Strona głównaKontaktZarejestruj sięZaloguj się

  • Czy wiesz, że wizerunek Sonica pojawił się po raz pierwszy w grze "Rad Mobile"? Wydana ona została w styczniu 1991 roku, czyli daleko przed premierą oryginalnej gry z jeżem.
  • Wyścigowy spin-off serii: "Team Sonic Racing", trafi na sklepowe półki w drugim kwartale 2019 roku. Wyprodukowany zostanie przez Sumo Digital, które odpowiadało wcześniej za "Sonic & All-Stars Racing Transformed".
  • Czy wiesz, że Jun Senoue (gitarzysta i klawiszowiec Sonic Team) początkowo nagrał 8 prototypowych piosenek do wprowadzenia/finału "Sonic Adventure"? Ostatecznie wszystkie porzucono na rzecz "Open Your Heart", które świetnie nadawało się do zapowiedzi gry na Tokyo International Forum w 1998 roku, a także samego powrotu jeża do walki o konsumenta, po paru latach od czasu anulowania "Sonic X-Treme".
  • Najnowsza główna gra z niebieskim jeżem: "Sonic Forces", jest już dostępna w sprzedaży. Klimatycznie gra przypomina wczesne next-genowe inkarnacje naszego podopiecznego, co jednych przyciągnie do tej produkcji, a innych zniechęci. Warto także wspomnieć o tym, że to pierwsza gra z serii, która w Polsce doczekała się oficjalnej lokalizacji za którą odpowiedzialna jest Cenega - dystrybutor poprzednich gier "Niebieskich".
  • Czy wiesz, że komiksy z Soniciem, które były wydawane przez Archie Comics, mają tytuł "najdłużej wydawanej serii komiksowej opartej na serii gier wideo", który został nadany w 2008 roku?
  • "Sonic Mania Plus" jest dostępna już dziś! Gra zawiera nowy czteroosobowy tryb kooperacyjny, grywalnego Mighty'ego i Ray'a, tryb "Encore" zmieniający położenie przedmiotów oraz przeciwników, a także wiele poprawek. W specjalnej fizycznej wersji gry (dostępnej tylko na konsole), otrzymamy 32-stronicową książeczkę z szkicami i projektami postaci, przeciwników i plansz, podczas okresu prezentowania projektu firmie i produkcji, a także podwójną okładkę, przypominającą grę na Segę Mega Drive.
  • Czy wiesz, że Chip z "Sonic Unleashed" pierwotnie miał być duszkiem, stworzonkiem podobnym do Chao, lub nawet... rybą?
  • "Sonic: The Wrath of Nazo" Aarona Cowderego, nie będzie miała swojej premiery (jak to planowano) pod koniec 2019 roku. Animowanie aktu 1 z 3 okazało się zbyt skomplikowane, co przełożyło się na nieokreślone opóźnienie premiery animacji. Na szczęście, film będzie 15 minut dłuższy niż pierwotnie zakładano.
  • Dokąd nocą tupta jeż? Zapraszamy do aktywności w działach "Porozmawiajmy" oraz "Dyskusje", gdzie każdy to może wtrącić swoje symboliczne "dwa grosze" do rozmów na różnorakie sprawy związane z wielkim, szerokim uniwersum niebieskiego jeża, które jest nie większe, niż wypociny Marvela, czy też DC.





 [ Posty: 538 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 31, 32, 33, 34, 35, 36  Następna
Szukaj:
Autor Wiadomość
Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 11 lip 2019, 0:05 
Awatar użytkownika
Moderator

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
- Niech płoną, powinni wiedzieć, że nie wolno igrać z ogniem! Boom! - wystawiłam żółwika do Samanthy. Ta spojrzała się na mnie lekko zaskoczona i po chwili zawahania chciała przybić żółwika, ale ja szybko zabrałam rękę. - Dyyyn! Twój czas na odpowiedź minął!


Krzyknęłam odwracając się i oddając cztery strzały nieco na oślep w stronę wroga. Został tylko jeden z ludzików. Przytuliłam go mocno.

- Dobra robota Trevor! Wiesz, że zawsze byłeś moim ulubieńcem, co nie? - następnie zwróciłam się do Frederica. - I nie martw się kochany, choćby nie wiem ile imperialnych czaszek miałabym jeszcze rozłupać to tą szczekuszczkę, czy jakiej rasy jest ta cholera, przyprowadzę żywą! - w moich oczach i głosie było pełno determinacji. Gdy mówiłam o rozłupywaniu czaszek imperialnych, byk lekko się wzdrygnął. Popatrzyłam na niego uśmiechając się szyderczo. - Hej, Ricardo, może cię zmienię?


W tym momencie na polu bitwy pojawiły się Elite Pawny. Widząc że Wispony są bezużyteczne zachichotałam i odrzuciłam Wispon na bok wyciągając swój pistolet.

- Hah! Krok przed resztą! Widzę, że kolega też ma poczucie stylu i porządnej broni - wskazałam na jego pistolet, a następnie wycelowałam i oddałam strzały w stronę robotów.

_________________
Obrazek

Już my wam damy popalić!
Imperium Eggmana zawsze na fali!


Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 11 lip 2019, 18:06 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
- I jak? - Wstaję z krzesła, aby udostępnić je jeżycy. - Przeżyje?
- Na to wygląda... Jest stabilniejszy, ale chirurg będzie nad nim czuwał... - Poczuć można nawet w jej głosie niesamowitą ulgę.
- Kawę? - Dopytuję się.
- Nie... Nadal ledwo ochłonęłam.
- To tak jak ja! - Kira klepie po barku siadającą koleżankę.
- Czyli... ofiarą padł tylko ten młody, Harvey? - Jackson widząc złowrogie spojrzenie tygrysicy wstaje i delikatnie kuśtyka do drzwi. - Pójdę po ten miód...
- Wszystko się wali-Spoglądam na zegarek. Podchodząc do aneksu. - Potrzebujesz jakichś środków medycznych Clem?
- Nie, obecnie wolę nie kombinować. - Jeżyca wyraźnie woli poradzić sobie naturalnie, po prostu czekając.
- Zdobyłam trochę kawy dla nas, jakbyś znowu miała przesiedzieć gdzieś całą noc. - Odzywa się Kira. - Miałam nawet wygrać miód, ale Max miał szczęście w kartach...
Wzdycham-Muszę jeszcze iść ostrzec ekipę, o tym, co tu się stało... A no i Clem, planujesz gdzieś iść dziś?
- Po tym, co było... Chyba dziś zostanę. Wolę wiedzieć, jakby coś działo się z panem Gilesem. - Clem opiera łokcie o stół i chce podeprzeć brodę, kiedy prawy łokieć natrafia na małe uszkodzenia.
- Sorki... Raz mnie poniosło... - Kira podczas tych słów dostrzega, że to nie pierwsze uszkodzenie stołu.
Stawiam kawę przed dziewczynami bez słowa i czekam na miód. Gdyby nie Kira to może bym się zebrał na jakiekolwiek słowa pocieszenia dla Clem... Szlag by mnie...
- Clem... Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale ja dziś będę poza hotelem jakby co...
- Och... sprawy przeciw Anonimowi, jak rozumiem? - Jeszcze się nie domyśla jak bardzo.
-Taaak... - Patrzę w stronę drzwi, mógłby przynieść ten miód...
Na zewnątrz słychać kroki. Niedługo później Jackson przychodzi z żółtą butelką przypominającą opakowanie od keczupu, tylko z zakrętką.
- Kurde, nie powinienem tyle chodzić. - już na swojej w pełni sprawnej nodze doskakuje małymi susami do krzesła, dając mi miód.
- No... to częstujcie się... Może mi ktoś powiedzieć tylko która jest godzina? Bo nie jestem pewien co do działania naszego zegarka.
- Mamy 15:40. Zegarki działają jak trzeba. - odpowiada pancernik, najpewniej rozpoznając pasującą godzinę do swojego położenia.
- To czekanie mnie zabjia-Mówię bardziej do siebie niż do reszty. - Cóż... Wypijemy kawę i pójdę coś załatwić na mieście. - Patrzę porozumiewawczo na Kirę i Clem.
- Ta kawa z miodem naprawdę taka dobra? - Pyta Kira, kiedy Clem obserwuje wspomniany miód.
- Tak... - Dosiadam się do reszty. - ... Poza tym, jak przez większość życia wszystko się słodzi miodem to trudno się przystosować do cukru... No i to nie było u mnie jedyne jego zastosowanie.
- Gdzie ty znajdowałeś miód na Południu? Nawet tutaj ciężko go zdobyć... - Jackson interesuje się tematem.
- Nie jestem z południa. - Odpowiadam spokojnie, acz takim tonem, który raczej ucina temat, jak i zainteresowania pancernika.
- Aha... - Jackson łapie i postanawia nie drążyć tematu.
- No cóż, spróbuję pierwsza... - Kira słodzi dostaną swoją kawę miodem.
- Na przykład. - Ciągnę temat zastosowań miodu-maczając ładunki owinięte szmatami w miodzie, otrzymywało się bomby samoprzylepne. Całkiem dobre na niektóre pojazdy Eggmana.
- Oho... Chyba mam dobry sposób, jakby okazało się, że mamy za dużo miodu... - Pancernik nieco zbliża twarz do reszty. - Mój kolega z pokoju go nie lubi... Bezguście i tyle. - Dodaje.
- Czasami starczyło wylać na taki oddział badników cały garniec miodu, aby go wyłączyć z gry... - Dodaję.
- Oj, to chyba te najstarsze modele. Te nowe, szare Egg Pawny już nie mają takich luk między pancerzem. Może dlatego takie sztywne? - Jackson drapie się po brodzie w zastanowieniu. Jego mimika wywołuje ogólny uśmiech na reszcie twarzy.
- Tylko że ciężko opancerzone modele słabo przemieszczają się po lasach. Zresztą zwykle miałem do czynienia ze złomem, jaki zalegał Eggmanowi na magazynach, może raz albo dwa nadarzyło się coś faktycznie nowego.
- Słyszałem pogłoski o wielkiej wiertarce z mackami... Używają jej jednak głównie do obrony fabryk. A raczej tego, co jeszcze jest z tych fabryk, bo obecnie chyba mają tylko kilka na krzyż. Imperium podobno wycofuje się stąd coraz bardziej. - Jackson wyraźnie śledzi te działania.
- Albo je unowocześnią i ponownie dadzą do obiegu jako mięso armatnie dla ruchu oporu.
- To też możliwe... - Jackson obserwuje uważnie Kirę, która po krótkiej chwili wahań wreszcie decyduje się spróbować.
- Wow... Niezłe. - te słowa przekonują też Clem, która dodaje miodu do swojej kawy.
- Mówiłem? Wracając... Sporo wiesz o jednostach Eggmana... Można poznać źródło twojej wiedzy?
- Cóż... hehehe... - Spogląda na zainteresowane twarze Kiry i Clem. - Powiedzmy, że przez dwa miesiące służyłem w ich armii... - Drapie się po poliku, chyba niepewny czy powinien to przekazać.
- No opowoiadaj... Jak już zacząłeś... I tak ci nie zrobię sądu o zdradę własnego gatunku...
Pancernik widząc zrozumienie na twarzach, naszej trójki postanawia nieco rozwinąć temat.
- Byłem w Czwartej Armii. Eggman już upadł, a jego dwaj słudzy postawili na kompletnie inną taktykę. Zamiast wyniszczać Mobian, pomagali im. Jednak, mimo to kontynuowali walkę z Ruchem Oporu, a w dodatku pojawił się Anonim... Tak, jestem ze Wschodu...
- Nie pomyślałabym... - przyznaje Clem.
- No... mimo wszystko jestem właśnie stamtąd. Miałem szczęście uniknąć wszelkich ataków Sentineli czy Infinita. I wysłali mnie na Południe, do rafinerii. Siły Anonima, wymieszane między przerobionymi maszynami Eggmana a zwolennikami nas przygwoździły... Całe nasze siły rozpierzchły się. A ja trafiłem do wioski... I... zostałem. Nie wiedziałyście tego, bo mój mundur był już praktycznie zniszczony... - na tym kończy tą dość typową opowieść.
- Hmmmmmm... Nic nowego jak tam kawa dziewczyny? - Pytam się, zmieniając temat.
- Nawet zaskakująco niezła. - Kira przyznaje rację, biorąc kolejny łyk.
- Ja chyba jednak wolę mniej słodkie kawy... Ale jest dobra. - Clem trochę mniej przychylnie, ale też przyznaje rację.
Stukanie do drzwi przerywa dalszy temat.

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 11 lip 2019, 22:46 
Awatar użytkownika
Opiekun

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Elna

Pociski zatrzymały się na energetycznym pancerzu lub samej powłoce, kiereszując roboty.
- Void nie działa... Sprawdź Asteroida! - Friedric wystrzelił z swojego standardowego, białego Wispona, kiereszując nieco energetyczny pancerz.
Ludziki porozbijały się na osłonie, ale jednak dwie maszyny straciły ją w wyniku kulminacji wszystkich uszkodzeń.
- Z czego zrobili tych bydlaków?! - Samantha schroniła się przed większą wersją pocisków, które mocno pokiereszowały ścianę za wami.
- Wiem, że są przynajmniej cztery razy twardsi od typowych Egg Pawnów, nie mówiąc o dodatkowym energetycznym pancerzu... I Imperium może sobie pozwalać tylko na takie pojedyncze grupy. - królik dodał swoje, wypluwając na nich cały magazynek ołowiu. Jedna z maszyn wreszcie padła, uderzając o ziemię jak kłoda.
- Całe szczęście... Nie chcę widzieć tych bydlaków nigdy więcej... - jeż wychylił się i razem z kotem wykonali cięcia, które powyłączały kolejne pancerze.
Kolejny magazynek wyładowałaś w przednie maszyny, kasując dwie z nich. Chwilę później zostało ich tylko czterech...

W powietrzu na szczęście było lepiej. Friedric dopomógł ponownie Charmy'emu i po chwili szczątki nieaktywnych Spinnerów wzmacniały barykady.
Niestety, to byłoby zbyt piękne, gdyby się utrzymano od tak, jakby pstryknięciem palca. Dwa Elite Pawny, mające jeszcze energetyczny pancerz, ustawiły się w nietypowej formacji. Jeden klęknął i ustawił gruby karabin na barku, po czym druga maszyna pochwyciła go, łącząc obie bronie, które niespodziewanie połączyły się w jedną, podwójną.
- Co to jest?! - Samantha oddała kolejne salwy Asteroid Wispona, które jednak tylko kiereszowały ich pancerz.
- To coś nowego... - królik niepewnie zaczął się cofać.

Naładowany strzał przeleciał ci nad głową, trafiając w cofającego się Friedrica. Czerwona kula energii wybuchła dosłownie na nim, tnąc iskrami stojącego obok Ricardo. Pies upadł ciężko na plecy, lądując potylicą na jednej z ław. Jego brzuch był cały poparzony, a uszkodzony hełm zsunął mu się z poharatanej głowy. Wokół było pełno śladów po iskrach, które dosięgły też królika na plecach, wywołując u niego potrzebę skulenia na ziemi. Aż dymił w trzech punktach pleców...
Byk widząc zajętego oparzeniami Ricardo zaczął na niego biec, wytrącając mu broń. Obaj zaczęli się szamotać. Co gorsza, roboty teraz stały w miejscu, pozwalając ochłodzić działo. Dwa pozostałe stanęły w miejscu, oddając zwykłe strzały.

Will

- Proszę. - odpowiedziałeś na zapukanie.
Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła... Ajsza.
- Dobre popołudnie... - kiwnęła głową wszystkim i podała ci jakąś kopertę. - List od twojego wcześniejszego odbiorcy. - mrugnęła lewym okiem porozumiewawczo, niedostrzegalnie dla innych.
Przyjąłeś kartkę i stanąłeś w kącie sali czytając po cichu treść listu.

Kartka była zapełniona tylko w środkowej części, dość szybkim streszczeniem:
"Heroldobójco, burmistrz osobiście nie stawi się na planowanym spotkaniu, ale na pewno z chęcią wyślemy tam rzecznika od spraw spokoju miasta.
Powodem jest ryzyko towarzyszące temuż spotkaniu, gdyż nie możemy mieć stuprocentowej pewności co do pańskiej wiarygodności.
Przepraszamy, że nie możemy ci w pełni zaufać. To trudne czasy i trzeba się mieć na baczności.
Z poszanowaniem, sekretarz burmistrza William von Falldown."

- Rozumiem, że znajoma Bruce'a? - przemknął ci głos Kiry niedługo po odczytaniu.
- Tak, nazywam się Ajsza... - odpowiedziała pantera.
- Och, specyficzne imię... - tygrysica poznała właśnie tą kobietę o "wspólnym języku".

- O żeby szlag cię trafił, ty zapluty dziadzie. - zmiażdżyłeś wreszcie kartkę i wyrzuciłeś ją do kosza. - A, poznajcie się Kira Ajsza, Ajsza Kira. - dodałeś już do rozmowy.
- Coś nas ominęło? - Clem zainteresowała się tematem.
- Wspominał coś, że jesteśmy trochę podobne. - wyjaśniła krótko tygrysica.
- Może trochę... - Ajsza zaobserwowała kartkę lądującą w koszu. - Niezbyt poszło jak trzeba?
- Em, co mnie ominęło? Może... powinienem zostawić was samych? - przypomniał o sobie Jackson, wyraźnie czujący się tu obco. Co się dziwić, on niewtajemniczony w temat...
- Po tym zamachu po prostu boi się wyściubiać nosa. - zignorowałeś pytanie pancernika.

Jackson w tym momencie ucichł.
- Czyli plan się zawalił, czy po prostu utrudnił? - Ajsza chyba też zignorowała obecność pancernika.
- Zawsze komplikacje... - Kira westchnęła i wypiła do końca kawę z miodem.
- Utrudnił... Dodatkowo ta masakra tutaj... To mogło być ostrzeżenie przed tym, że oni wiedzą co my chcemy zrobić. - stworzyłeś kolejną podstawę do ataku.
- Coś mi się obiło o tym ataku... - Ajsza spojrzała na Kirę i Jacksona, dostrzegając niemalże od razu ich urazy po ataku.
- I w efekcie cierpimy głównie my. Dlatego jednak chcemy działać. Nasza wioska została zajęta, ale my jesteśmy dalej gotowi do działania! - Kirze chyba znowu udzielił się bojowy akcent.
- Oni... I Heroldobójca po prostu ją zniszczyli. - rozłożyłeś bezradnie ręce, odwołując do początku całej historii. - Zrobili zamach w hotelu, po to aby nas nastraszyć. Tylko nie wiem czy: przed tym abyśmy nie podejmowali działań, czy po to aby im wydać Heroldobójcę. - tłumaczysz pumie swój punkt widzenia.
- Tego pewnie nigdy się nie dowiemy. Chyba, że O N może to wyjaśnić. - Kira dała wyraźnie znać kogo ma na myśli.
- O tym się przekonamy dopiero jutro rano. - usiadłeś na krześle. - Na razie mamy związane ręce.

Chwila ciszy zostaje szybko przerwana.
- Dobra, mam parę spraw, więc udam się dalej... Pa, Kira... i wszyscy inni. - chyba wcześniejsze przedstawienie się wywołało trochę nietypowy ciąg zdarzeń. Ajsza opuściła pomieszczenie.
- Więc teraz trzeba czekać? - Clem dopiła swoją kawę.
- Ja może też pójdę... Chyba nie powinno mnie tu było w ogóle być... - Jackson podniósł się na jedną nogę i małymi doskokami skierował do drzwi.
- Jack, karty... - przypomniała Kira.
- Ach, racja. - pancernik wrócił się i podparł o stół, zbierając karty do pudełka.
- Jedyne co mi przychodzi to powrót do gry. Także zostań, Jack. Spróbujemy się w tego pokera. - poprosiłeś.
- Och... dobra. Ale tym razem może już bez fantów... Chcę mieć pieniądze, a inne stawki nie przychodzą mi do głowy... - pancernik zatrzymuje na razie pudełko. - Koleżanka umie grać? - zapytał Clem.
- W sumie to nigdy nie grałam, raz jedynie z ubocza obserwowałam...
- Dobra, to może was trochę nauczę. - Jackson znowu usiadł na miejscu, poprawiając ułożenie kart i tasując je.

Gra na opanowanie sztuki gry okazała się bardzo ciekawa. Nawet jeśli zabrała godzinę, na moment pozwoliła zapomnieć o grze... Ostatecznie jednak Jackson musiał już wracać, ponieważ jego kompan pokojowy, ptak o skowronkowym wyglądzie, zdecydował się odpocząć i wolał żeby mieć jakąś znajomą twarz z sobą.
Jackson nawet nie zdążył opuścić pokoju, kiedy wrócił już Bruce.
- Dobra, Ahdi nieco uspokojony... - ziewnął. - Męczący dzień... Burmistrz odpowiedział?
Wyjaśniliście pokrótce mijający czas, a także wyjaśniłeś list i utrudnienie planu.

Niespodziewanie odpowiedź Bruce'a przerwało stuknięcie w wasz parapet. Za oknem wbity był bełt z zawiniętą kartką.
"Przyspieszyłem wizytę, bo mam coś co, a raczej kogoś, kto cię pewnie mocno zainteresuje."
- Zaczyna się... - Kira błyskawicznie spochmurniała, a Bruce tylko oparł się o ścianę obok, obserwując treść listu. Clem dopiero po chwili zrozumiała co się dzieje i zakryła usta.
- Czy to..? - chciała się wyraźnie upewnić w swoich podejrzeniach.


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 12 lip 2019, 0:37 
Awatar użytkownika
Moderator

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
"Meh... przyjdzie mi tu zginąć... trzeba było iść na piętro! Gdybym mogła cofnąć się w czasie to cofnęła bym się jedynie o te kilka minut."

Tak sobie myśląc wymierzyłam w szamoczących się Ricardo oraz imperialnego byka. W magazynku została mi jedna kula. Oddałam strzał. Byk dostał pociskiem w okolice obojczyka, na krawędzi barku. Ricardo wtedy wykorzystując puszczenie ręki uderzył go sierpowym, obalając siłą ciosu na ziemię, po czym trzema kolejnymi uderzeniami ogłuszył.

- Dzięki... - pomachał ręką wokół, próbując powstrzymać parzenie.

- Nie ma sprawy... chociaż celowałam w głowę... - spojrzałam się na nieprzytomnego byka przeładowując broń. - No cóż, alkohol robi swoje. W każdym razie skoro to już mamy z głowy to wypadałoby się zająć tym czymś.


Wskazałam za siebie kciukiem na tą dziwną taktykę. Co oni myślą, że są jakimś transformersami?

- Nie wiem... celujmy może... w nogi... Może ten co klęczy się przewróci czy coś - wzruszyłam ramionami i oddałam kolejne strzały.

_________________
Obrazek

Już my wam damy popalić!
Imperium Eggmana zawsze na fali!


Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 12 lip 2019, 15:47 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
- Tak to jest to... - Podchodzę do parapetu- Chociaż jest to trochę ryzykowne, może to pułapka? - Wychylam się. - Walić to, znacie plan... Więc jeżeli odpadnę... Rozdzielcie się, uciekajcie... I nie zostawcie Clem samej. Na północy mam trochę znajomych, tam będziecie bezpieczni.
- Ale... - Bruce wstrzymuje Clem przed wyraźną próbą powstrzymania cię.
- Szczerze? Jeżeli Max mu zaufał, to coś jest na rzeczy... - Przerwał jej kret.
- Jakby co pytajcie się o kruczą gwardię, reszta zrobi się sama-Ostatni raz patrzę na Clem i puszczam jej oczko. To jest takie mentalne:
"Nie martw się."
Rzeczywiście, łatwo się dostać na dach. Mnóstwo wypustek i wystających rur. Raz dwa i się wgramolę na górę.
Docieram na szczyt. Dostrzegam dwie sylwetki.
Łowca siedzi na wystającym elemencie tarasu ze splecionymi palcami i kuszą tuż obok. Pod jego nogami leży jakiś inny tułów, ze związanymi stopami oraz dłońmi za plecami, a jego twarz kryje opaska nałożona na górną część twarzy, zakrywając oczy.
- Więc? Braterstwo... Czy śmierć? - Kompletnie ignoruję obecność trzeciego gościa, pewnie i tak zaraz mi ją wytłumaczy. O ile nie wpakuje bełtu między oczy.
- Braterstwo... - bełt między jego splecionymi dłońmi rozcina materiał na jego ubiorze, ujawniając zielony kryształ w formie rombu. Wtedy następuje pytanie. - Chłopie, ja mam skrzydła... - chrząka i wraca do tematu. - Ale żeby być w stanie ci pomóc, będę musiał pozbyć się mocy przemian... Jednak zanim Anonim się zorientuje, chciałbym pogadać o jednym gościu... - zdejmuje maskę z twarzy trzeciego.
Jego twarz pokrywa zielony tatuaż w formie płomienia. Nie ma wątpliwości, to jakiś zwolennik Anonima.
- Mogę zgadywać? - Pytam się uprzejmie. - To jest jeden z zamachowców? A co się stało z pozostałymi, tak swoją drogą.
- Pięciu gości. Trzech zginęło, czwarty złapany, piąty zbiegł... A to ten piąty.
- Czyli rzeź w hotelu... - Wiedziałem-O tej drugiej sprawie też wie?
- Zależy, jaką masz na myśli. - kopie zwolennika lekko w plecy, a ten jęczy. - Koniec drzemki. - wyjmuje mu z barku strzałkę, tą samą użytą swego czasu w magazynie.
- Tą z Pokutnikiem-A jednak aż takiej zmowy nie mamy. - Cieszę się, że od razu zacząłeś od sprostowania... Zdjąłeś ze mnie wielki ciężar Łow... - Przestaję. - Jak go się pozbędziemy, to wtedy spytam cię o prawdziwe imię, ok?
- Derric... - Łowca lekko kopie znowu rysia, który obraca się na plecy.
- O co tu chodzi, Heroldzie?! - Wydziera się na widok maski nietoperza. Jego zielone ślepia rozświetlają maskę, tak jak kryształ na jego klatce emanuje kolorem zieleni.
- Były Heroldzie... - Prostuje Łowca. - A teraz wyjaśniaj ten atak...
Milczenie.
- Więc Derric-Wyciągam rękę-Mów mi Will w takim razie. - A do ciebie zaraz przejdę. - Patrzę na przyszłe ścierwo, pod naszymi nogami.
Dłoń zostaje uściśnięta.
- O co tu chodzi, Heroldzie?! - Wydziera się znowu "przyszłe ścierwo".
- Najpierw my zadajemy pytania! - Głos Łowcy przy tych słowach jest dużo mocniejszy. Ryś trzęsie się swoimi związanymi kończynami.
- Teraz twoja kolej... - Podnoszę go, do pozycji półsiedzącej, a sam kucam naprzeciwko niego. - Wybacz, ale nie mam aktualnie obelgi, którą mógłbym się do ciebie zwracać. Siedzimy na hotelu, w którym doszło do rzezi, w masakrze zginęło między innymi dziecko. Nie potrzebuję wiedzieć więcej, tak samo, jak ty. Ja, dlatego że przewinęły się trupy niewinnych, a ty... Cóż... To już zależy od woli Derrica, co się z tobą stanie. Mów wszystko, co wiesz, szczerze, powoli i odpowiadaj na każde pytania... Wtedy, może spotka cię przychylny los.
- Jesteś Heroldobójcą? - Rzucił nagle sam pytaniem, zgrzytając wściekle zębami, ale tupnięcie Łowcy natychmiast go straszy.
- My. Tu. Pytamy. - Dodaje do tego.
- Czy ja ci wyglądam na osobę zdolną do zabicia pół-Boga? - Uśmiecham się niewinnie. - Nieuprzejmością jest jednak ignorować zadane już parokrotnie pytanie. Pozwolę sobie na rozkaz. Mów.
- Co takiego chcesz wiedzieć? Bo mam bardzo dużo do mówienia... - Na moje słowa reaguje dość odważnie, zaciskając mocniej zęby i pochylając głowę w bok. Derric tym razem się wstrzymuje od reakcji.
- Wszystko. Noc jest jeszcze młoda.
- Od czego by tu zacząć... - głowa rysia kieruje się na gwiazdy powyżej. Dzisiaj noc jest bardzo gwieździsta przez brak chmur, więc widać bardzo dobrze sylwetki. - Heroldobójca jest wśród was... - tu rozszerza mocno oczy i spogląda mi w źrenice, jakby chcąc czytać w myślach. - ...a my bardzo nie lubimy, jak Heroldzi zostają... zabici. Wszyscy świadkowie powinni być... martwi! - nieznaczne zbliżanie twarzy hamuje Łowca, pochylając się na wysokość twojej głowy i wywołując natychmiastowe cofnięcie.
- Więc dokonaliście rzezi dla zabijania niewinnych? - Niespodziewanie jego wygląd zmienia się... na Anonima. Więzień ze strachu niemalże się przewraca, ale Derric chwyta go za kołnierz chusty i z powrotem prostuje, stając prosto jak dąb.
- Założyli, że może trafią na niego... Jednak... Dostaniecie w zamian to samo co oni... Zabiliście niewinnych uciekinierów. Nie żołnierzy, nierównych sobie. Tak, żebyś wiedział, co zrobiłeś... No i nie zasłaniał się ideałami, że to dla Anonima. - obaj przeszywamy się wzrokiem, kto w tym starciu jest silniejszy? - Twojego boga, tu nie ma.
- Dokładnie... - Łowca znowu przybiera swój dotychczasowy wygląd.
- Przecież on słyszy przez kryształ! - tu kiwa w stronę obiektu na klatce nietoperza.
- Ach, ten? - puka obiekt. - Blokuję go... I raczej ostatnie co ode mnie usłyszy to "Żegnaj, znalazłem lepsze rozwiązanie problemu"... - zakłada dłonie na piersi.
- Ach, więc to tak, ty z-z-zdrajco! - przechodzi chwilowo wzrokiem na Łowcę, po czym wraca go na mnie, konfrontując źrenice. Jego usta dygoczą.
- Przynajmniej nie jest ludobójcą. - Uprzejmie się wtrącam. - Sam zdemaskujesz całą siatkę czy mam ci pokazać co potrafi zrobić wściekła tygrysica pochodząca z dzikiego południa?
- Nie boję się żadnych tygrysic... - niespodziewanie pluje mi na nos.
- Kolega dodaje kolejne powody do bolesnej śmierci... - Łowca wyjmuje jakąś czystą ścierkę. Najwidoczniej jedna z tych używanych zazwyczaj do ścierania krwi.
- Niskie zagranie-Dziękuję grzecznie za ścierkię i pozbywasz się wydzieliny wierzchem dłoni. - Tobie się bardziej przyda... A co do jego zachoawnia-Ignoruję nieobecność tego chama spod glinianej strzechy- Typowe dla zwykłych pionków, nie chcę być nieuprzejmy stary, ale on nic nie wie i nic nie znaczy. Nawet dla Anonima, wybacz, że ci zniszczę światopogląd zamachowcu z miałkimi horyzontami, ale twoja śmierć nic nie będzie znaczyć. I nie bój się tygrysic-Zakładam mu rękę na ramię. - Nie bój się bólu i cierpienia... Pomyśl o tym, jak bardzo nic niewart jesteś, pomnij na to, że ty po prostu zdechniesz i nie pozostanie po tobie nawet wspomnienie... No, chyba że to negatywne. Współczuję ci stary. - Kończę tyradę skierowaną do rysia.
- Phi, co mnie obchodzi twoje współczucie?! - ryś wścieka się mocno.
- Zacznie współczuć na serio jak wreszcie damy cię osobom, które straciły kogoś z rodziny lub bliskich przyjaciół... - Łowca klęka obok. - I dopilnuję, aby NIKT nie mógł ci pomóc. - "Nikt" akcentuje z tak potężną mocą, że mimowolnie czuję ciarki.
- Nie będziesz musiał nic robić w takim razie, bo i nikt do niego dłoni nie wyciągnie. Możesz go ogłuszyć ponownie, abyśmy pogadali jak normalni Mobianie?
- Oczywiście. - Łowca wyjmuje kolejną strzałkę i wbija mu gdzieś w żyłę obok szyi. Ryś charczy i po prostu zamyka oczy, upadając. - Dawka na pięć minut. W razie czego mam kolejne. - Uprzedza.
- Nie chcesz jej zdjąć? - Wskazuję na maskę. - Możesz wreszcie przestać ukrywać się... Chyba... No i pogadać.
- Zdejmę... Ale najpierw. - Derric przykłada bełt pod kryształ i wciska go. - Anonim wreszcie domyśli się, co czynię... A wtedy może łatwo zatrzymać akcje mojego serca. Chyba że pozbawię go łącznika. - Podaje mi ścierkę. - Będzie wyglądać boleśnie... Kiedy się go pozbędę, przyłóż mi to do powstałej rany...
- Mamy lekarza na dole, jeżeli wolisz, aby to wykonał profesjonalista. Albo, chociaż czekaj dam ci jakieś leki na znieczulenie...
- Nie... Jeden z naszych próbował kiedyś sprawdzić co by się stało przy samym Anonimie... Nawet leki znieczulające nic tu nie dadzą, bo to tak jakby... atakuje nie nerwy, a umysł... - Derric wciska bełt mocniej. - Lepiej się przygotuj... - grot bełtu znika pod kryształem, który nieznacznie się rusza. Maska Łowcy przygasa.
- Dobra, zaczynaj-Biorę zwłoki zamachowca i odrzucam je możliwie daleko, nawet jak spróbuje skoczyć, to spadnie i się zabije, więc w miarę jest bezpiecznie.
Zamachowiec ląduje kilka metrów dalej.
Chwilę później ciszę przerywa jęk bólu. Rośnie... rośnie... Kryształ niespodziewanie upada na ziemię, zostawiając dziurę o rozmiarze serca, kiedy sam Łowca nie daje rady już powstrzymać donośnego krzyku, który przeszywa całkowicie noc.
Pomagam mu usiąść na ziemi, kiedy krzyk wreszcie ustaje i przykładam szmatę do rany.
- Jesteś tam?
- Jestem... Jestem... Szlag... - Łowca zdejmuje maskę, aby móc lepiej oddychać. Ukazuje się jego nietoperzowa twarz o zielonkawych oczach i... kilku rysach rozrzuconych po twarzy. - To... po ataku Infinite... - nie widać ich na razie w pełnej krasie... I to chyba lepiej, patrząc na nie pod niemrawym światłem gwiazd i księżyca...
- Witamy w takim razie po drugiej stronie barykady. Niestety nie mam armii, super mocy ani darmowych karnetów na piwo. Tylko mi tu nie zemdlej, bo wtedy to nawet nie wiem, czy Clem cię odratuje.
- Dobra, dam radę... Chyba energia Anonimowego Kryształu, proszę nie śmiej się, zalepia mi to częściowo... - Derric nieco się podnosi i opiera o barierkę, celując wagą w bezpieczną, wewnętrzną część dachu.
- Widać, że nie macie tam dobrego kolesia od nazw. - Podnoszę błyskotkę-Mam nadzieję, że już nie działa.
Błyskotka powoli wygasa.
- Jej moc może zasilić tylko Anonim... Po tym... - Derric bierze kryształ i rzuca na ziemię. Ten rozbija się jak szkło. - Jest to delikatne jak tanie okulary. - wzdycha mocniej. - Daj mi chwilę, chyba się normuje. - pociera oczy.
Siadam obok niego.
- Tooo... Od czego chcesz zcząć? - Obaj zaczynamy gapić się w niebo.
- Przypomniałeś mi, że istnieją lepsze metody naprawienia świata... - Bierze kuszę w dłoń. - Prawdziwe cudeńko. Dzięki elastycznej lince mogę ją naciągać trzymając w powietrzu... I ma moc większą od typowej kuszy. - Kładzie ją obok. Przeciera ścierką nos i kąciki ust, z których leci krew.
- Nie naprawisz świata martwym. - Rozglądam się za drogą na dół. - Zaprowadzę cię do lekarza.
Dostrzegasz drzwi prowadzące na dół.
- Tylko weźmy tego gościa... Pokażemy go osobom, które straciły liczące się osoby... - Łowca powoli się podnosi, koślawo stając, ale raczej się nie przewróci.
- O niego się nie martw. Drzemka mu nie zaszkdozi - Wyciągam jedną z strzałek Derrica i wbijam mu w żyłę. - A teraz chodźmy.

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 12 lip 2019, 23:30 
Awatar użytkownika
Opiekun

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Elna

Wspólne pociski kilku broni przebiły wreszcie osłonę i poraniły wroga po nogach. Dolna maszyna przechyliła się do przodu, powodując opuszczenie lufy w dół. Pocisk trafił w podłogę, druzgocząc ją na kawałki... Powstała dziura tylko pokazuje, że Friedric nie miał szans...

Obie maszyny padły od Lightning Wisponów i zostały już tylko dwie maszyny.
Jedna padła od wspólnych salw Samanthy i kota, kiedy druga zdołała jeszcze trafić jeża, który chwycił się za bark. Po tym rozbił ją Void Wispon, który już podziałał na osłabionego robota.

- Błagam, niech to będzie koniec... - od pewnego czasu nie słychać było salw czołgowych.
Niespodziewanie usłyszeć można było huki na zewnątrz. Obok drzwi przebiegła grupa Egg Pawnów, biegnąc do centrum miasta, a ostatnie dwa Spinnery uciekły przed wrogiem. Na dachu rozległy się dwie równoległe eksplozje.
- Halo, wrota? Hełm Friedrica nie działa, a chcemy wiedzieć jak wygląda sytuacja u was... - zatrzeszczała słuchawka i odezwał się Norton.

Will

Docieracie schodami na dół i przechodzicie przez jedno piętro. Derric ściągnął ścierkę z klatki piersiowej. Rana przypominała teraz głównie ślad po poparzeniu z nieznacznym wgłębieniem. Niewykluczone, że zostanie jednak do końca życia.
Sam "Łowca" tylko raz się na moment zatrzymał, bo potrzebował chwili na złapanie tchu. Teraz chyba jego organizm z powrotem przyzwyczajał się do starszego życia przed kryształem.
- Jeszcze trochę Derric - dociągnąłeś go do swojej kwatery i zapukałeś do drzwi.

Drzwi otwierają się, a na tle sylwetki widać ostrze scyzoryka.
- Max? Słyszeliśmy krzyki przez otwarte okno... Nikt nie poszedł na górę? - Kira spojrzała na nietoperza, szczególnie zwracając uwagę na jego klatkę piersiową. - Dobra... Chyba jasne. - rozszerzyła je, wpuszczając was do środka.
Bruce i Clem byli przy krzesłach. Pierwszy wyglądał na nieszczególnie zaskoczonego postępami, kiedy druga aż wyraźnie odetchnęła z ulgą.
- Pomożesz Derricowi, Clem? - kiwnąłeś na nietoperza.- I Kira, chodź ze mną... Tylko przebierz się w Pokutnika.
- Dobra... dobra, tylko Kira, przynieś mi medykamenty... - "Łowca" usiadł na krześle, kiedy Clem już poprawiła rękawiczki. Ty jednak usadziłeś byłego herolda na łóżku, aby ten się położył.
- Jesteś w dobrych rękach, pogadamy za chwilę. - skierowałeś się w stronę drzwi. - Tylko zajmę się naszym śpiochem.
- Więc... kolega to Łowca? - Bruce domyślił się po samej rasie.
- Tak, były Łowca. - odpowiedział Derric. Kira ruszyła za tobą, zmierzając jeszcze do pokoju zajmowanego z jeżycą.
- Śpiochem? - Kira wyprzedziła innych w zadaniu drugiego pytania.
- Na pewno was zainteresuje... - Derric położył się zgodnie z lepszą propozycją.
- Pomogę ci z osprzętowaniem, Kir.

Najpierw tygrysica wzięła leki z pokoju, a następnie zajęliście się fanatykiem. Kira z trudem wstrzymała scyzoryk, gdy rozpoznała jego twarz.
- Ten łajdak... To on strzelił do Harveya, tego jestem pewna... - przenieśliście śpiocha do najbliższego schowka. Nie powinien na razie sprawiać problemów, nadal jest uśpiony.
- Przywilej wyduszenia z niego informacji zostawiam tobie. Metoda dowolna. A strój Pokutnika to propozycja ode mnie jak z niego wydusić... Wszystko.
- Och, zdecydowanie ta łajza będzie mieć dużo do mówienia... - Kira uśmiechnęła się dość potwornie... Patrząc na te wydarzenia, nie ma co się nawet dziwić.
Dotarliście do miejsca przechowywania stroju Pokutnika.
- Chcesz zostać z nim sama? - zapytałeś.
- Chyba wezmę z sobą Bruce'a. Na pewno zechce się dowiedzieć, a chyba przyda mi się ktoś aby powstrzymać mnie przed zaciukaniem go... - zaczęła rozkładać ten ubiór, aby po kolei go założyć. - Przynajmniej zbyt szybkim zaciukaniem... - poprawiła się. - Jakieś wskazówki co do jeńca?
- Niech się ciebie boi. Ja mu tylko powiedziałem, że jego śmierć nic nie znaczy, a jego Bóg się na niego wypiął... Możesz pociągnąć te bajkę, ale objąć nowy kierunek przesłuchania. Bruce przyda ci się też w razie potwierdzenia informacji. - pomagasz jej z maską. - Pamiętaj o glosie i o roli.
- Oczywiście... - na to odpowiedział już głos zmieniony przez maskę.

- To ja idę pogadać z Derriciem i odwołam do ciebie Bruce'a. - skierowałeś się w stronę swojego zakwaterowania.
Znalazłeś się z powrotem w pokoju. Derric, pozbawiony górnej części ubrania, był już opatulony na terenie kratki piersiowej odpowiednimi bandażami.
- Nawet wolę nie myśleć jak to bolało... - jeżyca chyba chciała coś zrobić w związku z ranami twarzy, ale te już były poza zasięgiem jej możliwości.
- Może gdyby były świeże, to coś by się dało. - nietoperz chwilowo położył się znowu.
Bruce dostał cynk i opuścił pomieszczenie.
- Więc... Od czego chcesz zacząć? - zająłeś krzesło naprzeciw łóżka.
- Jak mówiłem, dobrze że wskazałeś mi lepsze metody poprawienia świata... Zrobiłem za dużo złych rzeczy, które muszę teraz naprawić innymi czynami.
- Jako Łowca zajmowałeś się eliminacją jakichś osób, które mogą sprawiać problem? - Clem zaczęła zbierać swoje rzeczy.
- Tak. Willa miałem zdjąć, bo był Heroldobójcą. Anonim wiedział o tym, bo Podświadomość ostrzegł go przed swoją śmiercią.
- Jak to było z tym podjazdem Infinite'a i ekipy? I jak dołączyłeś do Anonima? - pociągnąłeś temat dalej.
- Infinite i ekipa? Chciałeś chyba powiedzieć samo "Infinite". On zawsze działał sam. - chrząknął w dłoń. - Wracając, zaatakował nasze miasto. Chyba miał za zadanie podziałać jako dodatkowy straszak, zaraz obok Sentineli trzymających się już wyłącznie na terenie Zachodu. Zrobił nieco rozróby na terenie miasta, atakując w kilku miejscach i prezentując potęgę kreacji... A raczej "prawdziwych" iluzji, jak potem wyszło na jaw.
- Pewnie było strasznie? - Clem na razie usiadła krzesło obok, kładąc torbę z rzeczami na stole.
- Dosyć... Ja byłem świadkiem sytuacji, kiedy stworzył miniaturową wersję Sentinela, która zniszczyła trzy budynki. Po tym byłem jedną z osób, które postanowiły udać się na względnie mniej wpływowe w wykonaniu Eggmana Południe... I wtedy poznałem część innych uciekinierów... Jednego Will poznał osobiście, a pozostałych można się domyśleć...
- Anonim i Heroldzi... - dokończyła cicho sama do siebie Clem.

- Już wtedy trwała ta cała krucjata mająca na celu stworzyć lepszy świat? - przedłużyłeś temat.
- Nie... Trzymaliśmy się razem i wędrowaliśmy między miastami, szukając zarobków na różne zasoby. Desperacka sytuacja pewnego dnia zmusiła nas do wykonania, powiedzmy, czarnej roboty dla jednego oprycha... Wszystko się zepsuło i uciekliśmy na najgłębsze południe. Kryliśmy się w tamtejszych jaskiniach w okolicach szczytów. Znaleźliśmy źródełka wody, a jedzenie można było nabyć od plemion... - tu znowu przerwało kichnięcie, podczas którego organizm razem z śliną wypluł nieco zielonej, świecącej mazi. Pewnie resztki tego co zostało po usunięciu kryształu. - ...aż pewnego dnia doszło do uderzenia meteoru, a raczej czegoś podobnego do meteoru, w którego wnętrzu znaleźliśmy właśnie takie kryształki...
- I Anonim wyrwał na siebie najmocniejszą dawkę?
- Nie tyle najmocniejszą, a bardziej... zrobił to jako pierwszy. To on znalazł te kryształy i to on pierwszy pod wpływem jakiejś... wewnętrznej chęci wbił go w klatkę piersiową... - sprecyzował.

- Próbowałeś się czegoś dowiedzieć o tych kamykach? I czy ten meteor jest źródłem jego mocy... I do cholery! Jak ten koleś ma na imię?! - tyle pytań mogło znaleźć odpowiedź. Albo i nie.
- Szczerze? Jedyne co mi przychodzi do głowy to Infinite. On też miał jakiś klejnot wbity w klatkę piersiową, ale jego był bardziej fioletowy. I jego moc wydawała się być większa od Anonima... - odpowiedział na pierwsze pytanie, kiedy doszło drugie.
- Najdziwniejsze jest to... że nie pamiętam. Ani ja, ani inni. To tak, jakby jego imię... zniknęło z naszej pamięci. Może użył części mocy, aby wymazać starą tożsamość... - chwycił się za głowę.
- Gdyby nie pamiętanie o innych rzeczach, to zaryzykowałabym stwierdzeniem, że szok po usunięciu tego kryształu nieco przyćmił ci pamięć i potrzebujesz czasu... - dodała od siebie jeżyca. - Ale jednak wiesz za dużo, aby to było coś z tym powiązanego.

Walnąłeś prosto z mostu:
- No dobra... To ile wiesz o spotkaniu z burmistrzem?
- Wiem, że planowałeś coś w magazynie... Ale że to będzie coś z burmistrzem, to nawet nie sądziłem... - Derrica wyraźnie zaskoczyło to pytanie, co dostrzegłeś w jego oczach.
- Myślałem że masz lepszą komórkę szpiegowską w tym mieście... - mruknąłeś.
- Ci goście? Proszę cię... Po tych działaniach w tym mieście jestem zaskoczony, że dałem radę funkcjonować tak długo z tak małym odkryciem własnej obecności. I całe szczęście, bo w innym wypadku Anonim pewnie by już chciał je jakoś zająć.
- Wystarczająco, aby zadać krzywdę naszym przyjaciołom... - Clem nie mogła chyba tego odpuścić.
- Tym się już zająłem. Gdy tylko usłyszałem o tych zdarzeniach wytropiłem jedynego uciekiniera. Wnioskuję, że ta tygrysica i kret już się nim zajmują? - pytanie skierował do ciebie.

Przyłożyłeś ucho do ściany koło pokoju który miał służyć jako miejsce zwierzeń.
Słychać było tylko ciche, wytłumione ścianą głosy. Jeden, wyraźnie nienaturalny, należał pewnie do Kiry w masce, a drugi mówiący pasował do przesłuchiwanego. Na razie wszystko wydaje się brzmieć dość normalnie, choć pytanie jak to wygląda bezpośrednio za ścianą...
- Bawi się z nim.... - stwierdziłeś cicho. - Wracając: Plan był taki że pod fasadą negocjacji z Burmistrzem chcieliśmy cię... Sprzątnąć. - rozłożyłeś ręce. - Wiem, brzmi to okrutnie, ale po rozwiązaniu problemów tutaj i zasięgnięciu języka u Burmistrza chcieliśmy ruszyć na, Coś tam, Blue City i pomóc je odbić z rąk Anonima.
- Blue Shrine City... Ofensywę prowadzi tam Magnu... Pięść... - Derric od razu sobie przypomniał.
- Kolejny Herold? - domyśliła się Clem.
- Tak... - "Łowca" dodał to już ciszej.
- To ten, w którego wystrzelili z armaty i nic to nie dało? - upewniłeś się. Słyszałeś o nim już jakiś dłuższy czas temu.
- Tak. Uparty jak osioł i silny jak na nosorożca przystało...
- Jak zobaczę na co go stać to wtedy wymyślę jak go wyeliminować albo z nim dogadać... O ile najpierw mnie nie połamie samym pochwyceniem ręką. - podszedłeś do aneksu i zacząłeś już czwarty raz tego dnia szykować kawę. - Więc... Jaki masz plan na siebie?
- Na pewno będę chciał powstrzymać działania Anonima. Albo przynajmniej w tym pomóc. - kolejne kaszlnięcie. Odrobina bardziej matowej zieleni towarzyszy wydzielinie.

- Idziesz z nami czy masz już jakiś obrany kierunek, a może znasz sposób jak zadać większe straty Anonimowi i ocalić to miasto którego nazwy nigdy nie zapamiętam inaczej?
- Jeśli to nie problem, na razie potrzymałbym się was. Chwilowo nie mam gdzie się udać, poza swoją kryjówką. A co do strat dla Anonima, mam parę sposobów już tylko w tej okolicy... Ale na razie chyba trzeba się zorientować jak wyjdzie to spotkanie z burmistrzem. - Derric nieco powolnie usiadł.
- Nie zalecam... - Clem nie skończyła.
- Spokojnie, na razie tylko siądę. Jak poczuję się lepiej, to skieruję się do swojej kryjówki. Czuję się prawie jak dawniej.
- Już cię i tak powitałem na pokładzie. Możesz nawet tu zamieszkać... Bo możesz być spalony w swojej kryjówce. W każdym razie spotkanie jest ustawione. Tylko z jakimś marnym doradcą. To bardzo utrudnia robotę... Po pierwsze: Urzędasy zwykle mówią wyuczone linijki i opóźniają nieuniknione.
Po drugie: Ile może znaczyć poświadczenie marnego zastępcy... - zalałeś kawę gościom.
- Zastanawiam się, czy lepszym pomysłem nie byłoby się włamać do domu burmistrza i zostawić mu prosty rozkaz: Albo sam przyjdzie na spotkanie, albo drugą wiadomość dostanie między oczy. - podałeś kubki jeżycy i nietoperzowi, po czym wziąłeś swoją porcję... I miód.
- Racja... Już zapomniałem, że Anonim może widzieć to co my dzięki połączeniu... Więc może znać położenie tej kryjówki... - dalej poszedł koncept co do rozwiązania tematu burmistrza.
- W ten sposób na pewno nie pomożesz... - tu odezwała się Clem. - Groźby to w tej chwili ostatnia rzecz jakiej powinniśmy używać w obecnej sytuacji.
- Wiem, ale jak mam tego opancerzonego dziada zmusić do tego, aby wysłał odsiecz? Urzędnik powie co ma powiedzieć i pójdzie w swoją stronę... Chyba że... - patrzę na Derrica. - Nadal potrafisz zmieniać formy?
- Nie... To była moc mojego kryształu... - Derric wziął łyk kawy. Dodatkowa kofeina musiała chyba dobrze mu zrobić po usunięciu tegoż kryształu. - Tylko właściwie jaki to urzędnik ma zostać wysłany? - zapytał po chwili.
- Rzecznik od spokoju miasta czy jakoś tak - dorzuciłeś sobie kolejną łyżkę miodu. - Znasz go?
- Znać nie... - Derric chwilę zakrył usta w zastanowieniu.
- Rzecznik od spraw spokoju miasta? - Clem spojrzała ci prosto w oczy. - Widać że jesteś nietutejszy, bo to nie jest "jakiś" urzędnik...
- Wybacz, kilka lat rozbijania się po lasach daje we znaki... Zresztą, opowiadałem ci o tym. Co w związku z tym w takim razie?
- Bądźmy szczerzy... Jeśli chcemy zdobyć wsparcie, bezpieczeństwo miasta będzie bardzo istotne. Jeśli przekonamy rzecznika, że faktycznie wszystko może się ułożyć, to znacząco zwiększymy szanse na osiągnięcie celu. - wyjaśniła Clem. - Może nie da to takiej pozycji jak przy burmistrzu, ale jednak jest to spora szansa.

Drzwi nagle otworzyły się i do pokoju wkroczyły dwie osoby.
- To cięcie naprawdę było potrzebne? - odezwał się Bruce, pomagający Kirze zdjąć maskę.
- Do czasu jak dostaną go inni powinien przeżyć. - odpowiedziała, przecierając scyzoryk o jakąś chustkę.
- Powinien? - kret dostrzegalnie przymrużył oczy.
- Dobra, przeżyje... - poprawiła się tygrysica.


Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 13 lip 2019, 0:05 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
- No dobra... Ja chciałem rzucić się na samą głowę biurokratycznej hydry, ale jeżeli tak stawiasz sprawę... - Zacieram dłonie-Gorzej że ekipa przygotowana na zamach, została wciągnięta w zwykłe spotkanie.... Kira, Bruce. Kawy?
- Nie, dzięki... Mnie nabuzowało wystarczająco... - Kira zdejmuje płaszcz. Na czarnym materiale widać czerwone ślady.
- Ja bym w sumie mógł. - Dodaje od siebie Bruce.
- Powiedział coś ciekawego? - Kolejna porcja kawy... Zapewne większość nieistniejącego budżetu wydaliśmy właśnie na nią...
- Gdyby nie Bruce, to bym go zatłukła gołymi dłońmi, tak w skrócie. - Kira kończy, zdejmując niezbyt lubiane przez nią buty, zastępując je zabranymi wcześniej z pokoju sandałami.
- A tak w rozszerzeniu, Anonim dał im proste zlecenie "oddziałania na społeczność uciekinierów z wioski, którzy mogli być świadkami zabójstwa Herolda". - Ciągnie Bruce. - Jak mieli to zrobić, ich sprawa... Pytanie, czy sam Anonim wiedział o tak ostrym podejściu...
- Patrząc na tego popaprańca, pewnie na to liczył. - Kira ma dużo bardziej otwarte podejście.
- Płotka...Ale sprawiedliwości stanie się zadość... Przynajmniej tu. Wracając do tematu, powinniśmy patrzeć na nasze dalsze zamiary w przypadku porażki w negocjacjach... Albo zwycięstwa
- Zgodnie z informacjami, jakie miałem przed zerwaniem połączenia, to na razie Anonim chce dać odpocząć wojskom. Blue Shrine City jest głównym punktem ofensywy, a pozostałe części armii rozłożone są w różnych częściach jego "państwa". - Derric pokazuje ponownie, dlaczego jego dołączenie oznacza zdobycie cennego sojusznika.
Jakby nie był cenny to bym i tak mu pomógł... Zresztą dobrze, że jest po naszej stronie.
- Czyli jeżeli, udałoby nam się uderzyć... Moglibyśmy się dobrać do wroga, który ma rękę w kiblu. Bruce-Spoglądam na kreta. - Oprócz tego miasta, którego nazwy nie wymienię, są w okolicy jakieś ważne ośrodki, które można wydrzeć Anonimowi?
- Mnie pytasz? Orientuję się w mieście, ale poza jego obszarem aż tak dużo nie wiem. W gazetach właściwie mówi się tylko o walkach w Blue Shrine City. - Kret tym razem nie jest tak użyteczny.
- Najbardziej warto chyba uderzać na rafinerie i fabryki wyrywane z rąk Imperium. Przynajmniej wnioskuję, że pozbawianie go źródeł zasobów byłoby dobre. - Znów wtrąca się były Łowca. - Moim zadaniem było eliminowanie wyznaczonych celów, na sprawach wojennych tak dobrze się nie znam...
- Nawet jeśli, to dopóki twoje działania nie okażą się skuchą, już cię lubię... - Kira wreszcie siada na jednym z krzeseł, wyraźnie czując ulgę z powodu zdjęcia swojego stroju Pokutnika.
- Tak szybko go polubiłaś? - Clem chyba zaskakują te słowa.
- Przekazał tę żmiję, o której Bruce uprzedził już straże, więc dla mnie jest okej. - wyjaśnia towarzyszka z pokoju.
- Wybacz Bruce, ale ja o tej okolicy wiem jeszcze mniej niż wy wszyscy razem, ale skoro są inne cele, w które możemy uderzyć to i powinniśmy je podjąć w pierwszej kolejności... Może uda nam się przechwycić trochę sprzętu i wtedy dać pełną odsiecz na to miasto-Podnoszę palec, aby nikt nie powtarzał nazwy tego wygwizdowia-Bo cudotwórcami nie jesteśmy i raczej wściekłego nosorożca bez ciężkiego sprzętu nie zatrzymamy... Ewentualnie podzielimy się na odpowiednie oddziały i uderzymy w kilka miejsc naraz...
- Ciężki sprzęt mamy. Miasto przygarnęło nieco dział czy nawet czołgów. Nie jesteśmy tylko milicją powiększoną podczas wojny Eggmana. - Kret precyzuje nieco siły miasta. - Myślisz, że dlaczego Anonim tak bardzo odwleka ewentualne próby negocjacji z Desert Harbor?
- Znam położenie kilku zgrupowań sprzętu... - Były Herold odzywa się znowu. - Jeśli nie zmieni się ich położenia, możemy zdobyć nieco pojazdów i osłabić mobilność Anonima. Jednak są to skupiska, które mogą się przemieszczać... A jeśli Anonim już wie co się stało, to moje informacje co do nich mogą szybko stać się nieaktualne...
- Strasznie się angażujesz. - Zwraca uwagę Bruce.
- Chcę naprawić błąd, jakim było stanięcie po stronie Anonima... Obecnie jedną z najlepszych opcji jest pokonanie jego tyranii okraszonej rzekomym pięknem, a potem pewnie pomogę dalej w naprawianiu planety. - Wyjaśnia Derric.
- Jeżeli wyciągniemy sprzęt, to wtedy Anonim na pewno zaatakuje. Rafinerię możemy przejąć bez ciężkiego wsparcia. Ku temu jednak potrzebujemy jednak większego rozeznania... I pewności, że damy radę. Poza tym do pełnego ataku nie wystarczy dwadzieścia osób. Nie możemy śnić o zdobyciu miasta, póki sami mieszkańcy miasta sami nie będą się bili o rekrutację do kompanii ku odbiciu całej okolicy i ponownego jej obsadzenia.
- Czytałam w gazecie, że Blue Shrine City ma jakieś stronnictwo obronne. Paramilitarne "Błękitne Sztandary", które nie pozwoliły miastu dołączyć do Anonima i teraz bronią go przed nim. - Kira dołącza do tematu. - To może jakaś duża grupa nie jest, ale na sam start...
- Oni są związani obroną Kira, właśnie im chcę wysłać posiłki, które zrekrutują się tu: W Desert Harbor.
- Niemalże jeden na dziesięciu obecnych mieszkańców jest w straży. To spora siła, po tych trzech czwartych roku nowi już zyskali nieco doświadczenia. - Bruce zwraca uwagę na ten aspekt. - Gdybyśmy mogli przekonać jeszcze więcej osób, to mielibyśmy największą armię na Mobiańskiej części planety. Tylko pytanie, czy lepiej mieć doświadczone osoby, ale mniej, czy ryzykujących życiem bardziej żółtodziobów, ale w większej ilości...
- Jeżeli chcesz mieć czym obsadzić zdobyte miejsca, to potrzebujesz weteranów, jak i żółtodziobów. Do samych przejęć wystarczy nawet nasza aktualna ekipa... Po prostu do akcji jest potrzebny... Rozmach. Widziałeś, ilu było Anonimowców w wiosce, zakładam, że, wielu z nich miało pierwszy raz w posiadaniu broń. Poza tym nie potrzebujemy nie tyle, ile żołnierzy co specjalistów: Medyków, inżynierów, zwiadowców etc.
- Myślę, że nie jesteś jedyną osobą tego świadomą. Jak zdołacie przekonać miasto do działania, na pewno zaczną kampanię przekonującą do pomocy w pokonaniu Anonima. - Derric dołącza ponownie do rozmowy. - Propaganda, że tak to ujmę, jest jedną z podstaw wojny. Myślicie, że dlaczego Anonim tak bardzo rozprzestrzenił wpływy?
- Sprzedawał przywileje, wspierał finansowo stronnictwa i regurlarnie odkładał składki zdrowotne dla całej swojej kadry dowódczej? -Rzucam półżartem. - Mamy zalążek mocy, z którą możemy uderzyć, jednak potrzebujemy czegoś więcej. Moja propozycja. Podzielmy się na "ekipy" które ruszą w określonych kierunkach i dadzą Anonimowi w kość tak mocno, że oderwie wiele oddziałów od miasta. Sprzęt i podstawowe wyposażenie tego wszystkiego weźmiemy na krechę, od miasta obiecując im w zamian... Na przykład te rafinerię, o której mówiłeś Derric.
- Trzeba będzie to dobrze zaplanować... Ale jak zdobędę jakąś mapę okolicy Desert Harbor, to mogę dać nieco rozeznania w terenie. - Nietoperz kończy kawę. Widać, że też jego stan poprawia się. Gdyby nie bandaż wokół tułowia, to wyglądałby jak każdy inny zdrowy Mobianin.
- Przynajmniej wiemy, co chcemy zrobić, tylko na razie błądzimy we mgle... Cóż, trzeba powiadomić ekipę o drobnych zmianach planu. - Rozsiadam się. - Cóż Derric, mam nadzieję, że nie zawiodę twoich oczekiwań co do tego, jak chcemy stawić opór bestii... Tak z ciekawości... Słyszałem kiedyś o takim nietoperzowym komandosie GUN... Rouge... Jakoś tak się nazywa, kojarzysz może?
- Ach, ta służąca dla Ludzi? - Derric wyraźnie załapuje. - Schwytano ją, kiedy próbowała zinfiltrować jedną z mniejszych baz. Mistyk na nią niespodziewanie trafił... Słyszałem o spotkaniu z niejakim Shadowem i masywnym robotem G.U.N., którzy jednak zdołali uniknąć złapania w pułapkę.
- Wiem, że to może być dla ciebie ciężkie...Ale jakie są moce pozostałych heroldów...A no i Kira... Trzeba zmazać te 13 z twojego płaszcza, pomyliłem ekipy... Wybacz...
- Nasze moce są częściowo związane z nami samymi. - O dziwo dla Derrica nie jest to ciężkie, przynajmniej z głosu. Najwidoczniej rozumie sens znajomości mocy Heroldów. Powoli wylicza:
- Pięść był dawniej wojskowym. Dysponuje olbrzymią siłą pięści i jest dużo wytrzymalszy. Szczerze nie znam jego granic, ale z tego, co miałem okazję dojrzeć lub usłyszeć, stał się chodzącym czołgiem...
- Mistyk zawsze trzyma się na uboczu, ale jego moce... cóż, kojarzą mi się mocno z Infinite i jego iluzjami, ale na mniejszą skalę... To chyba przez to, że był dawniej wędrownym magikiem.
- Wędrowiec w "poprzednim życiu" był mistrzem sztuk walki, ale podczas jednego ze zdarzeń stracił wzrok. Z tego, co zauważyłem, kryształy wzmocniły pozostałe zmysły, kiedy sam wzrok zastąpiony został echolokacją. Taką jak moja.
- Zabity przez ciebie Podświadomość był dawniej politykiem... Zyskał moc wpływania mową na umysły...
- A Anonim... Nie znam jego granic... Żaden z nas ich nie zna. Na pewno potrafi się komunikować i widzieć naszymi oczami... Ale ogólnie spodziewałbym się po nim wszystkiego.
- Dobra... W takim razie... Chcecie dodać coś od siebie? Bo ja tylko to, że zaczynam lubić to krzesło do spania. - Umaszczam się na nim wygodniej, a to zaczyna w odpowiedzi trzeszczeć, jakby miało zaraz pęknąć. - Szczerze mówiąc, to była dziwna noc, więc proponuję się wam wszystkim wyspać.
- Tak, zdecydowanie. - Kira szturcha Clem, która załapuje i chichocząc, postanawia dołączyć do koleżanki w pokoju. - Tym bardziej że pewnie już jutro będzie spotkanie. Czy kiedy? - Tu tygrysica koncentruje pytanie na mnie.
- Właśnie, na liście nie było nic o dacie spotkania? - Pyta Bruce.
- Nie... - Chaosie, nie chcę wiedzieć co ten chichot oznacza. - Zakładam ze pozostaje bez zmian, a jak nie... To osobiście się pokieruję do urzędu... Z muszkietem...
- Gdzie ten list? - Kret szuka go wzrokiem. Kira chrząka, przypominając sobie, pewnie gdzie dostrzeżono go po raz ostatni.
- Żebym to ja pamiętał... Nie wiem, co tam jeszcze odczytasz...Może zaraz wyjdzie, że listy był podróbką-Po dłuższej chwilii przeszukiwania pokoju, wydobywam świstek i wręczam go kretowi.
- "Zgadzam się na godzinę ustaloną przez nadawcę. ~ Emanuel, rzecznik ds. spokoju miasta"
-To jest ten moment kiedy możecie się ze mnie śmiać - Chowam twarz w dłoniach - Przyzwyczaj się Derric czasami zapominam o prostych rzecach.... Czasami to jest dosyć często.
- Spoko, raz musiałem dorwać szefa gangu, który dokuczał naszym transportom i prawie przy tym zginąłem przez błahostki... - Derric jest wyrozumiały. - Chyba jedyna osoba, której nie żałuję... - Dodaje.
- Nadal...Czemu taka informacja była na odwrocie? - Przeciągam się - Dowiemy się jutro, teraz chłopaki... Dobranoc . - Naciągam czapkę na oczy i postanawiam odpłynąć. - A. - Dodaję cicho - Jakby co to nie musisz się stąd wykradać stary, tak jakby możesz tu mieszkać.
- Dobra... Chociaż oddałbym ci łóżko. - Derric wyraźnie chce chociaż trochę nadrobić gościnę. - Spałem w gorszych rzeczach niż krzesła, więc może nawet na siedząco byłoby mi lepiej.
W tym czasie Kira i Clem opuszczają już pokój, żegnając się. Ta pierwsza zabiera przy okazji strój.
Ale tego już nie słyszę, nie obchodzi mnie to. Ja już śpię.

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 13 lip 2019, 2:24 
Awatar użytkownika
Moderator

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
- Hełm Frederica nie działa bo został usmażony wraz z nim, ale dzięki, że o mnie pamiętałeś - powiedziałam spokojnie patrząc się na wrogie pozycje. - Wygląda na to, ze wróg się... wycofuje. Coś powybuchało i teraz biegają jak bezgłowe kurczaki. - zdałam raport chowając pistolet za pazuchę i rozglądając się za swoim Wisponem.

- To my wysadziliśmy te działa. Chyba wycofują się, bo Muscle i spółka ostrzelali im czołg z góry, zrzucając też nieco gzymsu... Friedric jedyną ofiarą?

- A myślisz, że ja pamiętam ilu nas było? No ale dobra, zobaczmy.. raz, dwa, trzy... ta, reszta jakoś żyje.

- Aż trzech? Kto...

- Ja żyje! - królik uniósł nieco palec, nadal kulejąc z kolanami i łokciami do ziemi. Plecy kończyły wreszcie dymienie.

- Nie liczyłam wszystkich na głos głuptasie. Doszło nam tutaj małe wsparcie i teraz jest nas ósemka. Odbiór. - rzuciłam przekręcając oczami

- To dobrze... O jezu, jak boli... - królik wrócił do postękiwania. Chyba był nieco rozkojarzony.

- Spokój? - Wisp nagle odezwał się, wyłaniając zza dwóch ław.

- Ah, Norton! Jakbyście zobaczyli fioletową szczekuszkę z imperium to starajcie się pojmać ją żywą, a najlepiej dajcie znać mi. Przynajmniej tyle mogę zrobić dla biednego Frederica... - powiedziałam zdeterminowana smutniejąc na koniec. Gestem głowy wskazałam Wispowi, że jest spokój.


Ptak wydostał się z pancerza ław.


- Bałeś się? - Charmy pokazał mu się przed twarzą, strasząc go. Zaśmiał się lekko.

- Dobra, zapamiętamy... O szczegóły dlaczego ona zapytam potem. Bez odbioru, Tyrone da znać co robić dalej. - Norton rozłączył się.

- Ricardo? - Samantha skierowała wzrok na towarzysza.

- To tylko poparzenie ręki. - ten pokazał kciuk w górę.

- No i teraz w końcu chwila spokoju. - powiedziałam z ulgą rozciągając się. i po chwili ziewając. - Jestem ciekawa co teraz będzie próbowało mi ją przerwać...

- Pewnie dostaniesz sygnał co do tego co trzeba robić. - odezwał się kot, pomagając usiąść jeżowi. Królik wreszcie usiadł na klęczkach z pewną ulgą. Przeszło mu.

- Hełm Friedrica w ogóle jest zepsuty... - Ricardo pochwycił zsunięty hełm. Słuchawka wypadła, roztrzaskując się już zupełnie na ławce. - Był dobrą osobą... - uklęknął i zakrył hełmem poharataną głowę psa.

- Świeć Gaio nad jego duszą - powiedziałam ściągając hełm i przykładając go sobie do piersi. - Ale nie martw się. Jeden hełm może zginął, ale mój działa, łap - rzuciłam hełm do niego.

- Czemu ja, to ty odpowiadasz! - trzask słuchawki natychmiast przerwał odpowiedź i Ricardo westchnął, zamieniając hełm.

- Tak... Niestety nie było łatwo, sir... - zaczął mówić.


Charmy dalej dokuczał Wispowi, ale robił to wyraźnie po przyjacielsku, Samantha jeszcze obserwowała wrota i zniszczone roboty, a pozostali opanowywali się po ranach.

- Te kolce i włosy muszą chwile odpocząć - powiedziałam zaczesując je i rzucając na boki - Poza tym nie chcecie chyba aby nawalona dziewczyna rozmawiała z dowództwem - uśmiechnęłam się pod nosem i oparłam się o gruz. - Ah, całkiem wygodny. Nic jednak nie przebije gruzów w Red City.

- Bardzo miłe... - królik poczuł się urażony... Czyżby z Red City, niczym Tim?

- Heh... mimo że obecnie Red City to kompletna ruina to nadal wygląda cudownie. To powinno być uznane za komplement - ukłoniłam lekko głowę uśmiechając się i zamykając oczy. - Ciekawe jak okropnie będzie wyglądało to miasto kiedy sobie tu pobalujemy. Nigdy go nie lubiłam, ale nie przypuszczałam, że będę mogła brać udział w jego destrukcji - rozejrzałam się po otaczających mnie zgliszczach.

- Spokojnie... Jeśli go nie lubisz, to wygląda na to, że będzie ostro. - królik wstał z jeszcze większą ulgą.

- Dobra. Zaraz wyślą nam tu kilku ochotników na zastępstwo. - Ricardo rozłączył się, podrzucając ci z powrotem twój hełm. - A teraz... kto pomoże wziąć tego gościa? Jak go trzymałem za kołnierz, to skurczybyk okazał się masywniejszy w kościach... - wskazał na znokautowanego byka z Imperium.

- Gdzie go chcesz zabrać? Nie widzę tu żadnego kontenera, a śmiecie imperium tylko tam się nadają - zaśmiałam się podnosząc z ziemi i biorąc swój Wispon. - Idę zerknąć jak wygląda sprawa na zewnątrz - powiedziałam idąc w stronę wrót.

- Proszą, aby wziąć go do nas. Tak się składa, że mamy kilka osób i chcemy zabrać je do aresztu.

- Po co areszt? Ci goście wyraźnie stanęli po stronie zbrodniczego reżimu. - zwróciła uwagę Samantha.

- Dawnego zbrodniczego reżimu... Słyszałem coś, że około setka naszych żołnierzy może być dawnymi żołnierzami Imperium, których nieco resocjalizowano i postanowiono dać szansę. - Ricardo wziął za bary byka razem z kotem.


Na zewnątrz tymczasem rzeczywiście wrogowie się wycofali. Widać było jeszcze rozbity Egg Tank, przygnieciony gzymsem i przypalony Mocą Kolorów. Daleko w stronę bazy polowej Ruchu Oporu widać nawet kilka kropek, najwyraźniej transporterów. Rozglądałam się czy może nie ma nigdzie szczekuszki, ale niestety nie widziałam jej nigdzie.


- Mam nadzieje, że po resocjalizacji nie będzie miał mi za złe za to ramię. Byłoby to caaałkiem niezręczne - wróciłam do środka i stanęłam pod ścianą. - Tacy to są w sumie nieźli. Gdy Eggman terroryzuje świat to chowają się w strachu i liczą na to, że my coś zrobimy, potem dołączają do Imperium "bo już jest lepiej", a na końcu stwierdzają, że jednak nie - parsknęłam i wyciągnęłam paczkę papierosów, ale po szybkim namysle ją schowałam licząc, że nikt nie zauważy

- Ruch Oporu nie ma takiej renomy na Wschodzie. - zwróciła uwagę Samantha. - Tak naprawdę to przez sześć miesięcy ponoć nic tam nie było o istnieniu Ruchu Oporu... - dodała.

- Nie jesteś aby stąd? - zwrócił uwagę Wisp, pamiętający jej słowa o sądzie.

- Ja tak, ale on był ze Wschodu. - tu wskazała na Friedrica.

- Nnnngg... niech w takim razie Imperium zachowa sobie po prostu Wschód, my weźmiemy Zachód, Południe i Północ podzielimy po połowie i będzie w końcu święty spokój - westchnęłam ciężko. - Ktoś chce ze mną iść na ochotnika na audiencje do Imperatora Orbota i Imperatora Cubota i złożyć propozycję? - zaśmiałam się patrząc się po wszystkich.

- Myślisz, że tylko ty byś tak chciała? - zapytał jeż.

- W sumie ciekawe, że pomagierzy niby są bardziej po stronie Mobian, a jednak chcą nas zwalczyć... - zwrócił uwagę Wisp.

- Nadal są źli! - odezwał się Charmy.

- Może Eggman zaprogramował im, że mają trzymać Imperium jakby zniknął? - rzucił swoją teorią królik.

- Możliwe, że faktycznie zmusza ich do tego programowanie. No ale gdyby tak porozmawiać z jakimś wysoko postawionym Mobianinem, który zgodziłby się na przykład... zrobić pucz czy coś w ten deseń... Poza tym Orbot i Cubot podobno są nieco bardziej rozsądni więc może utrata City Line zmusiła by ich do rozejmu - kombinowałam dalej gładząc się po brodzie.

- Dlatego chcemy je odzyskać... - dalsze słowa królika przerwał nagle pojawiający się Espio na ścianie. Z lewej słychać kroki.

- Osoby przede wszystkim poszkodowane proszone są na plac. Wyjdźcie drzwiami awaryjnymi z lewej lub prawej. A pozostali mogą pójść jeśli tylko chcą. I tak wkrótce nadejdą kolejne komendy. - zeskoczył z ściany. - Poza tobą, Charmy. Ciebie proszę o zostanie na moment... - dodał do pszczoły, która już chciała lecieć.

- O plac, słyszałam że jest spoko. Warto tam iść skarbie? - zwróciłam się do Samanthy.

- Ja tam bym poszła. Znaczy, wiesz, ja mam uraz... Chyba tylko ty, Charmy i Wisp wyszliście z tego bez szwanku... - kiwnęła ręką, wyraźnie prosząc o pomoc w związku z nogą.

- A no tak, twoja noga! - pacnęłam się w czoło. - To ja ściągnęłam na ciebie ten zły omen więc to ja ci pomogę. Choć tu X - wzięłam ją pod ramię i zaczęłyśmy iść w stronę placu.


Tak naprawdę cała ekipa poza Charmy'm skierowała się w stronę placu. Nawet ten Wisp, który nagle podał ci Asteroid Wispona... Hyzio, Dyzio, Zyzio, Hyzio 2[?] i Trevor nie będą zachwyceni...
Na zewnątrz widoczny był ogród i mała fontanna z figurą, wyjątkowo nie wypuszczającą żadnej wody.


- Momencik! - kiedy wyszłyśmy drzwiami awaryjnymi z lewej i stanęłyśmy obok ceglanego płotu, odezwał się jakiś kobiecy głos. Znajomy głos. Instynktownie spojrzałam w górę roztwierając lekko usta. - Elna!


Kasztanowo futrzasta lisica w dość skąpym szarym topie, kasztanowym płaszczyku i białawych jeansach zeskoczyła pół-saltem na poziom ziemi na co zareagowałam przekręceniem oczu i lekkim uśmiechem. Poprawiła szybko długą fryzurę schodzącą do łopatek i grzywkę sięgającą do nosa, zakrywając lewe oko. Josephine...

Posadziłam X na murku i podeszłam nieśmiało krok bliżej gładząc się p brodzie.


- Hmm... wiesz... coś cię kojarzę, ale... czy mogłabyś mi przypomnieć jak masz na imię?

- No naprawdę, starej Jo nie pamiętasz?! Wydaje mi się, czy o centymetr urosłaś? - zapytała i oparła się dłońmi o moje barki, jakby faktycznie to mierzyła. Samantha nieco zdezorientowana obserwowała naszą dwójkę.

- Jak mogłaś?! Popsułaś, mi żart! - odepchnęłam ją na bok. - Miałam zamiar udawać, że cię nie znam i miałaś powiedzieć "Josephine" i ja miałam to wyśmiać jako okropne imię! - gestykulowałam żywo rękoma udając wkurzenie. - Ale jak już musisz mi wszystko rujnować to mogę równie pójść o krok dalej i zrobić coś czego nienawidzę. Chodź tu! - otworzyłam ramiona i przytuliłam ją ściskając mocno.

- Wowowo... To jednak nie zerwałyśmy? - te słowa rozszerzyły oczy Samanthy. W tej chwili "skarbie" pewnie będzie ją teraz straszyć, a nie tylko wywoływać niepewność.
Po chwili Josephine odwzajemniła uścisk, obejmując mnie w talii.


- Pijana jestem, nic nie poradzę - zaśmiałam się kończąc uścisk. - I nie musisz się tak z tym obnosić. Płoszysz mi kolejną ofiarę. - wskazałam na Samanthę. - Na szczęście z tą nogą daleko nie ucieknie.

- Ja może dołączę do innych... - Samantha stanęła na jednej nodze, zaskakująco szybko skacząc w kierunku pozostałych, którzy zbierali się wokół fontanny. Desperacja pewnie jej pomaga...

- Och, czyli nadal z kobietami, co? - Jo puściła mnie w tej samej chwili co ja, teraz za to szturchnęła mnie łokciem w bark. - W Ruchu Oporu nie znalazł się żaden, który by to zmienił? - kiwnęła głową, zachęcając do dołączenia w grupę. Dostrzegłam kilka nowych twarzy, pewnie z jej ekipy.

- Nie i nie ma zamiaru się to zmienić. Ale z żadną inną też nie byłam. To już pewnie będą z dwa lata co nie?

- A nie rok? Kurczę... - zachichotała, chwytając mi dłoń i niemalże ciągnąc w stronę fontanny. - Ten czas naprawdę przyspieszył!

- Co robiłaś przez ten czas? Oczywiście poza organizowaniem partyzantki. - wskazałam na jej grupę.

- Działałam w mieście, kontynuowałam karierę gangsterską... A wtedy stał się Eggman. - tu nagle zbliżyła się twarzą. - Wnioskuję, że spotkanie z nim nie wyszło? Albo odstraszyły cię pogłoski o Sentinelach? - zapytała bardzo cicho, hamując siebie i mnie zarazem.

- Wyszło. Ale patrząc na to teraz wolałabym, aby to była rzecz, która mi akurat nie wyszła...

- Spokojnie, czasami myślę, że mogłam być lepszą osobą... Dlatego po upadku Eggmana zaczęłam uważnie obserwować jak wygląda sytuacja i... - tu pokazała dłonią grupę partyzantów. I znowu ruszyła, ciągnąc mnie za dłoń. Zazwyczaj nie lubiłam tego jej ciągania, ale teraz mi to nie przeszkadzało. - O, z takimi przystojniakami naprawdę nie próbowałaś? - pokazała głową na kilka osób z Ruchu Oporu. Wśród nich znaleźli się bracia pancernicy, czy... Tim

- Nie chcę próbować. Ostatniego swojego chłopaka zabiłam jego nożem więc lepiej chyba będzie dla wszystkich jak będę unikała związków.

- Okej, wybacz... - Jo załapała odzew, niewinnie unosząc dłonie na wysokość głowy.

- Nie szkodzi. Dzięki temu mam bardzo ładny nóż - wyrwałam w końcu dłoń z jej uścisku, a następnie odciągnęłam ją na bok, mówiąc cicho - Cały czas nie mogę przeboleć Edwarda, no ale skoro jesteś taka wścibska to patrz - dyskretnie wskazałam na Tima. - Widzisz tego tam skunksa? No... to nigdy, przenigdy, absolutnie pod żadnym pozorem z nim nie będę, bo kompletnie nic do niego nie czuję - mówiłam twardo uśmiechając się szeroko pod koniec i patrząc na Jo.

- Mhm... - Jo chyba załapała ukryty przekaz, w porę hamując się przed spojrzeniem, aby potem wyłapać na podstawie położenia o kogo chodzi. - Dobra, ja akurat miałam więcej szczęścia... Może później ją poznasz. W pewnych aspektach podobna do ciebie. - uśmiechnęła się, mimowolnie tarmosząc mi grzywkę. - Czy mi się wydaje, czy przedłużyłaś włosy?

- Trochę - powiedziałam gładząc się po nich. - Cóż, tym razem to przynajmniej nie było z zaniedbania. Gdy wtedy na siebie wpadłyśmy w Dreamwater po raz pierwszy poza interesami to wyglądałam okropnie. - skrzywiłam się gładząc się po ramieniu. Nawiązywałam do swoich rozczochranych, przerośniętych kłaków z tamtego okresu, ale Jo wypowiedziała mi coś bardziej obciachowego...

- Ach, to było wtedy jak nierówno obcięłaś i wyglądałaś jakby połączono na tobie kilka różnych fryzur w jedno? - wstrzymała chichot. - Ale dobra, niedługo chyba zacznie się dalsze planowanie... Jako dowódczyni swojej grupy powinnam tam być. - wystawiła dłoń do żółwika, a po przybiciu skierowała się swoim sprawnym krokiem do grupy. W oddali słychać było już nadlatujące transportowce, które kropkami na tle nieba już nie były.

- Hej! - zawołałam ją gdy już kawałek odeszła. - Miło znów cię widzieć - uśmiechnęłam się krzyżując ręce na piersi.

- Tak, ciebie też! - lisica obróciła się w pędzie i pokazała kciuki w górę, wracając po tym do biegu.


Po chwili zniknęła w tłumie. Ja cały czas się uśmiechając i chwiejąc się lekko (nie jestem pewna czy z powodu alkoholu czy ponownego spotkania) udałam się w stronę swoich. Próbowałam przyjąć swoją standardową znudzoną minę, ale nie byłam w stanie. Jo wcale się nie zmieniła... a to akurat dobrze. chyba ostatni okres mego życia, w którym byłam w miarę szczęśliwa to związek z nią. Spojrzałam ukradkiem na Tima, po czym zaczęłam rozglądać się za czymś na czym można usiąść. Podłoga wydawała mi się wtedy wyjątkowo odpychająca.

_________________
Obrazek

Już my wam damy popalić!
Imperium Eggmana zawsze na fali!


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 13 lip 2019, 22:39 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Nasi podejrzani goście oglądali występ z uwagą, kiwając głowami. Rhys szedł tyłem, wypuszczając z rękawów gołębice. Ptaki rozlatywały się po publiczności, zachwycając dzieci. Nigdy nie lubiłam tej części występu... Był ryzykowny i kończył się sprzątaniem.
Chłopak ze stóp przeszedł na dłonie. Nie sprawiło mu to prawie żadnego problemu. Zobaczyłam jednak, że lina zachwiała się. Rhys podtrzymał równowagę ogonem, ale publiczność na chwilę wstrzymała oddech. Intruzi nadal między sobą szeptali.
Rhys zbliżał się do końca liny i zaraz miał zjechać rurą na arenę. Uśmiechnęłam się i dałam Victorowi sygnał, żeby już wprowadzał szafę.
Razem wypchnęliśmy ją na sam środek w chwili, gdy wilk objął rurkę nogami i przytrzymując ją nimi, zjeżdżał na dół. W tym czasie wykonał jeszcze jeden numer - pokazał publiczności zawartość kapelusza, który po chwili spłonął. W jego miejscu pojawił się popiół, który po zdmuchnięciu zmienił się w płatki kwiatów.
Nikt nawet nie zauważył szafy, wszyscy byli rozproszeni kwiatami.
- Do następnej sztuczki potrzeba ochotnika! - zapowiedziałam, nie czekając aż publiczność zareaguje. Od razu podeszliśmy do lisa i zaciągnęliśmy go na środek sceny.

_________________
Życie samo do ciebie nie przyjdzie. To ty musisz przyjść do niego. I zapamiętaj sobie: duch marnieje, gdy człowiek odrzuca swoje pasje.Marzyciel, Laini Taylor

Kolesie na motocyklach zawsze wyglądają dobrze, dopóki nie zdejmą kasków.
Alex


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 14 lip 2019, 0:08 
Awatar użytkownika
Opiekun

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Ailureen

- Wow... Tutaj ochotnicy brani są sami? Okej... - lis wprawdzie wydawał się dość spokojny, ale jego przerażone spotkanie spojrzeń z tobą przez sekundę potwierdził podejrzenia: To zdecydowanie byli oni.

Lis wyraźnie wolał podejść do sprawy bez wzbudzania podejrzeń. Dokładnie powtarzał kolejne instrukcje.
- Nasza magiczna szafa sprawia, że możemy spowodować zniknięcie osoby na określony czas. - Rhys dobył z rękawa przygotowaną klepsydrę. - A teraz, czas na hokus pokus. - zamknął szafę, po czym z pomocą kilku prostych sztuczek odprawiał inkantację, kiedy razem z Victorem umiejętnie przesuwaliście zapadki poza wzrokiem widzów. Przede wszystkim dzieci zaczęły oklaskiwanie, kiedy część rodziców dołączyła pewnie by dodać dzieciom pewności co do "magiczności" sztuczki.
Rhys po pół minuty otworzył szafę. Była oczywiście pusta. Klepsydra została obrócona i zakryta małą ścierką, po czym dokonał kolejnej krótkiej inkantacji.
- Zrobione... - wyszeptał po kryjomu, następnie przykładając ucho do zakrytej klepsydry. - Klepsydra przemówiła... Powróci już niedługo. Teraz zabezpieczymy go, aby NIC mu się nie stało, bowiem rozbicie szafy... To zniknięcie na ścieżkach magii. - przekazał publiczności. - Teraz niech występ trwa dalej! Oby magia pozwoliła mu także ujrzeć resztę występu! - tu wystawił rękawicę w górę, wystrzeliwując z uniesionego rękawa serpentyny.

Zabraliście szafę i otworzyliście ją. Lis wyszedł z drugiej strony. Początkowo chciał uciec, ale Victor szybko przystawił nogę, przez co ten uderzył z rozpędu w ziemię.
- Auć, naprawdę nie chcemy nic zrobić! - usiadł obrócony do was, trzymając się delikatnie za nos. Chyba go jednak nie złamał, bo mówił zbyt normalnie.

Elna

Usiadłaś na pobliskiej ławeczce, zajmując jej prawy brzeg, kiedy resztę objęli dwaj najnowsi przybysze. Jeden był czarnym jeżem z beżowymi ramionami, ubranym w szarawą koszulę. Jego kompan, mierzący sto osiemnaście centymetrów pomarańczowy królik z charakterystycznymi, olbrzymimi uszami. Jego nogi pokrywały szare spodenki, a na ciele miał granatową koszulę.
Ten szary chyba był symbolem grupy Jo.

Transportery wylądowały przed placem, wypuszczając około trzydziestkę nowych żołnierzy. Niektóre twarze były znajome, może kojarzyłaś je z czasów początków wojny, kiedy jeszcze konflikt sięgał tylko Zachodu...

Po pięciu żołnierzy na początek zostało, przyjmując jeńców i kilku rannych. Ricardo dostał szybko gazik w niskiej temperaturze, pomagając w usunięciu oparzeń. To samo spotkało królika. Jeż i Samantha niestety opuszczali formację, bowiem ich rany utrudniały dalszą walkę. To samo spotkało jakiegoś niedźwiedzia, który miał poharataną rękę z nadal tkwiącymi odłamkami po jakimś wybuchu, czy dużo gorzej potraktowany członek grupy Jo, którego sylwetkę pokrywały blizny i strzępy po szarej bluzie, kiedy sami medycy zabrali go na noszach.
- Sześć ofiar... - odezwał się krótko Tyrone. - Sześć osób oddało życie, aby otworzyć drogę dla innych. Jones, Fredric, Liviette, Paul, Charles i poczciwa Flimsy, której prawdziwego imienia chyba nigdy nie poznaliśmy... Niech pozostają w pamięci... - Charmy podleciał za jego plecy, a stojący obok Vector zauważył to dopiero po chwili.
- Przepraszam, kiedy będzie czekolada? - przerwała pszczoła, przez co natychmiast interweniował krokodyl, który pochwycił latającego towarzysza. Cała sytuacja spuściła nieco ton, wywołując nieśmiałe śmiechy.
- Kto obiecał czekoladę?! - wykrzyknął po wszystkich guziec.
- Ja, sir! - wykrzyknął ktoś z grupy, następnie wychodząc przed szereg.
Czerwonawy skunks zasalutował niepewnie. Jego brązowe oczy były za szkiełkami okularów o kulistych ramkach, a oprócz standardowego munduru faktycznie miał jakiś naszyjnik, na którego haczyku zaczepiono papierek z przetrzymywaną czekoladą. Wyglądał trochę jak nerd...
- Daj mu obiecany pasek, zasłużył. - Tyrone poklepał Charmy'ego po hełmie, puszczonego przez Vectora [sam Charmy chyba pokazał mu język] i podleciał do "nerda", dostając wspomniany pasek.

Tyrone chrząknął na szepty w grupie, przerywając je.
- Och, jest taki słodki... Naprawdę jest jednym z was? - odezwała się stojąca dwa metry od guźca Josephine. Ona potrafiła jednak prędzej czy później palnąć coś niepasującego do sytuacji.
- Tak. To wspaniały młodzieniec... - chrząknął ponownie guziec i Jo załapując przekaz już nie przerywała. - Słyszeliście?! To wzór tego, jakie powinno być przyszłe pokolenie! Walczycie, aby młode osoby mogły funkcjonować tak jak dawniej my! Charmy musiał niestety widzieć te przykre sytuacje... Ale jednak robi wszystko, aby to się skończyło! - przemowa podniesionym głosem podziałała na wszystkich.
Tyrone potrafił wykorzystywać jakieś motywy towarzyszące przy rozmówcach.
- A teraz przygotujcie się! Nadchodzą kolejne transporty! Raportuj, przybywający! - zrobił salut do stojącego obok przybyłego pancernika z czarnym pancerzem i szarawym tułowiem, który odsalutował.
- Wszystkie grupy otworzyły drogę na miasto! W tej chwili przybywa tu tysiąc żołnierzy! Już niedługo dokonamy uderzenia. Zachować czujność i czekać na sygnał! Trzymać się swoich grup, aby wiedzieć o momencie uderzenia! - nadawał wyraźnie wyuczone frazesy.

Był moment krótkiego spokoju.

Will

Głośne stuknięcie drzwi o ścianę przerwało sen... Jednak czerwone światło wyraźnie wskazywało, że jest bardzo wczesny ranek.
- I po czym to stwierdzasz, Ahmis?! - Bruce był tuż za tobą, hamując wspomnianego porucznika i jeszcze jakieś osoby, o czym świadczą kroki.
- Niech pokaże klatkę piersiową, to dostaniesz odpowiedź! - odpowiedział krótko królik. Przebudzony, ale nadal nieco nieprzytomny, obróciłeś się i zobaczyłeś jak królik próbuje przejść obok Bruce. Towarzyszy mu Nosek i jakiś fenek. Caroline stoi obok nietoperza, zdejmując mu bandaż. Ten o dziwo posłusznie pozwala go zdjąć.
- Widzisz?! Pasuje do położenia kryształu! - wykrzyknął Ahmis, pokazując palcem ślad na ciele nietoperza.
- Czy te kryształy zgodnie z zdobytymi przez ciebie pogłoskami nie są wbite? - zwróciła nagle uwagę Caroline.
- Tak... I co?! - Ahmis w końcu został puszczony przez Bruce'a do środka. Nosek szedł z nim krok w krok, kiedy fenek został przy drzwiach, trzymając znajomą już pałkę z elektrycznym czubkiem.
- Zwróć uwagę, że nie ma wgłębienia. To wygląda bardziej jak poparzenie na klatce piersiowej... - wyjaśniła mu myszowata.
- Pasuje do położenia...
- I to twój argument? - odezwał się nagle Nosek, nieco głośniej niż zazwyczaj. Chyba co nieco ozdrowiał.
- Nie ma co...
- Nie ma co oskarżać kogoś o to, że znalazł schronienie po ataku u osoby, którą ciągle o coś podejrzewasz! - Caroline założyła ręce na piersi.

Ahmis obejrzał się po wszystkich, w tym po tobie. Chciał podejść do ciebie, ale Nosek chwycił go za bark. Ten zerwał się, ale też stanął w miejscu, wytykając cię palcem.
- Wyjaśniaj, co tu robi ten nietoperz?! - wykrzyknął w twoją stronę.
- Spał, kiedy już do tego doszło... - odezwał się spokojnie Bruce.
- Zamknij się! - obrócił się na kreta i znowu na ciebie. - Wyjaśniaj! - wreszcie dopuszczono cię do słowa w tej orkiestrze chaosu i kłótni.


Offline
 Tytuł: Lipcowy Evil #2 (Wpis #35)
Post: 14 lip 2019, 13:39 
Awatar użytkownika
Kolega

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
[Żeby ci było łatwiej Davir - zajrzyj na stronę 32 - wpis z 3 lipca 22:24 - tam jest to co działo się wcześniej. Pozdrawiam, Evil :D]
Ton, jakiego użył Hati przy wydaniu tego rozkazu sprawił, że aż odruchowo zasalutowałem. Całkowicie nieumyślnie. Gdy tylko uświadomiłem sobie, co takiego zrobiłem, od razu schowałem łapę za plecy i zacząłem udawać, że nic się takiego nie stało. - (Niech ten cholerny grubas nie pomyśli, że nagle poczułem do niego respekt czy coś...) - pomyślałem, a następnie odwróciłem się w kierunku powalonego żołnierza. Przez kilka sekund przypatrywałem mu się moim jednym z najgroźniejszych spojrzeń, po czym bez słowa splunąłem na niego i dołączyłem do reszty, oddalającej się już, grupy. Zacząłem przysłuchiwać się rozmowie Miguela z Młodym. - (Ach, ten wiek...) - zacząłem rozmyślać. - (Ma się wtedy najwięcej energii i ta ciekawość świata... A właśnie, gdzie moje piwo?) - rozpocząłem przeglądanie wszystkich swoich kieszenii, kiedy nagle usłyszałem potężną eksplozję. Od razu wstałem na równe nogi, łapiąc przy tym swój bejsbol. Byłem przygotowany do walki.
- Kur...! Rupert! Wiesz, że zdradziłeś naszą pozycję! - zacząłem wrzeszczeć na fenka. Czekałem na bitkę, a nie na niekompetencję moich towarzyszy. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie mój błąd, kolejny już tego dnia. - Tzn. nie krzyczcie tak... - zacząłem donośnie szeptać w ich kierunku, jednak przerwałem, kiedy usłyszałem ten dźwięk. Od razu posłuchałem Hatiego i runąłem na ziemie, tak by nie było mnie widać.
- Jak myślisz, jest jakaś szansa, że nas nie usłyszeli i to tylko rutynowy zwiad? - zapytałem tygrysa.


Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 14 lip 2019, 13:55 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
- Stawiam dychę, że spał. - Przeciągam się leniwie w krześle.
- Bez żartów! - Ahmis wścieka się coraz bardziej. Wygląda na to, że zaraz mu żyłka pęknie.
- Tłumaczyłem, kolega spał, nie wie, co się stało... - Bruce ponownie się wciska.
- Rozmawiam z nim! - Królik wskazuje na mnie.
- Uspokój się, Ahmis. - Nosek zaciska mu dłoń na ramieniu i ten natychmiast chowa rękę, ciężko dysząc.
- Jak mam być spokojny?! Ten wiewiór trzyma tu Herolda!
- Jakie masz dowody? Nie znaleźliśmy żadnej maski, żadnej kuszy, a jedyne co się zgadza z resztą to spodnie i buty... Popularne wśród podróżników... - Zwraca uwagę Caroline, mrugając przed tym okiem w moją stronę.
- Derric? On Heroldem? Zaraz powiesz, że ja jestem heroldobójcą! - Ciekawe czy można strzelić fikoła z nerwów... W sumie sprawdzę to na tobie Ahmis. - Właśnie, gdzie on jest? - Rozglądam się po pokoju.
Oczy porucznika przypominają teraz dwie wielkie źrenice pozbawione tęczówki. Ledwo ją widać.
- Bardzo śmieszne! Co się mu w ogóle stało?! - Wskazuje na Derrica, który niemrawo siada na łóżku.
- Mówiono ci już. Zostałem. Zaatakowany. - Prawdziwy mistrz, mówi to bez najmniejszej oznaki kłamstwa.
- Ach tak? Idealnie w serce? - Pyta z sarkastycznym tonem Ahmis. - Co, napiętnowali cię?
- Nie wiem, co chcieli tym osiągnąć. Przypalili mi koszulę, następnie wbijając rozżarzony element jakiegoś kuchennego narzędzia w to miejsce. - Unika stuknięcia w "poparzony punkt", ale wskazuje go. - Do tego poharatali mi twarz ostrymi narzędziami.
- Te rany wyglądają staro... - Zwraca uwagę Ahmis, zakładając ręce na piersi.
- Jesteś tego pewny? Bo co, nie są takie czerwone? - Zbliża twarz do królika, który wyraźnie dygocze. Widok tych ran z bliska na pewno nie jest przyjemny...
- Zanim dojdzie tu do czynów karygodnych... - Przerywam to niezbyt romantyczne zbliżenie - Może mi ktoś powiedzieć jak idą postępy z poszukiwaniem tych fanatyków którzy, pozwolę sobie przypomnieć: Zabili kilku cywili w tym dziecko i paru strażników?
- Nie zmieniaj tematu! - Wykrzykuje Ahmis zwrócony do mnie.
- Było ich pięciu. Trzech nie żyje, czwarty przeszedł przesłuchanie, a ostatni został znaleziony przez waszą grupę uchodźców. Znaleźliśmy go przetrzymywanego w jednym z pokoi, po otrzymaniu cynku, następnie wynieśliśmy zanim reszta się dowiedziała. Baliśmy się, że tutejsi rozerwą go na strzępy gdy dowiedzą się o jego położeniu. - Odpowiada na pytanie Nosek. - Ostatecznie przesłuchanie tylko pomogło zlokalizować kryjówkę. Mamy materiał na tą dwójkę. Czeka ich bardzo mocna kara... - Dodaje co do losu czwartego.
- A tutaj mamy Herolda! - Ahmis stuka palcem w "poparzony" punkt i Derric udaje syknięcie, cofając się o krok.
- Poszukamy tropów. A teraz idź, Ahmis... - Nosek powstrzymuje go przed dalszym działaniem.
- To moje śledztwo!
- Moje. - przerywa Nosek. - I lepiej przestań, bo uznam, że chorujesz na paranoję i zgłoszę cię do lekarza wojskowego. Wychodzimy! Caroline, prosimy o zostanie tutaj. Drzwi mają być uchylone, to rozkaz. - Nosorożec bierze królika za bary i chce już wynosić, ale ten sam opuszcza pomieszczenie szybkim krokiem.
Gdy reszta odchodzi, Caroline i Bruce wzdychają z ulgą.
- No... To kto chcę zacząć od porannej kawy? - Kieruję się do aneksu.
Bruce i Derric unoszą dłoń. Nietoperz też siada na łóżku, chcąc wczuć się w rolę poszkodowanego.
- Ahmis jest bardziej porąbany, niż sądziłam... - Odzywa się cicho Caroline. - A poza tym, teraz kawę już chcesz? Wyjaśnić mi nie czekałeś? - Zwraca się do mnie tym samym cichym głosem.
- Ja wyjaśniłem... - Dodaje Bruce.
- Całe szczęście, bo bym go aresztowała od razu. - Mysz kiwa głową na nietoperza.
- Słuchajcie, już po tym poranku jestem zdolny posądzić, że ten dzień nie będzie należał do normalnych. - Coś mi strzyka w plecach, zachowaj spokój staruszku. Kochasz swoje plecy i one ci jeszcze posłużą. - W każdym razie. Pytaj Caroline, a odpowiemy ci na te pytania, na które zdolni będziemy ci odpowiedzieć.
- Dobra, to standardowe... O co tu chodzi? - Palec kieruje się na nietoperza. - Gość odpowiedzialny za śmierć tutejszej niewinnej osoby nagle zostaje opatrzony, przyjęty...
- I pozbawiony swojej mocy. - Tu Derric stuka w ranę. Wyraźnie widać, że w rzeczywistości jej już nie czuje.
- No dobrze... Kusza i maska schowane, odłamki starte... Nie powinni znaleźć dowodów... - Mysz siada na pobliskim krześle.
- Ja mam na koncie gorsze przewały niż Derric, a jeżeli ktoś chce zmienić świat na lepsze i widzi, że jego dotychczasowa metoda była kulawa, to czemu mam mu nie pomóc? - Zalewam napój gościom-Gdybyś posłuchała o kilku moich wyczynach, to by ci te śliczne uszka odpadły, a oczy wyszły z orbit. I nie mówię tu o mojej ciamajdowatości! - Ucinam śmieszkową kwestię moich kilku pomniejszych odpałów.
- Dobra, nic nie mów... Nadal będę sobie wmawiać, że jesteś zwykłym podróżnikiem, który znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie... - Caroline wyraźnie nie podoba się dalszy tok rozmowy.
- Albo we właściwym, zależy jak na to patrzeć. - Bruce poprawia tę kwestię.
- Mówię w kontekście tego, co robiłem, zanim tu dotarłem, ale dzięki. - Podaję każdemu kubek - No to... Kolejne twoje pytanie.
- Ahmis się na ciebie uwziął? Który to już raz?
- Jeden z tryliona, nie liczę takich pierdół. Wybacz. - Sięgam po miód, aby podać go chłopakom.
- Pocieszę cię, już raczej nie podniesie na ciebie ręki... Tak, słyszałam o pierwszym przypadku. Teraz wystarczy jedna notka o użyciu niesprowokowanej siły i spotkają go przykre konsekwencje. - Upewnia mnie, poprawiając się w siedzeniu. Bruce pierwszy raz nakłada miód, kiedy Derric dużo pewniej dorzuca dużą dawkę. Chyba mu się podoba taka kawa.
- I dobrze... Chociaż już od czasu kiedy ma noska na karku czułem się bezpiecznie. Kurde, będę musiał mu kupić jakieś czekoladki za to, że uratował mój krótki ogon przed tym paranoikiem. - Rozsiadam się w swoim uniwersalnym łózko-krześle-No... Co jeszcze chcesz wiedzieć?
- To już poza tematem, twoje plecy żyją po śnie na krześle? - Pyta mysz. Chyba woli leżeć podczas snu...
- No ba... Oczywiście, uwielbiam spać na krzesłach. Chociaż czasami lubię rzucać sobie wyzwania i kimnąć się na stole, nierównym kamieniu lub na kupie gruzu. Z moich "łóżkowych" przygód mogę wymienić, że raz miałem przyjemność spać na dachu wagonu.. Rozpędzonego pociągu.... A coś z tematyki tej okolicy?
- O co chodzi z tym magazynem? Tak, Ahmis wie... - Bruce na to pytanie obraca na nią twarz i przeciera palcem ucho.
- A co wy wiecie? Ukrócisz mi może gadaninę. - Siorbię napar...Ahhh... Arcydzieło...
- Lubicie się kręcić wokół... Pewnie to jego paranoja, ale to akurat faktycznie podejrzane... - Odpowiada. Bruce chyba nieco uspokojony próbuje kawy. Przełyka ostrożnie.
- Okej... Mamy chyba zbieżność gustu. - Wzdycha i dopija resztę miejsca z miodem.
- No... Po prostu... Musimy załatwić tam pewną ważną i legalną sprawę... Dlatego właśnie tak często się tam kręcę, wolałem, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik i było AnonimoAhmisoodporne
- Nie dziwię się. Pracuję w oddziale pod komendą Ahmisa już drugi miesiąc i coraz bardziej rozumiem, dlaczego jest uważany za paranoika... - Caroline spogląda na Derrica. Ten spokojnie pije kawę, robiąc ruchy, jakby faktycznie miał rany... Urodzony aktor.
- W każdym razie widzisz, nie pracuję dla Anonima ani dla innej siły. Mam tylko to, co widzisz...- Przerwa na zarzycie kawy...ahhh... Genialna. - Masz kolejne pytania?
- W sumie to nie... - Caroline wraca wzrok na mnie i spogląda mi w oczy. - Chociaż... jaka jest prawdziwa historia pochwycenia tego piątego fanatyka?
- To ja... - Odpowiada od razu Derric.
- Derric, mikrofon jest twój.
- Kiedy dowiedziałem się o ataku... - Nagle jego uszy unoszą się. Kiwa na drzwi.
Do pokoju przybywa Kira.
- Ten psychol też tu był? - Nie trzeba chyba dodawać, kogo ma na myśli.
- No jak to... Mnie by nie odwiedził? - Odpowiadam z uśmiechem. - Kontynułuj proszę.
- Właśnie szuka dziury we wszystkim... - Mówi Kira. - Clementine z trudem udało się go powstrzymać przed studiowaniem każdych zakamarków... - Podchodzi bliżej... - Z nim jest coraz gorzej. - ...i mówi szeptem do nas wszystkich.
- Zauważyłam. - Dodaje Clementine. Tygrysica mruży oczy.
- A ty to? - Zdecydowanie pierwszy raz widzi ją na oczy. Chyba nie była świadkiem jej przyjścia.
- Strażniczka mająca pilnować tego pokoju. Nie przejmuj się mną. - Mruga jednym okiem, aby podpowiedzieć, o co chodzi.
Patrzę i kiwam na netoperka, aby kontynuował. Boska jest tak kawa...
- ...znalazłem jedynego uciekiniera i wziąłem go z sobą na dach. - Kontynuuje, idealnie od momentu gdzie przerwał. - Miałem się tu spotkać...
- Ty mu zadałeś te rany? - Pyta Caroline.
- Ja... Zasłużył sobie... - Kira niespodziewanie otwarcie przyznaje się do tego. Nastaje niezręczna cisza.
- Dobra, udam, że tego nie słyszałam... Mimo wszystko w przepisach znajdą się kruczki przeciw temu. - Caroline odcina się od tych słów. Całe szczęście...
- Z góry mówię: To jest zwykły pionek i nie wiedział nic ciekawego... Zakładam, że Kira się postarała i on sobie jej imię zapamięta do końca życia... W każdym razie. Coś jeszcze cię niepokoi?
- Uważaj mimo wszystko na Ahmisa. - Caroline spogląda mi prosto w oczy. - Patrząc na jego zachowanie, może zrobić coś głupiego... I nawet Nosek czy inne osoby mogą go nie powstrzymać...
- Wziąłem pod uwagę jego udział w ewentualnym skopaniu całej akcji...Ale dzięki za ostrzeżenie. - Wstaję-Dobra, ale poważnie te ciuchy i blizny mogą cię zdradzić Derric. Właśnie idę załatwić kilka spraw... Mam ci sam kupić ciuchy czy sam się po nie wybierzesz? Ostrzegam, jestem biedny jak pierwszy lepszy członek ruchu oporu.
- Chyba jestem zdany na ciebie... - Łowca wyjmuje nagle sakiewkę. - Ciekawe, czemu ci napastnicy nie zabrali moich kosztowności... - mówi, a obok pokoju przechodzi jakiś ryś-strażnik. Podrzuca mi sakiewkę. - Nie mogę teraz się spalić, a raczej logiczne będzie, że w obecnym stanie byście mnie nie puścili, gdyby to były świeże rany. - Wyjaśnia.
- Dobra, wrócę za jakiś czas. Bruce. Mam coś przekazać reszcie? - Zaczynam grzebać w woreczku, nie potrzebuję całej jego fortuny a kilku drobniaków.
- Czy jeśli zobaczą Ahmisa w ciemnej uliczce, to mają mu wpakować kulkę? - Bruce o dziwo zadaje to pytanie poważnym tonem, jedynie bardzo cichym.
O dziwo znajdujesz sporo dolarów. Ten gość może spokojnie kupić wszystko z kilku kramów... Te dwa tysiące z dawniej wygląda jak majątek bezdomnego przy Derricu...
Odrzucam woreczek do nietoperza - Schowaj go, nie potrzebuję aż tyle. A trochę szkoda aby mnie obszukali gdzieś po drodze i zabrali mi wszystko. - Chowam pieniądzę które wziąłem do kieszeni. - Co do tego, Jeżeli Ahmis nie ma żadnej kochającej rodziny... To jedynie niech go poślą na kilka dni do szpitala a nie na cmentarz.
- Hondo na pewno coś załatwi... - Bruce spogląda na Caroline, dość neutralnie obserwującą całą rozmowę.

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 14 lip 2019, 14:10 
Awatar użytkownika
Moderator

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Tak sobie jeszcze chwile siedziałam i rozmyślałam. Niby mogłam podejść jeszcze do Jo i pogadać, ale wyglądała na zajętą. Z resztą nie lubię tłoku. Wszyscy teraz kłapali dziobami, a ustronnego miejsca nigdzie. Przez moją głowę przechodziły pewne myśli, pewne pomysły.


Stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia. Wstałam i podeszłam do Tyrona. Stanęłam na baczność i zasalutowałam porządnie, chyba po raz pierwszy od miesięcy.

- Sir! Chciałam się zapytać czy istnieje możliwość, abym wsparła oddziały partyzantów. Uważam, że przyda im się wsparcie i pewna... kontrola. - powiedziałam patrząc się ukradkiem na Jo nie wiedząc czy usłyszała moją prośbę. Teraz liczyłam tylko na decyzje guźca.

_________________
Obrazek

Już my wam damy popalić!
Imperium Eggmana zawsze na fali!


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 14 lip 2019, 14:44 
Awatar użytkownika
Opiekun

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Elna

Tyrone uważnie bada wzrokiem twoją twarz.
- To dość ryzykowne, zważywszy na poprzednią sytuację przypominającą... dezercję... - guziec wyraźnie nie był pewny co odpowiedzieć.
- Nie miało być kilka osób łączących siły z partyzantami? - zwrócił nagle uwagę Espio, jak zwykle czający się jak typowy ninja. Stał w miejscu dzielącym go od Jo.
- Pytanie, czy można jej zaufać. Musiałeś się upewnić, czy wszystko jest jak należy. - odpowiedział na to Tyrone.
- Mam oko na wszystko... - odparł kameleon. Teraz dopiero dojrzałaś szarą opaskę nałożoną na jego ramieniu... Jest jednym z tych, co łączą siły.

Jo chwilowo skoncentrowała się na wydawaniu poleceń swoim, więc jeszcze nie usłyszała propozycji. Nad miastem przeleciało kilka transporterów, a w oddali już widać było jeden z okrętów. Obrona przeciwpowietrzna została całkowicie złamana.

Stromagg

- Niewykluczone... - Hati wyłaniał tylko oczy znad blatu w pomieszczeniu.
Ośmiu Sztandarowców opuściło pojazdy, tylko kierowcy zostali.
- Sir, chyba wpadł ktoś w naszą pułapkę. - zwrócił uwagę jeden z nich, czarnawy lemur z dość krótkim ogonem jak na swój gatunek.
- Joseph, Talid, sprawdźcie to! - nakazał nieco wyższy jeż, prawdopodobnie żółtawy tenrek z opaską na czole, wskazując budynek. Dwaj Sztandarowi, błękitny jeżozwierz i szary baran, udali się do pomieszczenia. - Turner, Vanton, pilnujecie, a reszta..! Bierzemy się do roboty. - tenrek zakasał rękawy i zaczął z wspomnianym lemurem brać barykadę na bok, kiedy jakaś koala o szarawym futrze zajęła się inną razem z innym niedźwiedziem, wyraźnie mniejszym od ciebie.

Hati mimowolnie się uśmiechnął.
- Dobra, Zielona i Rupert dadzą radę... - rozejrzał się po ochronie. - To otwieranie ścieżki dla jakichś sił, która zgrała się z tą eksplozją... Zdejmiemy najpierw dwóch ochroniarzy. Miguel, przygotuj swoją strzelbę i bierz bliższego, ja zdejmę tego dalszego... Stromagg, Młody, zaatakujcie tych bliższych... - tu wskazał koalę i niedźwiedzia. - My zajmiemy się kierowcami, a potem już tylko pozbyć się dwóch ostatnich. Ewentualnie czterech, ale tamta dwójka powinna dać radę. - dokończył instrukcje.

Will

Dotarłeś sprawnie na targ. Jak zwykle był tu gwar i plotki.
- Podobno Herold znalazł schronienie w tym hotelu z uchodźcami! - przeszła gdzieś plotka.
- Bujda... Czy to nie ci sami, którzy zabili innego? - odpowiedział jakiś głos.
- Oj tam, raczej przypadek... - przyłączyła się jakaś dziewczyna.
Co jak co, wieści rozchodzą się bardzo szybko...

Znalazłeś jakiś kram z dobrymi ciuchami po całkiem dobrej cenie. Nabyłeś od razu dwie pary zwykłych koszul i spodni, które powinny pasować, do tego załatwiając nowe buty, dobre do chodzenia po trudnym terenie ale zupełnie inne od poprzednich z wyglądu.
- Miło robić interesy. Nie zawiedziesz się! - guziec przeliczył otrzymane pieniądze i potwierdził zgodność zapłaty kiwnięciem głowy, chowając materiał do pudełeczka z uchwytami.

Droga powrotna obyła się bez incydentów, nawet bez spotkań z jakimiś nagłymi kradzieżami charakterystycznymi dla tego rejonu. Jednak coś podpowiadało ci, że ktoś cię śledzi...
Podczas drogi cały czas miałeś wrażenie, że gdzieś za tobą jest jakiś brązowy lis w szarym kaftanie, który pilnował cię wzrokiem. Natknąłeś się na niego oczami trzy razy, wpatrzonego jakby w ciebie i chowającego wówczas wzrok po kramach...
Ostatni raz nastąpił tuż przed opuszczeniem zgiełku, gość skierował się w tą samą stronę co ty.


Ostatnio zmieniony 14 lip 2019, 17:40 przez Davir, łącznie zmieniany 1 raz

Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 14 lip 2019, 14:47 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Dobra.... Drobna zmiana kierunku, jak i celu. Przejdę naokoło do hotelu przez uczęszczane ulice. Jeżeli oni coś planują, to na pewno nie będą się znowu tak ostro narażać w miejscu publicznym. Szczególnie po rzezi w hotelu.

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Szukaj:
 [ Posty: 538 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 31, 32, 33, 34, 35, 36  Następna

cron



więcej linków
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group

Polityka Prywatności

Blueblur is a fansite that is not in any way officially affiliated with SEGA. Sonic the Hedgehog and other associated characters are owned and copyright © SEGA Corporation. Published material and comments represent the thoughts of their authors.
</body> </html>