie jest, a Łowca jest Pokutnikiem. Chociaż widziałem go jako podręcznego zwiadowcę... To on ma swoje plany, ale możemy rozpatrzeć tę opcję co nie?
- Cóż... jeśli mu naprawdę ufasz... - Hondo unosi ręce nad barki. - Osobiście uważam, że Herold to Herold, ale w sumie żadnego sam jeszcze nie spotkałem.
- Osobiście postawię wam po piwie, abyście się lepiej poznali. W każdym razie rozpatrzmy jeszcze inne sposoby wzmocnienia obrony miasta z naszego aktualnego poziomu... Może zaproponujmy dokumenty potwierdzające obywatelstwo... Glejty... Jakąkolwiek kontrolę nad przyjezdnymi?
- Nie ma już czegoś takiego? - Hondo interesuje się tematem.
- Są akta miejskie, ale przez wzrost liczby imigrantów zaczęło to odchodzić do lamusa... Moje papiery jeszcze się znajdą, ale kolega, który jest tu chyba po raz pierwszy bezpośrednio? Ni ma...
- To by mogło pomóc w kontroli przyjezdnych... Oddzielenie miasta na część dla przyjezdnych od tej lepszej.... Jest niezłym początkiem...W każdym razie zawsze możesz ty się przysłużyć straży Hondo i na tym zarobić...- Patrzę na szakala.- Hurtowy Handel śmiercią... Pasowałoby ci coś takiego?
- Brzmi zbyt rozpoznawalnie... To chyba nie w moim stylu. Ale rozumiem cel i faktycznie to by mogło się udać. - Przyznaje przemytnik.
- A znasz kogoś, kto by wsparł miastu wyekwipowaniem strażników? Może masz jakąś podziemną fabrykę, którą mógłbyś nająć albo sprzedać miastu... To by zawsze pomogło obu stroną...
- Aż taki wpływowy nie jestem... Niestety... - Hondo nieco pochmurnieje.
- Ale zdecydowanie trzeba znaleźć więcej metod na zdobycie sprzętu. Mamy go wystarczająco dla obecnej armii, ale potem zdecydowanie przyda się więcej. - Bruce dopomaga.
- Wiecie... Mogę wam oddać parę skrytek. Trochę tego tam mam. - Szakal chrząka.
- Zawsze coś na dobry start.
- Ja bym jednak postawił na stały napływ sprzętu aniżeli na kilka twoich skrytek Hondo... Z całym szacunkiem, ale wolałbyś dostawać 3 karabiny na godzinę czy 43 karabiny jednorazowo?
- Zależy ile czasu. - Ach to łapanie za słówka... - Ale to też trzeba będzie jakoś załatwić. - Przyznaje po chwili.
- Miasto ma jakieś fabryki broni, wiadomo. Robią nieco broni, ale na wojnę nie wystarczy. - Bruce dopełnia myśli.
- I jakiej? Raczej dzieł sztuki typu Silver Musketeer nie produkują. O wyposażeniu nie wspominając,bo żołnierz to nie...Ej... Ekipa... A gdyby zaoferować miastu kadrę szkoleniową? Mamy na przykład Phila, który ma smykałkę do edukowania snajperów... Jest Pierre ze swoją dziwną ostrożnością... Przecież osoba z karabinem to nie żołnierz, co nie? Mamy też Kirę i Clem!
- Silver Musketeer to luksus wszędzie... Obawiam się, że obecnie nigdzie już nie znajdziesz fabryki tego cudeńka. - Hondo zakłada dłonie za głowę.
- No cóż, na pewno znajdzie się osoby, które mogłyby podszkolić nieco żołnierzy. Phil jest snajperem, Pierre też się zna, Ajsza może nieco pouczyć z Kirą jak walczyć wręcz, Clem nieco o pierwszej pomocy... Wymieniać mógłbym długo. - Przyznaje Bruce.
- To nie przekona na pewno...Ale mamy punkt zaczepienia... Pomyślmy co dalej? Zresztą, zaoferujemy miastu rafinerię, jeżeli nas wesprą w jej odbiciu, co nie?
- Jedna rafineria raczej nie wystarczy... Ale skoro mamy przecież przeprowadzić różne akcje, to miastu na pewno spodoba się wizja zdobycia kilku różnych obiektów przemysłowych. - Bruce chwilę spogląda na kartkę. - Pamiętajmy o atucie Heroldobójcy... Ten gość to w sumie wręcz symbol. - Wskazuje po chwili na ten fakt, nawet nie podpowiadając kogo, ma oczywiście na myśli.
- Zależy, kogo sobie wyobrażają. - Parskam śmiechem. - Następnym razem zaproponuję, aby Clem przemalowała sobie kolce na niebiesko i powiedziała, że jest zaginioną siostrą Sonica, która walczy o maluczkich i nie jest pyszałkiem jak on.
- Tylko jej nie mów, że te kolce przypominają Sonica... Myślała często nad jakimś innym fryzem, ale ma ten tylko przez wygodę... Tak to już dawno by je ułożyła inaczej. - Bruce dobitnie mi to podpowiada. Hondo, chrząka. - W każdym razie, Heroldobójca jest dowodem, że Heroldzi są do pokonania. Jakkolwiek by wyglądał, propagandę można zrobić na różne sposoby. - Kret wraca do tematu.
- Powiem tak-Zarzucam nogi na stół-Za ślicznie wygląda, aby ją kojarzyć z Soniciem. Nie da się jej skojarzyć z nikim... Na swój sposób jest niepowtarzalna... Wracając do meritum. Mamy Kirę przygotowaną do swojej roli, wystarczy do zrobienia legendy, jest tym, czego chcą masy. Jest wyobrażeniem oporu wobec Anonima.
- Tajemnica, na swój sposób niepozorność, złamanie mitu o potędze Heroldów... Tak, jakkolwiek widzą zabójcę Herolda, łatwo uda się wykreować go jako niesamowitego wojownika... Tym bardziej że Kira jednak na tym się zna. - Bruce przytakuje ponownie.
- Aż tak? - Upewnia się szakal, nieznający aż tak dobrze tygrysicy.
- Kojarzysz chlaśnięcie Jeffreya w szczękę, co wybiłeś mu dwa zęby? Ona potrafi pięścią chlasnąć podobnie. Jak nie mocniej... - Tu wyraźnie przypomina sobie uszkodzenie deski stołu. I przy okazji wreszcie znam imię tego drugiego szakala.
- Tylko że ona kompletnie nie umie i nie lubi strzelać z broni palnej... A Heroldobójca postrzelił pierwszego Herolda.
- Wiesz... Przekonać naszych, żeby wmówili inną śmierć i voila. Wiesz dobrze, jak działają plotki. Spotykałem się częściej z wersją, że zmasakrował go w wybuchu.
- Skoro tak mówicie.... No to ten problem raczej mamy z głowy.
- Mamy symbol, plany dające opcję przetargową, zlikwidowano problem kolejnego Herolda... Jeszcze tylko podać te kilka przykładów i mamy to raczej w garści. - Bruce jest optymistycznie nastawiony.
- Chyba że Ahmis zechce coś zmienić... Ale ja już go zrobię na szaro. - Na ustach Hondo pojawia się okropny uśmieszek, a palce splatają w piramidkę. Teraz wygląda jak prawdziwy wyrachowany oprych.
- Właściwie możemy jeszcze dorzucić odpały Ahmisa i podać kilka swoich zasług, aby udowodnić temu rzecznikowi, że my nie jesteśmy, w kij dmuchał.
- O panie, nazbiera się tego! Zapiszę co lepsze, może ci się przydadzą. - Hondo udaje się po dodatkową kartkę. Bruce tymczasem stuka palcami po obrzynie.
- Ile kosztował? Obrzyn, w sensie. - Pyta Bruce.
- Nie przesadzaj, to zwrot starego długu! - Hondo sięga karteczkę i kolejny ołówek, po czym wraca do stolika.
- Ile kosztował? - Powtarza Bruce.
- Ech... - szakal unosi głowę i coś liczy w pamięci. - Jeśli dobrze kojarzę, to kupiłem go od tego wędrownego sklepikarza dawno temu w jednej z wiosek jeszcze przed Pustynną Grypą. Handel wymienny.
- Co mu dałeś?
- Nie odpuścisz, co? - Szakal dostaje odpowiedź poprzez zaprzeczenie głowy kreta.
- Panowie, zanim zaczniecie wytykać sobie braki długów wobec siebie, podsumujmy to, co mamy i ustalmy naszą pozycję wobec negocjacji... Sam uważam, że mamy szansę podołać.
- Patrząc na rzecznika, też myślę, że podołamy. - Bruce przyznaje rację.
- Mam obawy, ale wyjdzie w praniu. Ufam w wasze zdolności. - Hondo bardziej sceptycznie, ale podobnie.

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 19 lip 2019, 23:27 
Awatar użytkownika
Moderator

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
W końcu do stolika doszłam i ja. Przeciągnęłam się lekko ziewając.

- Co tam?

- Dobra, wszyscy? Juan, ty nie potrzebujesz przypomnienia? - Jo jeszcze obróciła się w stronę psa z charakterystyczną białą łatą wokół prawego oka na tle brązowo-czarnej sylwetki. Ten tylko zaprzeczył głową. - Dobra, twoja sprawa... - lisica podeszła do kącika z mapami i zerwała jedną. Kontynuowała:

- Zaczynając, jesteśmy bardziej partyzantami działającymi za linią wroga...

- O czym koleżanka mogła na początku nie pomyśleć. Efekt alkoholu z domieszką szkła rozumiem już nieco minął? - Espio szturchnął mnie nieznacznym ruchem łokcia. Powiedział to względnie cicho, że usłyszeć mogły to głównie osoby tylko przy stole.

- Jeszcze trzyma. Jest możliwe, że pod twoją nieobecność wypiłam troszeeeeeczkę więcej - odburknęłam z uśmieszkiem. - Ale spokojnie. Wiem co to paryza.. parmeza... party...za...tka - zaczęłam udawać plątanie języka


Espio poklepał mnie po barku, spoglądając na dwójkę innych kompanów.


- Nie bójcie się, teraz po prostu rozładowuje napięcie. - wyjaśnił im.

- W każdym razie, będziemy mieć trochę roboty... - Jo kładzie mapę i rozciąga. Naomi podała na widok kłapiących dłoni cztery klipsy. - Mamy trzy cele, które powinniśmy załatwić jak najszybciej. Nie mamy dużo czasu przed następną ofensywą, więc opowiem na razie tylko o najbliższym, obecnie najważniejszym celu. Potem wtajemniczymy was w pozostałe, gdy wrócimy tu... O ile wrócimy. - ostatnie słowa wypowiedziała z piorunującą powagą.

- To misja samobójcza? - zapytała kozica.

- Spokojnie... Zrobimy to dobrze, to przeżyjemy. Axel, przynieś no nowe komunikatory! - krzyknęła do bawoła*, który zniknął w kąciku. - Tak jak przewidywaliśmy, siły Imperium cofnęły się na linię drugą. - tu wskazała pomarańczową linię mapy, która znajdowała się jeszcze dalej, do linii trzeciej oddzielonej rzeką.


Rozpoznałam ten obszar. To śródmieście. Cechował je wyjątkowo nieregularny kształt ułożenia ulic przypominający zakręty i zawijasy.


- Dobra, dobra! Konkrety! - zaczęłam stukać palcami w stół. - Dawaj tu rozmieszczenie strażników, kamer i ewentualne drogi ucieczki - rzuciłam do Jo wymowne spojrzenie uśmiechając się.

Jo od razu uśmiechnęła się.

- Zawsze przygotowana... - pokiwała głową, wzywając prostym ruchem szyi jakiegoś innego lisa. - Daj tu te zdjęcia z nowego aparatu.


Zielony lis o nieco przyciętym ogonie powoli zbliżył się, trzymając przy swoim szarawym szaliku czarny aparat. Przypominał nieco ten model używany przez Jo, ale to chyba była jakaś nowocześniejsza wersja. Zdjął torbę z pleców, a "Dowodząca" już powyjmowała przeróżne zdjęcia.


- Na mapie niestety tego nie oznaczymy precyzyjnie, dlatego te zdjęcia nieco pokazują. Nie wiemy jak rozstawią się wrogie sił, ale mamy zdjęcia ułożenia kamer, wejścia i wyjścia. Śmiało, bierzcie. Zapamiętajcie po kilka z nich i wspólnie ułóżcie całość. Kolega pozaznaczał też z jakiego kierunku one są. - chwyciła pod ramię szyję lisa i wytarmosiła mu czoło pełne loków, co temu się chyba spodobało. Następnie przepchnęła sprawnym ruchem zdjęcia bliżej naszej grupki. Kozica zaczęła przyglądać trzy pierwsze z brzegu, to samo tygrys. Espio oparł się dłońmi o stolik przeglądając zbiór szybkimi, uważnymi spojrzeniami.


Przede mną znalazły się najbliżej trzy zdjęcia. Dwa pierwsze prezentowały drzwi główne pod dwoma różnymi kątami, które miały zabezpieczenia takie jak trzy kamery mające rzutowanie na całość i do tego skrzynkę z kodem. Widać było dwóch Mobian z armii. Były one od zachodu.
Inne zdjęcie pokazywało zdjęcie "panoramiczne" od północnego-wschodu. Budynek jest otoczony kamiennym płotem na cztery metry z kilkoma miejscami kratowanymi. Budynek przypomina nieco fabrykę, ale to chyba obecnie służy bardziej jako koszary. W tle widać dwie uliczki, które można wykorzystać do ucieczki.


- To jeden z mocniejszych punktów obronnych. Naszym celem będzie dorwanie tamtejszego oficera... Gordona Polkovicia... - lisica pogrzebała w plecaku, wyjmując jakiś składany kartonik

- Ma być żywy czy martwy? - zapytałam bez podnoszenia głowy znad zdjęć.

- Najlepiej żywy... Do momentu użycia kodu jego ręki do autoryzacji komputera... Więc może być martwy, bo dłoń da radę przystawić i tak... - lisica mówi to okrutnym głosem, który u kozicy aż wywołał ciarki.

- Spokojnie, w razie potrzeby nie musicie go sami zabijać. Od tego mamy innych, którzy są gotowi do życia z cięższym sumieniem. - Espio wcale tego nie polepszył...

Kartonik poszedł po gładkiej mapie aż do nas. Tygrys pierwszy ją otworzył.
Naszym oczom ukazał się profil przedni i boczny twarzy małpy z charakterystycznym mocniejszym owłosieniem tworzącym bokobrody. Jego brązowe jak samo ubarwienie oczy emanowały niesamowitą pewnością siebie, a nawet nieznacznym... okrucieństwem? Ten delikatny uśmiech naprawdę nie robił dobrego wrażenia... Zgodnie z aktami ma on dobry metr sześćdziesiąt, waży osiemdziesiąt kilogramów, jest oburęczny i tekst inteligencji zdał na całkiem solidne 140.

- Jeśli ma to poprawić nastrój w temacie zabierania życia kolejnego, gość stworzył dość opresyjne metody traktowania więźniów. Dwóch naszych nie przetrwało tego, a jeden żyje. Z nową tożsamością, w nie tak odległym Grass Village. Jako inwalida w tamtejszym domku opieki... - mówiła to całkowicie poważnie. Więc to pewnie prawda... - Wnioskując z braku raportów, dowództwo nawet nie wie o jego działaniach... Planowaliśmy go zdemaskować, ale nie udało się zebrać dowodów i musieliśmy się wycofać. - dodała, obserwując wasze twarze.

- Jak nikt z was nie ma jaj by sprzątnąć tego śmiecia to ja to zrobię. Moje sumienie cięższe już raczej nie będzie - popatrzyłam się na Espio, nie będąc pewna czy poprzedni komentarz dotyczył mnie. - Ale te jego metody brzmią ciekawie. Może dalibyśmy mu samemu spróbować?

- Jeśli trafi się okazja. - słowa Jo aż wywołały krótki obrót twarzy u Espio.

- Co mu zrobił? - zapytał kameleon. - Temu, który skończył jako inwalida? - doprecyzował.

- Zero informacji... Cokolwiek to było, wyniszczyło mu psychikę. Spokojnie, na pewno nie dacie się złapać... - potarmosiła stojącego obok lisa za polik. Wyraźnie czuł się zaniepokojony. - No już, zapamiętujcie zdjęcia, ofensywa zaczęła się... trzy minuty temu. Powinniśmy wkrótce działać.

_________________
Obrazek

Już my wam damy popalić!
Imperium Eggmana zawsze na fali!


Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 19 lip 2019, 23:36 
Awatar użytkownika
Opiekun

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Elna

Zapamiętałaś te trzy zdjęcia. Espio w razie czego swoim kameleonim wzrokiem załatwi pewnie większość roboty za waszą trójkę.
Członkowie partyzantki Jo powoli wzięli kolejne bronie. Niektórzy już mieli gotowy sprzęt, sama Jo poprawiła bandaże sportowe pod rękawiczkami i przygotowała karabinek.
Wispon nadal był w twojej dłoni. Tak jakby jakaś podświadoma siła trzymała go na pozycji. Chyba nie chciałaś znowu ich zgubić... Jeszcze się zbuntują.
Powoli kolejni opuszczali pomieszczenie. Stałaś przy mapie, kiedy Jo wzięła kawałek pergaminu i podpaliła swoją charakterystyczną zapalniczką.
- Powiedz... Ilu Mobian zabiłaś? - Espio stał tuż przed tobą, zakładając ręce na piersi. Jego wzrok był niesamowicie spokojny.

Will

- W takim razie spiszmy to co mamy i weźmy się za przygotowanie naszego ekwipunku. - w końcu twój ołówek mógł pójść w ruch.
- Część naszych ma już nowy sprzęt. Jeszcze tylko Lutfi... Lufi... Ten tygrys nie dostał swojej broni, a pozostali przyjdą pod wieczór, odbierając uprzednio swój sprzęt. Silver Musketeer przetestowany jeszcze raz. Ma kopa jak dawniej. - Hondo skrótowo wyjaśnił jak wygląda sprawa obiecanej broni.
- Książki i inne mogą zostać pod pancerzem. Jak nie na Łowcę, to przydadzą się na ewentualną zasadzkę. - dodał Bruce.
- Tego nie kazałem zmienić ekipie... - wpisałeś wszystkie argumenty na kartkę. - Trzeba jeszcze tylko pójść po Kirę, Clem i Derrica.
- Derric musi uważać jednak z sprzętem. - zwrócił uwagę Bruce. - Wiesz, jego kusza jest bardzo charakterystyczna, a Ahmis na pewno teraz będzie szukać wszystkich co mają kusze. Albo nawet samych nietoperzy. Widziałeś jego paranoję, same ślady na klatce piersiowej wywołały awanturę... Dobrze, że mieliśmy sojuszniczkę.

Hondo dostał kolejne zlecenie:
- Honduras, masz jakąś kuszę na podorędziu? Jeżeli nie to jakoś ją przemycimy... Ale fajnie jakbyśmy jednak posiadali jakąś alternatywę.
- Przyznam, że kusze są rzadkie i nawet ja mogę mieć problem... - "Honduras" wyraźnie zamyślił się nad tym tematem. - Możliwe, że w jednej z skrytek coś mam. Sprawdzę to jak będę załatwiał sprawy z naszym nowym szpiclem.
- Ok... - złożyłeś kartkę na cztery i włożyłeś ją do kieszeni. - W takim razie ruszam do hotelu, aby zwołać resztą. Zostajesz, Bruce? - ostatnie pytanie skierowałeś do kreta.
- Pójdę do hotelu, ale inną ścieżką. Wzbudzę wrażenie, że się rozdzieliliśmy dla własnych spraw co może zmniejszy podejrzenia. A jak nie, to może rozpoznam kolejnego szpiega... - Bruce jak zwykle ostrożny.
- No to ruszamy. - opuściłeś pomieszczenie, a niedługo później kret.

Po drodze nie natknąłeś się na żadnego podejrzanego szpicla, a z kretem zetknąłeś się na ulicy prowadzącej do hotelu. Był tuż za tobą w momencie skręcenia i dołączył przed samym wejściem.


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 20 lip 2019, 15:16 
Awatar użytkownika
Moderator

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
- Em... podczas tej bitwy, podczas wojny czy ogólnie? - zapytałam lekko wybita z rytmu.

- Może być ogólnie. - Espio spojrzał na stół, na którym papiery zaczęły płonąć.

- Ojejku, żebym tylko ja to pamiętała. Na pewno jest to liczba dwucyfrowa. - powiedziałam i starałam się go jakoś wyminąć. Espio nie próbował jakoś mnie powstrzymać. Jedynie podążał wzrokiem.

- Moja też jest obecnie dwucyfrowa. Obawiam się, że osiągnie trzy cyfry. - odezwał się, kiedy Jo jeszcze wrzuciła kolejny podpalony papier prosto do rogu, gdzie były pozostałe mapy i inne.

- Uuu, myślałam że sie wstrzymujesz - byłam na serio zaskoczona. - To co, może sobie przypomne i zrobimy małe zawody?

- Nawet ja tego nie mogę powstrzymać. Jestem ninją... I nawet przed wojną miałem kilka osób do wyeliminowania. - Espio nieco odsunął się od ognia na stole.

- Wiesz ogólna zasada Ruchu Oporu jest taka żeby jednak nie zabijać. Takie tam pieprzenie o "nie byciu takim jak oni" czy coś.

- Dokładniej to nie zabijać, kiedy jest to możliwe... Więc akurat udaje nam się często najwyżej ograniczać śmierć. - Espio zbliżył się do drzwi, kiedy zobaczył jak Jo się do nich skierowała. - Podczas wstępnej fazy walk o to miasto zginęło trzydziestu jeden naszych, a może nawet dojść ich więcej. Naszym drużynom udało się zaliczyć cel z najmniejszymi stratami. Ale to dopiero sam początek... - stanął przed schodami, żeby cię przepuścić.

- Gdyby zasada brzmiała "Zabijać kiedy jest to możliwe" bylibysmy skuteczniejsi - skomentowałam krótko i poszłam dalej

- Dla osoby która ma na sumieniu ofiary w liczbie dwucyfrowej, najpewniej zbliżającą się do trzycyfrówki zważywszy na twoją reakcję, raczej jest to łatwe do powiedzenia... - Espio niedługo później dotarł do drzwi, które zgodnie z gestem Jo zamknął. - Zastanawiam się, czy zagrywka Orbota i Cubota nie polega właśnie na tym, by wzbudzić wątpliwości poprzez wysyłanie na nas Mobian...

- A to nie są jacyś ochotnicy? W końcu podobno na tym Wschodzie maja całkiem nieźle.

- Jeżeli ataki wkurzonych rebeliantów o dużo radykalniejszych poglądach oznaczają "nieźle"... - Espio uważnie upewnia się, czy drzwi są dobrze zamknięte. - Najgorsze jest uczucie, że tymi pechowymi ofiarami które nie zostały po prostu znokautowane mogą być właśnie ci pechowcy nie będący ochotnikami... Bo kiedy staje przeciw takim jak ten dowódca... To przyznam szczerze, że aż czuję się lżej.

- Problemem tej wojny jest to że nie walczą na niej żołnierze - wpatrzyłam się nagle w dal. - Po obu stronach są zwykli ludzie z bronią w ręku, którzy walczą bo nie maja do czego wracać, walczą by mieć do czego wracać... albo walczą bo nie mają wyboru - westchnęłam. Znowu zachciało mi się pić ale wiedziałam że to nie wchodzi w grę. - Weźmy na przykład Wispa, takiego gościa z mojego oddziału - tą komentarz skierowałam do Jo a potem ponownie spojrzałam na Espio - On nie byłby w stanie zabić. I jak tak nie niego patrzę to sobie myślę co on tu robi? Co my tu robimy? Co oni - tu wskazałam palcem w kierunku gdzie jak mi się zdawało były linie wroga - tu robią? Co robią Knuckles, Orbot i Cubot?

- Czy to był ten ptak, który podał ci Wispona? - Jo odezwała się przy wzmiance o Wispie na co kiwnęłam jej głową. - Miał taki wzrok typowy dla takich, co muchy nie krzywdzą bez powodu... - dodała, wychodząc za kolejnymi członkami naprzód.

- Walka toczy się, bo ci dwaj pomagierzy nie chcą nam odpuścić. Najbardziej prawdopodobna wersja? Programowanie każe im walczyć o Imperium. Po prostu brak Eggmana zmienił ich działanie na mniej drastyczne wobec organizmów żywych. - wyjaśnił Espio. To gość z centrum dowodzenia, więc pewnie wie lepiej jak to wygląda. - City Line jest początkiem. Chcemy wywrzeć presję na robotach, może logicznie przełamać ich do jakichś negocjacji... Ale czy to osiągniemy, to szczerze nie wiem.

- Myślisz że pozbycie się Orbota i Cubota załatwiłoby sprawę? - zapytałam niepewnie patrząc sie ukradkiem na swój badziew na ręce

- Ci dwaj są teraz odpowiedzialni za Imperium. Ich pozbycie się pewnie mogłoby przyspieszyć bieg zdarzeń. - Espio stanął obok drzwi. - Szwankuje? Zauważyłem, że nieraz lubi błysnąć ekranikiem. - wskazał głową na ten badziew.

- Nah, nie przejmuj się tym - machnęłam ręką i kontynuowałam. - Jakbyście chcieli wysłać kogoś z misją pozbycia się ich to dajcie mi znać. Podbuduje sobie ich zaufanie przez kilka miesięcy, a gdy nie będą się spodziewać to ghhh! - podcięłam szyję palcem uśmiechając sie. - Ewentualnie może być też misja samobójcza. Obładuje się materiałami wybuchowymi i krzycząc "Za Knucklesa!" wysadzę ich na kawałeczki.

- Ustalimy pewnie coś drastycznego w razie potrzeby. Ta wojna wyniszczyła wszystkich... - nasza grupa robi chyba podział na trzy drużyny uderzeniowe. Pewnie dlatego pokazuje gestem abym już wyszła z tego baru, samemu jak dżentelmen przepuszczając mnie pierwszą.

- Wysadzenie dwóch robotów to raczej nic drastycznego. Sonic mógłby się tym zająć, to mu najlepiej wychodzi... - dodałam już ciszej po czym kłaniając się Espio za puszczenie mnie pierwszej wyszłam.

_________________
Obrazek

Już my wam damy popalić!
Imperium Eggmana zawsze na fali!


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 21 lip 2019, 7:50 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Po wejściu do hotelu wita nas rewizja ze strony dwóch strażników. Już w samym holu widać trójkę innych rozłożonych na samym parterze, następnie jeszcze dwóch przy magazynie. Obok recepcji jest jeszcze jeden, akurat dyskutujący z recepcjonistką-hieną. Chyba jakąś nową, może żółw nie wytrzymał presji zdarzeń...
Na szczęście nie mieliśmy niczego podejrzanego, więc obyło się bez incydentów ze strażą.
Kieruję się do pokoju dziewczyn.
Pukanie i tym razem drzwi otwiera Clem. W ręku ma skalpel. Zdecydowanie za dużo czasu z Kirą w okolicy.
- Och, już? - Wpuszcza nas do środka, gdzie Derric pije jakiś sok na krześle. Ma na twarzy swoją maskę, jedynie zamiast światła widać jego oczy. - Założył ją, byśmy nie musiały oglądać cały czas jego blizn na twarzy. Coś do picia? - Wskazuje blat, gdzie widać dwie butelki. Jedna ma sok pomarańczowy, druga to zwykła woda. Czajnik stoi pusty.
- Właściwie to chciałem wam powiedzieć, że powoli trzeba się zbierać...Derric, masz pomysł jak przemycić swoją kuszę?
- Jest nadal gdzieś na dachu. Caroline powiedziała mi dokładniej, jak to wygląda. - Derric wstaje, odkładając pustą już szklankę do zlewu. - Myślę, że coś mogę załatwić, ale przyda się nieco słomy, duże pudło i dno drugiego, podobnego pudła. Wiecie, sztuczka z drugim dnem. - To ostatnie mówi nieco ciszej, bardziej konspiracyjnie.
- Wiesz... Jesteśmy ci w stanie na to spotkanie załatwić inną zapasową, broń... Bo przemycenie tego bydlaka nawet w twoim planie wymaga wielu środków i czasu... A tego już nie mamy.
- Cóż, dopóki jest to kusza, nie widzę problemu. W ostateczności mogę zabrać jakiś łuk. Jestem... trochę staroświecki...
- Kira może coś załatwi w kwestii łuku, jeśli będzie to wymagane. - Clem przechodzi ręką po kolcach. - Dobra, przygotuję sprzęt. Jak mam ratować w polu, to trzeba to robić porządnie...
- Spokojnie, kusza się znajdzie... Pomóc ci z czymś Clem?
- Mógłbyś sięgnąć torbę pod łóżkiem? - Jeżyca pokazuje pod swoje łóżko. Widać nawet krawędź jakiejś brązowej torby.
- Dobra, Derric... Trzeba taktycznie ustalić, jak masz opuścić to miejsce, bez interesowania Ahmisa... - Bruce dosiada się obok i bierze pobliską gazetę z dzisiaj. - No cóż, nie ma tu chyba kartek, więc improwizujemy...
Podaję torbę jeżycy i patrzę na kreta. - Co kombinujesz?
- Znam kilku strażników i rozpoznaję w nich ludzi Ahmisa. Byłem z nimi w oddziale, który przecież należał do jego komendy... - Kretowi przerywa chrząkanie nietoperza. - Tak, tak, innym razem. - Bruce wraca do kartki. - Ahmis na pewno zostanie poinformowany o twoim wyjściu. Po tych swoich paranoicznych podejrzeniach strasznie chciałby znaleźć na ciebie dowody... Musimy spróbować zmniejszyć szanse na ujrzenie twojego wyjścia. A tym razem niestety nie masz swoich zdolności...
- Will, dasz radę sięgnąć tamtą białą butelkę? Masz nieco dłuższą rękę... - Jeżyca wstała z pleców, wyciągając swoje ramię spod łóżka.
- Jasne-W razie co sięgam miotłę, aby delikatnie dopchnąć do siebie butelkę. Wkładam rękę pod łóżko i wsłuchuję się w plan kreta.
- Tutaj mamy kolejnych... - Najpewniej kret z pomocą jakiegoś nabytego ołówka rozrysowuje na gazecie rozłożenie. - Cała magia opiera się na tym, żeby widzieli twoje wyjście, ale informacja nie dochodziła od razu do Ahmisa. Mógłbyś pewnie zawsze wyjść oknem czy coś... Ale wzbudzisz podejrzenia. Pokażmy, że jesteś zwykłym obywatelem.
- Dzięki. - Podaję białą butelkę z jakąś mazią jeżycy, która klęcząc, jeszcze spogląda pod łóżko. Sama sięga pobliskie pudełko węzłów. - To też się przyda.
- Dlatego pójdziesz bardziej tą stroną. Mniejsza szansa, że któryś z ludzi porucznika cię dojrzy... - Kontynuuje Bruce, kreśląc linię na gazecie.
- Jak by to rozłożyć w torbie... Will, podasz mi te małe kartoniki na blacie? - Clem siedzi po turecku, obserwując rozłożone luźno wokół leki. Rozstawia je na podstawie ich działania.
Jakie to słodkie...Ekhm... Myśl normalnie staruszku. Podaję kartoniki jeżycy i staram się nie napawać tym, jak ona perfekcyjnie siedzi z nogami na krzyż. Przepraszam wszystkie moce w gwiazdach, ale tylko głupiec nie zwróciłby uwagi na ten żywy ideał...A ona tylko siedzi ze skrzyżowanymi nogami.
Clem gestem pokazuje, abym położył kartonowe ścianki przy samej torbie. W międzyczasie już posegregowała rzeczy.
- Nożyczki, nożyczki... - Dobiera się do największego kartonu i nieco z trudem sięga skalpel. - No cóż, musi starczyć... - Nacina wnętrze kartonu, robiąc miejsce na zrobienie przegródek.
- A jeśli to się nie powiedzie? - Pytanie Derrica znowu przywraca mnie do tematu.
- Jeśli Ahmis się dowie, to będzie trochę bardziej skomplikowana sprawa. Ale znam to miasto, więc poradzimy sobie. W końcu co ten pajac na ciebie ma? Ostatni komentarz o bliznach skończył się tym, że sam Nosek go wyśmiał. - Bruce odpowiada i na to.
- Więc po co ta zabawa? - Pyta nagle nietoperz. Nastaje moment ciszy, gdzie nawet jeżyca obraca głowę.
- Szczerze? Boję się, że przy następnym spotkaniu tego typa po prostu zabiję... A proces o zabicie porucznika jest ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuję. - Wyjaśnia bez lania wody kret. Dawny Herold kiwa ze zrozumieniem, a Clem trzyma otwarte usta w zdumieniu.
Ale to przez to, że Bruce powiedział, że sprzątnie Ahmisa czy to, że się na nią gapię od dłuższego czasu... I nie wiem jak oderwać wzrok....
- Bruce, wszystko dobrze? - Clem w końcu zrywa się do pytania.
- Bardzo dobrze... Kiedy nie cierpię odbierać innym życia, to ta kanalia aż się o to sama prosi. - Kret aż podnosi rękę, by trzasnąć w stół. Derric go powstrzymuje, przystawiając dłoń w miejsce planowanego uderzenia.
- Kira stuknęła w stół, opowiadając z ulgą o przesłuchiwaniu więźnia. Chwilę później wszedł strażnik z piętra, sprawdzić co się dzieje... - Tu kiwa głową na nas i na mapkę. Clem już wróciła do swojego. - W tej chwili to ostatnia rzecz, jakiej potrzebujemy. - Bruce odkłada rękę i wraca do planowania.
Na razie następuje moment krótkiego ustalania ruchów i pokazywania jakich strażników Derric ma unikać.
- Sss... - Syknięcie Clem zrywa ich od pracy. Trzyma lewy palec serdeczny przy samych ustach. - Will, możesz wziąć mały plasterek z tej skrzyneczki? - Prosi, stukając scyzorykiem o białe pudełeczko z czerwonym krzyżykiem. Sam scyzoryk ma drobinkę czerwieni na samej krawędzi.
- Damie się nie odmawia-szepcę i wyciągam plaster. Chyba krwawię z nosa... A może nie... Nie sprawdzam, bo będzie przypał.
- Prawdziwy dżentelmen z ciebie. - odpowiada równie cicho spod palca, który też wyraźnie kryje lub nie kryje uśmiechu. Kładzie skalpel na skrzynce i bierze plaster. Odlepia, co trzeba, po czym środek palca jest już otoczony białym, wyraźnie miękkim plastrem. Pewnie wersja połączona z gazikiem oczyszczającym ranę. Następnie z pomocą wacika wyciera ostrze skalpela.
- ...dlatego idziesz sam. Znasz tę okolicę? - Pytanie kret kieruje do Derrica.
- Nieco... Tylko że ja byłem na dachach. - Nietoperz poprawia maskę, noszoną teraz dla krycia blizn w celach komfortu.
- Dobra, kombinacja do wyuczenia. - Kret wyrywa kawałek gazety i robi najpewniej strzałki. - Dochodzisz do tego skrzyżowania, idziesz...
- Will. - Clem zrywa znowu myśli od słuchania dwójki towarzyszy, podając mi do dłoni jedną z dwóch paczek sterylnie okrytych wacików. - Może się przydać nawet po to, aby zablokować tymczasowo krwawienie. Rozdaj te paczuszki wacików kompanom. - Wyjaśnia, następnie łącząc kartony. Powstaje powoli szachownica z przegródkami.
- Jasne, czy coś jeszcze? - Pytam tonem tak miłym, że nawet chłopaków zadziwiam tym, że stać mnie na taką tonację.
- Ach, w sumie nic. - Odpowiada tak samo uprzejmie, ostrożnie wsuwając złożone kartony do środka. - Bingo! - Uśmiecha się, widząc wpasowane kartony do torby. Po chwili zaczyna nareszcie pakować leki, wrzucając do danych przegródek.
- Dobra, kod wystarczy. To mój ulubiony sposób podążania do celu. - Derric bierze kartkę z kierunkami i chowa do kieszeni na piersi w koszuli. Nawet nie wiedziałem, że taką kieszeń ta koszula ma...
Clem cicho sobie powtarza nazwy leków, sprawnie opanowując na pamięć, położenie tego, co tam powkładała.
- A jak to przemycisz ? - Szepczesz do jeżyczki.
- Ma się sposoby. - Clem rozluźnia nogi, biorąc torbę za pas i nieco podnosząc, sprawdzając w ten sposób jej wagę.
- Nieść ją za ciebie? Bo ja raczej nie mam nic do tachania...
- Nie trzeba, ale dziękuję. To wydaje się spore, ale jednak część opakowań jest nieco opróżniona. - docenia starania, po czym sprawnie przechodzi z siadu na kolana i podnosi się, zakładając torbę na ramię.
- Dobra, to coś jeszcze zostało do przygotowania?
- Już wiem co i jak. Skoro macie jak załatwić kuszę, to pozostaje temat dostania się. - Derric wstaje, nieco pojękując na uda. Zasiedział się. Albo jeszcze w pełni nie ozdrowiał.
- Następny punkt programu to oczekiwanie na rozwiązania Hondo co do Ahmisa... I przemycenie sprzętu Clem. - Bruce kiwa na torbę, którą jeżyca podtrzymywała jeszcze pod pachą. Pasek teraz przechodził ukosem przez jej tułów.
- Widzisz, mam rozwiązanie. - pokazała kciukiem za siebie okno. - Za nami jest uliczka, więc wystarczy zrzucić torbę komuś, kto tam stanie. Zauważyłam, że dużo osób w okolicy nie ma. Jeśli nawet ktoś się tym zainteresuje... Nie będzie problemu.
- Mogę z tą torbą nawet kawałek przelecieć. - zwrócił się Derric. - Jeszcze nie ozdrowiałem, ale do miejsca bez straży dam radę ją zanieść. - zdjął wreszcie maskę, ujawniając znowu te kilka blizn kiereszujących twarz.
- Może lepiej, żebym to był ja, a nie ty Derric... Reszta skupi się na przeprowadzeniu ciebie, Kiry ze sprzętem i będzie po problemie.
- Kira jest u Gilesa jakby co. - dodała od razu Clem, kładąc torbę na swojej szafce nocnej. - Jej siła pomaga bardzo przy zastrzyku. Staruszek potrafi pod wpływem ran mieć kopa. Dam jej znać co i jak, po czym przyjdziemy do magazynu.
- No dobra. - Kierujesz się do drzwi. To do zobaczenia po drugiej stronie okna.

[Ciekawostka: Oryginalnie miałem tu powiedzieć, że "Łuk jest bronią dla prawdziwych wojowników" w odniesieniu do pewnego brytyjskiego oficera II wojny światowej... Ale uznałem, że to nie pasuje do Derrica]

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Ostatnio zmieniony 22 lip 2019, 21:39 przez Kaźmirz, łącznie zmieniany 1 raz

Offline
 Tytuł: Lipcowy Evil #4 (Wpis #37)
Post: 21 lip 2019, 16:33 
Awatar użytkownika
Kolega

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Przysłuchiwałem się uważnie planowi Hatiemu, co by nie mówić tygrys miał zdecydowanie głowę nie od parady.
- Niedokładnie o czymś takim myślałem... - zacząłem, gdy tylko Miguel wyszedł odgrywać swoją rolę. - Ale, co mogę powiedzieć, twój plan jest zdecydowanie lepszy. - przyznałem, po czym poklepałem kompana po plecach na znak mojego uznania. Kątem oka spojrzałem na Młodego. - Uważaj na nią, nie chcemy, byś zrobił sobie krzywdę. - powiedziałem nie odwracając wzroku od Sztandarów w oczekiwaniu na występ fretkowatego.
- Nieźle mu idzie... - szepnąłem do Młodego i Hatiego. - Gdyby nie wojna mógłby pomyśleć o teatrze lub telewizji. - Po chwili nasza grupa praktycznie zmiażdżyła większość Sztandarowców, do akcji mieliśmy teraz wkroczyć my.
- Biorę na klatę niedźwiedzia. - oznajmiłem, ściskając w łapach bejsbola. - Zobaczymy, kto jest silniejszym miśkiem! - dodałem, po czym rzuciłem się na przeciwnika. Chciałem uderzyć w jego głowę, tak jak chce się uderzyć w piłkę bejsbolową, by wyleciała poza stadion.


Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 21 lip 2019, 21:58 
Awatar użytkownika
Opiekun

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Elna

Ustawiliście się wszyscy w kółku na ulicy, którą przemieszczali się żołnierze Ruchu Oporu zabezpieczający pozycje.
- Żeby zmniejszyć prawdopodobną przewagę liczebną wroga, uderzymy z trzech stron. Ich siły się rozejdą. Jest nas łącznie osiemnastu, dlatego w akcji bezpośrednio uderzy nas dwunastka. Pozostała szóstka będzie dodatkowym wsparciem. - Jo kiwała po nas wszystkich. Wielu z nas ustawiało się w dwurzędzie, gdzie jedna osoba klęczała, a druga stała.
- Jedną drużynę prowadzę ja, drugą prowadzi Axel, trzecia to Espio, a rezerwą przewodzi Naomi... - lisica po kolei wyjaśniała składy drużyn.

Każda z trzech ekip poza rezerwą składała się z czterech osób. Trafiłaś do zespołu Espio, bo "i tak ma cię mieć na oku". Poza tym znalazł się tu Cedric, czyli skunks nazywający Jo "panią" i jakiś wąż z charakterystyczną nieco dłuższą szyją na tle innych Mobian. Jego czoło przeplatała szara opaska, a nosił zieloną jak jego skóra kamizelkę oraz pas z dostrzegalnymi nożami.

Drużyny ruszyły w tą samą stronę, aż na skrzyżowaniu nieco zmienił się układ. Rezerwa została nieco w tyle, aby wesprzeć uderzenie na pobliskie umocnienia w prawo, co wykorzysta do przejścia w okolice koszar. Drużyna Jo ruszyła naprzód, drużyna Axela skierowała się na lewo, a Espio ruszył w prawo. Tym razem wyjątkowo nawet się nie kamuflował... Ale to miało swoją przyczynę.

Wasza ekipa zatrzymała się w mniejszym zaułku z drewnianymi płotami. Espio zatrzymał was i obrócił.
- Skoro już dostałem rozkaz przewodzenia waszej grupie, powinienem dowiedzieć się o waszych umiejętnościach, aby móc odpowiednio was nakierować co robić. - na znak jego ciało zniknęło. - Kiedy chodzi o mnie, jak już raczej wiecie, potrafię się kamuflować. - znowu się pojawił.
- Znam się na aktorstwie i potrafię dobrze strzelać, sir. - jak zwykle Cedric "siruje".
- Espio. - natychmiast poprawił go co do tego kameleon.
- Słucham, sir? - niestety skunks chyba nie skumał.
- Mów mi Espio.
- Em, dobrze, si... - zmrużenie oka wstrzymało go. - Espio.
- Rozumiem, że zdarzało ci się udawać żołnierza Imperium?
- Tylko jeśli był skunksem, naszym jeńcem i go przestudiowałem w zakresie głosu i tym podobnych... Espio. - sprecyzował Cedric.
- No cóż, w takim razie zostają twoje celne strzały... - Espio spojrzał na drugiego towarzysza.

Wąż westchnął, chwycił jeden z noży w palec i rzucił nim w pobliską ścianę. Ostrze wbiło się w tamtejszą szczelinę.
- Mam świetne oko i potrafię dobrze rzucać nożami. Poza tym umiem bezszelestnie się przemieszczać. - wyjaśnił, idąc za kameleona by zabrać nóż.
Kameleon spojrzał teraz na ciebie.

Stromagg

Niedźwiedź usłyszał dźwięk przesuniętego ciała i chciał dobyć jakiegoś rewolweru z pasa, ale kiedy już wystawił broń przed siebie, dostał w bok głowy potężnym ciosem bejsbola. Cel odchylił się po ciosie w bok i przewalił na ziemię z nienaturalnie wykręconą szyją... Chyba wyłamałeś mu kark.
Koala padła jakoś w tej samej chwili, trafiona w głowę hakiem. Tygrys dobiegł do niej i jeszcze przyciągnął nieco jej głowę, uderzając z wyskoku kolanem w czoło przeciwniczki. Zdecydowany zgon...
- Wybacz, damo, czasami niestety nie ma wyjścia. - wyraźnie przeprosił za uderzenie kobiety.

Tymczasem reszta rozwiązała resztę spraw. Miguel i Rupert rozwiązali temat kierowców, kiedy uzbrojona w cichą broń Zielona zestrzeliła w czoło lemura, po czym nożem zdobytym od Ruperta, który zabrał go pewnie kierowcy, rzuciła w tenreka, który dostał idealnie w oko jakoś kiedy wyłamałeś kark swojemu celowi. Dobiegła do niego i dopadła, wbijając bełt w jego szyję, co przypieczętowało los tej drużyny.

Hati podszedł do pojazdu.
- Mamy dwa nowe autka dla naszych... - tygrys zwinął ponownie hak, biorąc karabin od Młodego. Następnie Miguel odebrał swoją strzelbę. - Dobra, teren czysty, więc ruszamy. Dzisiaj nasze siły mają dobry dzień. Może wreszcie przełamiemy szyki Sztandarów.
- Nie chwal dnia przed zachodem... Wierząc opisom kolegów, to miejsce do obrony jest piekłem... - Zielona wyrwała bełt z czoła lemura, po czym przeczyściła go ścierką. Nadal był zdatny do użytku, po prostu bez ładunku elektrycznego.

Wkrótce znowu ruszyliście dalej, przechodząc przez budynki dwójkami. Kolejne rundy byłeś w środku szyku.

Will

Zszedłeś, mijając się z Paulem który kiwnął ci głową podczas swojego dyżuru na pierwszym piętrze, po czym zszedłeś na dół. Strażnik przy recepcji tym razem już nie rozmawiał, jedynie stojąc oparty plecami o blat recepcji i czekając na ewentualną akcję. Oby jednak nic się więcej nie stało...

Z wyjściem już nie było takich problemów. Jako że miałeś tylko portfel z nędznymi resztkami własnych pieniędzy, to rewizja wyjściowa trwała dosłownie kilka sekund, bo nawet ta sama osoba. Procedury bezpieczeństwa wreszcie stały się porządne.

Próba przejścia od prawej niestety zawiodła... Nie chciałeś raczej wzbudzać podejrzeń dwóch strażników pilnujących drzwi magazynu z drugiej strony. Na szczęście lewa była bezpieczna i udało ci się dostać na tyły hotelu.
Jeżyca obserwowała z okna i widząc cię opuściła nieco torbę, zrzucając ją jak najniżej się dało. Ta wpadła w twoje ręce, na moment tylko zmuszając do zgięcia kolan. Nie była ciężka, nawet pomimo tylu rzeczy medycznych.


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 22 lip 2019, 18:46 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Nie no... Muszę to zrobić. Klękam na kolano i patrzę w stronę balkonu.
- Julio... Julio! - Mówię szeptem, dziewczyna patrzy się na mnie ciężko zdziwona po czym czerwienieje. Od razu złapała... A myślałem, że nikt już nie czytał tego romantycznego szajsu...
- Romeo... - Mówi słodko-Dziś, musisz darować sobie zalecanie się do mnie... Ni czas to, ni miejsce na to...
- To przynajmniej rzuć mi coś na dowód...
- Rzuciłam ci przecież torbę, czego jeszcze oczekujesz. - Oboje wybuchamy niekontrolowanym chichotem. Zakładam, że wszyscy w pokoju patrzą się na nią jak na wariatkę... Wolę nie wiedzieć co o mnie myślą. W każdym razie teraz wystarczy na nią poczekać.
- Dobra, już schodzę... - Clem chce zamknąć okiennice, ale przepuszcza Bruce'a.
- Jakby co, przyjdę później. Poszukam jednej przydatnej rzeczy na mieście. - po czym znika za zamykanymi okiennicami.
Na szczęście straże przy drzwiach od magazynu nie usłyszały chichotu. Albo uznały, że to gdzie indziej. Wracam od bezpiecznej strony na główną ulicę i niedługo później już sama do mnie dołącza.
- Czyli do magazynu-Zarzucam sobie torbę jeżycy za plecy i wspólnie powoli kierujemy się w stronę celu.
- Nie musisz tachać tej torby, sama ją wezmę.
- Ale ja chcę ją nieść-Podnoszę ją na tyle wysoko, aby nie mogła sięgnąć. - Chyba nie masz z tym problemu co?
- Hmpf - Nawet słodko się obraża na niby... I że cukrzycy nie dostałem od jej zachowań... - i mam się przemieszczać wentylacją, tak?
- Yhymm... - Mruczę cicho , jednym okiem skupionym na jej twarzy a drugim na drogę...
- O czym myślisz? - Wyraziła zainteresowanie moim nagłym zamyśleniem.
- A o niczym.... - No bo przecież, nie powiem, że myślę o niej.
W okolicy jednej z uliczek, po których już jest prosta droga do celu, dostrzegam jednak znajomą twarz...
Lis w kaftaniku siedzi na ławeczce przy jakimś parterowym domku, wpatrzony niby to w dal z jakimś papierosem, ale tak naprawdę wyraźnie wymijam się z nim wzrokiem.
- o... Ooooo - Cicho rzucam. - Drobna zmiana planów-Chwytam ją delikatnie za przed ramię i gwałtownie skręcamy, aby jak najbardziej oddalić się od szpicla.
- Will co się... - Znikamy ze ścianą w jednej z uliczek. Przykładam jej palec do ust. - Jesteśmy śledzeni i musimy trochę zmienić trasę. - Rozglądam się za innymi możliwościami dotarcia do celu. - Jak dobrze znasz tę okolicę?
- Nie chodziłam w tej okolicy... Znam raczej tylko tereny w okolicy targu. Dużą część życia spędziłam w jednej z pobliskich wiosek. - Sama rozgląda się po okolicy.
Teraz nieco jednak pomaga podróż na dwa sposoby: Samodzielnie i z Bruce'm. Rozpoznaję tę ulicę rozchodzącą się na trzy odnogi, bo w oddali widzę charakterystyczny budynek z pomalowanymi na biało ścianami. Gdzieś tam było skrzyżowanie i potem reszta najkrótszej drogi opracowanej przez Bruce'a.
- Lepiej, abyśmy nie spalili Bruce'a... Na czuja na pewno tam dotrzemy, musimy tylko rozpłynąć się w tłumie i kluczyć między ulicami. - Ruszam i delikatnie pociągam Clem, trzymając ją za rękę. Idziemy.
Droga jeszcze przez moment idzie przez znajomy teren z Bruce’em, ale przejście innymi ścieżkami zaczyna zmieniać trasę w zupełności do nieznanych obszarów. Szybki chód pozwala nam ominąć jakiegoś żebraka, a inny włóczęga rezygnuje z próby, zabrania torby, po zetknięciu oczami. W końcu trafiliśmy na jakiś plac, gdzie jest dość dużo ludzi. Idealne miejsce do schowania się w tłumie...
- Dobra... Kierunek magazynu jest mniej więcej tam-Wskazuję palcem na adekwatny kierunek, gdzie również jest jedno z wyjść z placu. - Nadal, trzymając się mocno za ręce, przedzieramy się przez tłum. Torba jest niezłym taranem w tej sprawie.
Taranem, ale też materiałem na kieszonkowców... Na szczęście jeżyczka porządnie ją zamknęła, więc nie ma ryzyka jakiejś zuchwałej kradzieży, tym bardziej w tym tłumie.
Wychodzimy na mniej uczęszczaną poboczną ścieżkę i docieramy coraz bliżej magazynu. Lisa na razie nie widać, a żadnych podejrzanych osób też nie dostrzegam, aby dodać do listy potencjalnych szpicli.
Pewien czas później docieramy na ulicę z magazynem.
- Teraz na rusztowanie i musimy przeskoczyć... To już będzie z górki-Dobiegamy do miejsca wspinaczki. Oczywiście nadal, pomagam jeżycy wejść... Mimo że nie trzeba.
Wejście na górę jest oczywiście łatwe. Omijamy budynek jakby nigdy nic, po czym dopiero po chwili gwałtownie zmieniamy kierunek, gdy straże nie patrzą, wchodząc do środka.
- Okej, to jest punkt do przeskoczenia? - Brązowa wskazuje wybite okno. Widać tam już Pierre, który czatuje na tej pozycji. Nadal ma na szczęście spodnie.
- Tam-Wskazuję głową. - Chodź.
Torba na szczęście ma taką wagę, że udaje się ją przerzucić na drugą stronę, gdzie Pierre ją chwyta w locie i odkłada na boku. Clem tymczasem staje na krawędzi, obserwując odległość między budynkami. Widać mimo wszystko niepewność, podobną do moich początków.
- Chcesz, abym skoczył pierwszy?
- Jakbyś mógł... - Biorę drobny rozpęd i przeskakuję na drugą stronę wychamowywując przed barierką. Ustawiam się teraz do Clem i pokazuję jej ręką, aby skoczyła. Ona również się rozpędza, wzbija w powietrze i ląduje... Jednak zanim zrobiła kilka kroków kończąc na barierce, to została złapana przeze mnie i Pierre'a.
- Okej... nie było tak źle. - Uśmiecha się i poprawia boczne kolce.
- To nie jest daleki dystans. Gorzej jest z wejściem z powrotem, bo do tego trzeba liny...
- Nie strasz jej, Pierre. - Ajsza znajduje się tuż za nim, siedząc na skrzyni, po której wystukuje rytm palcami.
Mamy tu już jeżozwierza po przeciwnej stronie od Phila, więc Giorges jest na miejscu. Poza tym obecna jest też owca, stojąca blisko wspomnianego jeżozwierza. Najpewniej to ta Rikki z listy Bruce'a. Brakuje już tylko Delfina i Carlosa. Chociaż ten drugi pewnie wejdzie tu inaczej, skoro jest postury kreta.

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 22 lip 2019, 20:33 
Awatar użytkownika
Moderator

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Zmierzyłam tego całego Cedrica wzrokiem. Gdy nadeszła moja kolej odezwałam się.

- O, kolega też aktor? - wskazałam na niego palcem. - Ośmielę się zapytać, profesjonalny czy samouk? - złączyłam ręce w wieżyczkę.

- Amatorski... Grałem w dwóch filmach, role drugoplanowe. - odparł, skromnie chowając wzrok.

- O, to i tak dobrze. Ja tylko raz odwiedziłam studio filmowe w Spagonii, ale to w innym celu... Pobierałam za to lekcję u Edwarda Quilla, który sporo grywał w lokalnych teatrach, aż do czasu tragicznej i niefortunnej śmierci - powiedziałam nieco na boku z udawanym smutkiem w głosie. - Poza tym ukończyłam też Teatralną Szkołę Życia. Potrafię nieźle strzelać no i jeszcze to!


Gwałtownie schyliłam się i wyciągając nóż ze schowka zrobiłam piruet ciskajac nóż w stronę drewna w które rzucił wąż. Niespodziewanie mój nóż trafił w rękojeść poprzedniego noża, tuż przed tym jak wąż go wyciągnął. Otworzyłam usta w szoku.


- Łuhuhu! Widzieliście to?! Łał! Haha! Em... - umilkłam nagle rozumiejąc ze o mało co nie zraniłam swojego towarzysza a także, że wyszłam z roli. - Ekhem. Wybaczcie, poniosło mnie. W każdym razie to moje umiejętności sir!


Wąż obrócił zdumiony głowę, podnosząc mój nóż i dopiero wyciągając swój. Zaintrygował go wzór na rękojeści mojego.


- Jak widać, każdy jest precyzyjny... To bardzo dobrze. - Espio obrócił się na pięcie, ruszając dalej.

- To twój inicjał? - zapytał wąż, podając mi go w drodze. Zauważył tą literę "E".

- Naturalnie - odpowiedziałam spokojnie, odbierajac nóż należący niegdyś do Edwarda.

- Chodziłem kiedyś do teatrów... - schował swój nóż do siebie, powoli podążając za resztą.

- Ja grałem w jednym. Oczywiście, to akurat były role drugoplanowe, ale uważali, że mam talent, bo... cóż, gdyby nie wojna, to pewnie dostałbym wreszcie rolę pierwszoplanową. - Cedric obserwuje rogi dużej, opuszczonej ulicy. Wszystko jest w względnym porządku. Ewakuacja musiała nastąpić co najmniej dzień przed atakiem.

- Coś w tym jest. Gdy tylko masz zimitować gościa, to robisz to idealnie... - wąż stał na tyłach, pilnując pleców.

- Za chwilę wrócę. Rozejrzę się, a to bezpieczny punkt. - Espio jak zwykle zniknął w swoim kamuflażu.

- Wierzę, że nie zostaliśmy sobie przedstawieni - zwróciłam się do węża wyciągając rękę i myślac sobie "Oby nie była obślizgła..." - Nazywam się Elna Hassletroll.

- Ivan... Po prostu Ivan. - uścisnął dłoń co skojarzyło mi się z pewnym powiedzonkiem bohatera filmowego.

- Miło poznać - uśmiechnęłam się po czym zapytałam. - Masz może pasje do noży, czy ot tak po prostu dobrze nimi rzucasz?

- Pasjonuję się. Dlatego twój mnie zainteresował... - nieco zbliżył swoją wyższą głowę do mojego ucha. - Ten inicjał strasznie wygląda jak u pewnego wspomnianego kolegi... Gdzie go nabyłaś? - cofnął głowę przy ostatnim pytaniu.


Cofnęłam się lekko spanikowana, ale szybko się opanowałam.


- To był prezent od mojego ex wiec nie powiem ci dokładnie.

- Mhm. Cóż, pewnie jakiś szabrownik go zdobył po tym wypadku i trafił do sklepu... - wąż nie kontynuował tematu, ale jeszcze zbliżył głowę. - Skojarzył mi się z tym całym Edwardem. Wiedziałaś jaka to kanalia? - zmienił jednak na inny. Cedric stał oparty o ścianę, wypatrując obu stron ulicy.

- Słyszałam pewne pogłoski - mruknęłam groźnie mrużąc przy tym oczy. - Ale to co robił poza teatrem nie bardzo mnie obchodziło. Z resztą mój eks był zaangażowany w te jego ciemne sprawki i miedzy innymi dlatego jest teraz eks.

- Ach, bywa... Ja też byłem gangsterem. Tak właśnie poznałem Jo. Czy mi się wydaje, czy wy dwie się znacie? - Ivan wziął jeden z noży i zaczął go podrzucać dla zabicia czasu.

- Zgadza się. Zaprzyjaźniłyśmy sie kilka lat temu - nie chciałam dawać szczegółów bo powoli zaczynałam plątać się w zeznaniach.

- Ach... W jej przypadku ciemne sprawki już nie przeszkadzały czy nie wiedziałaś..? - Ivanowi przerwało pojawienie się Espio.

- Uliczkę stąd jest mały oddział Egg Pawnów. Pójdziemy bardziej w lewo, albo w ostateczności ich rozbijemy, bo to tylko kilka maszyn przy barykadach. Taktyka spowolnienia. - przekazał nam informacje.

- Powiedzmy że przymykałam oko - rzuciłam na koniec po czym ruszyłam za Espio.


Espio najpierw wkroczył w uliczkę, po czym wskoczył na ścianę i pobiegł po niej nieco naprzód. Cedric schował się przy koszu razem z wężem, a ja po przeciwnej stronie za schodkami na zaplecze jakiegoś hotelu.


- Sześć maszyn. - przekazał Espio, zbliżając się do krawędzi ściany i znów kamuflując ciało. Stos barykady na całą ulicę rzeczywiście był zajęty przez grupkę maszyn.

- To co? Atakujemy? - zapytałam szykując Wispona.

- To szybsza opcja. Wezmę tych najdalszych. Ustalcie sobie kogo atakować, a ja dorwę ich po waszym ataku. - głos Espio przy ostatnim słowie wyraźnie się oddalał.

- Biorę tych na lewo - powiedziałam i zaczęłam mierzyć, gotowa do oddania strzału.

_________________
Obrazek

Już my wam damy popalić!
Imperium Eggmana zawsze na fali!


Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Szukaj:
 [ Posty: 636 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 33, 34, 35, 36, 37, 38, 39 ... 43  Następna

cron



więcej linków
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group

Polityka Prywatności

Blueblur is a fansite that is not in any way officially affiliated with SEGA. Sonic the Hedgehog and other associated characters are owned and copyright © SEGA Corporation. Published material and comments represent the thoughts of their authors.
</body> </html>