Strona głównaKontaktZarejestruj sięZaloguj się

  • Czy wiesz, że wizerunek Sonica pojawił się po raz pierwszy w grze "Rad Mobile"? Wydana ona została w styczniu 1991 roku, czyli daleko przed premierą oryginalnej gry z jeżem.
  • Wyścigowy spin-off serii: "Team Sonic Racing", trafi na sklepowe półki w drugim kwartale 2019 roku. Wyprodukowany zostanie przez Sumo Digital, które odpowiadało wcześniej za "Sonic & All-Stars Racing Transformed".
  • Czy wiesz, że Jun Senoue (gitarzysta i klawiszowiec Sonic Team) początkowo nagrał 8 prototypowych piosenek do wprowadzenia/finału "Sonic Adventure"? Ostatecznie wszystkie porzucono na rzecz "Open Your Heart", które świetnie nadawało się do zapowiedzi gry na Tokyo International Forum w 1998 roku, a także samego powrotu jeża do walki o konsumenta, po paru latach od czasu anulowania "Sonic X-Treme".
  • Najnowsza główna gra z niebieskim jeżem: "Sonic Forces", jest już dostępna w sprzedaży. Klimatycznie gra przypomina wczesne next-genowe inkarnacje naszego podopiecznego, co jednych przyciągnie do tej produkcji, a innych zniechęci. Warto także wspomnieć o tym, że to pierwsza gra z serii, która w Polsce doczekała się oficjalnej lokalizacji za którą odpowiedzialna jest Cenega - dystrybutor poprzednich gier "Niebieskich".
  • Czy wiesz, że komiksy z Soniciem, które były wydawane przez Archie Comics, mają tytuł "najdłużej wydawanej serii komiksowej opartej na serii gier wideo", który został nadany w 2008 roku?
  • "Sonic Mania Plus" jest dostępna już dziś! Gra zawiera nowy czteroosobowy tryb kooperacyjny, grywalnego Mighty'ego i Ray'a, tryb "Encore" zmieniający położenie przedmiotów oraz przeciwników, a także wiele poprawek. W specjalnej fizycznej wersji gry (dostępnej tylko na konsole), otrzymamy 32-stronicową książeczkę z szkicami i projektami postaci, przeciwników i plansz, podczas okresu prezentowania projektu firmie i produkcji, a także podwójną okładkę, przypominającą grę na Segę Mega Drive.
  • Czy wiesz, że Chip z "Sonic Unleashed" pierwotnie miał być duszkiem, stworzonkiem podobnym do Chao, lub nawet... rybą?
  • "Sonic: The Wrath of Nazo" Aarona Cowderego, nie będzie miała swojej premiery (jak to planowano) pod koniec 2019 roku. Animowanie aktu 1 z 3 okazało się zbyt skomplikowane, co przełożyło się na nieokreślone opóźnienie premiery animacji. Na szczęście, film będzie 15 minut dłuższy niż pierwotnie zakładano.
  • Dokąd nocą tupta jeż? Zapraszamy do aktywności w działach "Porozmawiajmy" oraz "Dyskusje", gdzie każdy to może wtrącić swoje symboliczne "dwa grosze" do rozmów na różnorakie sprawy związane z wielkim, szerokim uniwersum niebieskiego jeża, które jest nie większe, niż wypociny Marvela, czy też DC.





 [ Posty: 636 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 39, 40, 41, 42, 43  Następna
Szukaj:
Autor Wiadomość
Offline
 Tytuł: Sierpniowy Evil #7 (Wpis #48)
Post: 14 sie 2019, 15:33 
Awatar użytkownika
Kolega

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
- (Tak, co by nie mówić to Hati zna się na rzeczy.) - pomyślałem, przysłuchując się jego analizie.
- Możesz na mnie liczyć! - odpowiedziałem krótko tygrysowi, po czym zacząłem iść w stronę członków Korpusu, jednak coś sprawiło, że w pewnym momencie zatrzymałem się.
- Nie daj się zabić gruby... - powiedziałem, nie odwracając się do Hatiego i nie czekając poszedłem dalej by stanąć tuż obok Gomeza i Carla.
- Przyszedłem wam pomóc w obronie! Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracować. - powiedziałem, ściskając bejsbola.


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 14 sie 2019, 17:12 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
- Coś nie tak? - Mówię półgłosem.
- Zawsze czuję się niepewnie przy tak hardo wyglądających twardzielach... - Odpowiada niemalże niesłyszalnie. Pewnie nawet stojąca dwa metry za nami Kira tego nie słyszy.
No trochę mnie zamurowało... To, że ktoś przewyższa mnie albo ją w sumie o dwa-trzy razy nie oznacza, że jest twardy... No nie powiem... Zaorała mi dziewczyna tym zdaniem samoocenę...Ale co poradzić? Grzecznie czekamy na rozwój wypadków.
Mijają minuty. Niedźwiedź skończył już jakiś czas temu mówienie. W końcu pojawiła się jakaś recepcjonistka-hiena w typowo biurowej koszuli i sukni, do tego z jakąś teczką pod ręką, poprawiła okulary i po chwili zaprosiła gestem i krótkim "Za mną" wypowiedzianym spokojnym, przyjaznym tonem.
- Jak myślicie, jakaś jego siostra? - Odzywa się cicho Kira idąca nagle krok w krok za nami. Derric i Bruce są na szpicy.
Wnętrze budynku prezentowało się interesująco. Dwa piętra były w rzeczywistości kondygnacjami oddzielonymi miejscami do chodzenia jak w jakimś wielkim centrum handlowym, gdzie widać było kilka różnych dostępnych pokoi. Tymczasem na parterze w oczy rzucała się recepcja w kształcie rombu zajmowana przez recepcjonistki i jednego recepcjonistę. Czerwony dywan szedł aż do tego rombu, okalał go, po czym przechodził do dwóch różnych miejsc z schodami ruchomymi. Przy ścianach widać było ławki oraz dwa automaty, jeden z napojami, drugi z jedzeniem. Wokół było oczywiście nieco straży oraz przechodzących pędem pracowników.
- Ciekawe ile pieniędzy wydawanych na ten budynek mogłoby pomóc cierpiącym uchodźcom... - Clem wyraźnie próbuje ukryć skrzywienie twarzy, w wyniku zobaczenia jak bardzo różni się tu życie od strefy dla przybyłych uciekinierów.
- Mnie trochę krempuje to oszklenie... Raj dla snajperów... Ciekawe czy tu też są pancerne szyby i byle jakie ramy? - Przypominam sobie żart Ajszy. Chociaż... Clem ma i nie ma racji. Ma...Bo pieniądze poświęcone na budowe można by było lepiej spożytkować...A nie ma... Bo jakoś trzeba operować budżetem miasta... A może ten budynek stał, a Rzecznik go przejął?
- Raczej tak. - Odpowiada słyszący to Bruce. - To siedziba ochrony. Tutaj jednak postawili na coś naprawdę twardego.
- Samo to szkło pewnie dużo kosztowało... - Mruczy bardzo cicho pod nosem Clem, uważnie obserwując doniczki z czerwonymi kwiatami uzupełniającymi teren między ławkami.
- Nikt nie spodziewał się, że dojdzie do takich zmian... - Kira oczywiście dalej idzie za nami.
- Tak. Ale taka różnica i tak boli. - Odpowiada krótko jeżyca.
- Boli cię, bo jesteś lekarzem i dla ciebie liczy się dobro pacjenta... My widzimy śmierć, rany dosyć często i nas to bulwersuje, a ci, którzy sobie używają na takie budynki? Oni widzą coś innego.
Wchodzimy na pierwsze schody ruchome.
- Ta. Oni nawet nie widzieli skutków Pustynnej Grypy. Wielu siedziało sobie w wieżowcach i miało to gdzieś... - Bruce dochodzi do dyskusji. Po chwili zaczynamy przechodzenie na drugie takie schody. W oddali na drugim piętrze widać już duże drzwi wind.
- Statystyka... A teraz cicho... Wsłuchajcie się w muzykę i wyluzujcie...
Rzeczywiście, gra tu spokojna muzyka. Strasznie koi nerwy.
Podchodzimy wreszcie do środkowej windy, której aktywacja wymaga wpisania jakiegoś kodu. Hiena wciska go tak szybko, że zapamiętuję tylko dwójkę jako pierwszą liczbę i ósemkę jako ostatnią spośród dwudziestu kliknięć... Niezła jest w tym względzie.
Winda jest bardzo szeroka. Jej przeciwna ściana zawiera wielkie lustro. Wchodzimy po kolei do środka i nasza prowadząca po chwili zamyka ją wciśnięciem jednego z pięciu guzików.
- Myślałem, że dotrzemy do tego rzecznika trochę szybciej... Dlatego nienawidzę biurokratycznej maszyny...
- Procedury wymagają ważnych środków ostrożności. - Odpowiada niemalże mechanicznie hiena, skierowana przodem do nas. - Przed wejściem do gabinetu przeskanuje was wykrywacz metali, a także rentgen.
- Założyłam tą durną koszulę, ale scyzoryka nie oddam... - Kira ostro reaguje na wzmiankę o wykrywaczu i rentgenie.
- Zrób to dla nas. - Prosi normalnym tonem Bruce, skupiony wzrokiem na hienie.
- Dobra... Ale znajdę tylko jedną ryskę i popamiętacie mnie!
- Cudownie się zaczyna. - Wzdycha Derric.
- Zachowaj pokerową twarz... A ja pomyślę o normalnych rzeczach, aby się przygotować na rozmowę. - Tak naprawdę to myślę, jak długo programuje się biurokratów, aby byli tacy wyprani z życia.
- Dokładnie, to dodaje profesjonalizmu, prawda? - Hiena jak na zawołanie pokazuje nieco mniej zimnego profesjonalizmu i uroczo się uśmiecha z przekrzywieniem głowy. Winda dojeżdża na najwyższe piętro, a ta natychmiast poważnieje i obraca. Wita nas sześciu strażników, którzy stoją po bokach wyjścia. Już teraz widać korytarz z urządzeniami wymienionymi wcześniej.
Nadal uważam, że jest wyprana z duszy... A środki bezpieczeństwa są gorsze niż... No są straszne.
Zaczynamy ustalać kolejkę. Jako że Bruce nas tu sprowadził, on pierwszy przechodzi przejście. Detektor metali reaguje i strażnicy podchodzą.
- Spróbujmy bez okularów... Pomożecie? - Podaje jednemu z nich swoje okulary, zamykając oczy przed światłem i po chwili z małą pomocą pozbawionej metalu hieny przechodzi tym razem bez problemu. Strażnik przy rentgenie też potwierdza bezpieczeństwo.
Przepuszczam Derrica, Kirę i Clem przed sobą. Nie mam nic...Więc i nic mi nie udowodnią.
Derric pokazuje mapę, która okazuje się mieć metalowe zwieńczenia. Strażnicy przepuszczają z pomocą Bruce'a mapę przodem, a po rozpikaniu się przechodzi Derric, który jeszcze oddaje na moment pas. Teraz dostrzegam, że nie zabrał kołczanu... Tym lepiej.
Clem chwilę spiera się z Kirą, która uparcie chce przejść jak najpóźniej. W końcu wzdycha i przechodzi bez żadnych komplikacji.
Kira oddaje wreszcie scyzoryk jednemu strażnikowi, jakby oddawała relikwię do jakiejś świątyni. Na pocieszenie strażnik obiecał, że na pewno nic się obiektowi nie stanie pod jego wartą. Przejście jest bez komplikacji.
W końcu przechodzę i ja.
Detektor na szczęście nie reaguje, a po chwili mamy odczyt rentgenu. Strażnik chwilę ocenia jakieś fragmenty, ale przepuszcza bez komplikacji.
- Zapraszam do środka. - Nasza prowadząca delikatnie się uśmiecha i wskazuje drzwi. Derric i Bruce ruszają przodem, kiedy Clem zatrzymuje się, po kroku widząc stojącą i wpatrzoną w drugą stronę Kirę.
- Halo?
- Mój scyzoryk... Czuję się naga. - Tygrysica zaczyna zachowywać się dziwnie.
- No już, już. To tylko jakaś godzinka czy dwie... Chyba że czegoś nie wiem. - Clem poklepuje ją po ramieniu i udaje się do pomieszczenia.
No to teraz ja:
- Ej chłopaki...Ale poważnie, z szacunkiem do tego kordzika... Ona z tą rysą nie żartowała.
- Taka niebezpieczna? - Pyta strażnik przy rentgenie. Kira spogląda na niego z całkowicie poważną miną, która wymusza aż na nim delikatne, nerwowe stukanie po blacie, na jakim stał ekran z wynikami skanów.
- Czujcie się ostrzeżeni. - Zbliżam się do drzwi.
- Odejdź... - Poważnieje i wyciąga nagle spod blatu strzelbę. - Zrozumieliśmy aluzję...
- Proszę do pomieszczenia, rzecznik czeka. - Hiena za mną opiera swoje ręce na moich barkach, nieznacznie jakby próbując odciągnąć od pomieszczenia.
- A Anonim to ch... - Drzwi zostają zatrzaśnięte... Co za debile, nie znają się na ironii?
Zalecam nie przeszkadzać strażnikom. Są zajęci bardzo rygorystycznym pilnowaniem. Gdybyś zrobił coś takiego przed przejściem, już by cię pewnie odstrzelili. - Hiena puszcza mnie po zatrzaśnięciu drzwi.
- To są poważniacy... Nie przejmuj się nimi. - Kira wreszcie udaje się do drzwi. W końcu wchodzimy do biura Rzecznika spokoju Desert Harbor... Tylko jak on do diabła miał na imię?!

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 14 sie 2019, 23:04 
Awatar użytkownika
Opiekun

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Stromagg

- Lepiej uważaj na siebie... Idąc tam jesteś łatwiejszym kąskiem. Pomogę w sformowaniu linii. - tygrys odparł na twoje ostatnie słowa do niego, znikając w drzwiach. Wkrótce Rupert także dołączył do formacji.
- Moje Wispony mogą jeszcze pomóc. - wyjaśnił, pokazując obie bronie.

Formacja została sformowana. Łącznie sześciu Korpusowych, ty, Rupert, Carl i Gomez. Za ścianą jeszcze Zielona znalazła dziurę dla swojej kuszy, pozwalając sięgnąć nieco obszaru.
Pozycje zostały zajęte. Ryk silników zszedł już bezpośrednio na prawą. Gdzieś tam była uliczka... I po chwili pojazdy pojawiły się w linii. Przewodził im obiekt z pancerną szybą.
- Zestrzelisz pierwszego podwójnym strzałem gdy będzie w zasięgu? - zapytał Gomez fenka.
- Zrobi się. - odpowiedział, ustawiając nieco bliżej Korpusowych.

Chwila przerwy, przerwa w wdechu aż tłumiąca nieco dźwięk... I podwójny wystrzał z zaparciem nóg. Fenek nieco odszedł do tyłu, kiedy dwa pociski trafiły idealnie w maskę przemalowanego niedbale na niebiesko pierwszego pojazdu. Siła uderzenia spowodowała mocne uniesienie tyłu z przygnieceniem przodu do piachu, powodując efektownego fikołka niczym w filmach akcji, zakończonego przewaleniem na dach i przejechaniem tymże dachem gleby. Dwaj żołnierze siedzący na przyczepce wylecieli z obiektu, upadając twardo na ziemię oraz barykady, najpewniej łamiąc sobie kilka kości. Jeden stracił przytomność, drugi skończył z jękami i wierzganiem towarzyszącym trzymanym nogom na które pechowo upadł.
Maska pojazdu już dymiła.

Pojazdy szybko powykręcały na dwie strony i zostały obrzucone zdobycznymi granatami Eggmana. Jeden pojazd skończył z uszkodzonymi drzwiami i rozbitą szybą, drugi dostał po przedniej oponie, ryjąc nieco glebę, ale kończąc z pasażerami bez szwanku.
Z dymiącego pojazdu próbował wyjść jakiś kozioł oraz jeżyca, wyłamując osłabione wybuchem drzwi... Ale ich los przypieczętowała nagła eksplozja, która oślepiła czwartego kierowcę. Kierowca za ciężarówką, ten czwarty i jednocześnie ostatni, uderzył w płonący wrak.

Niebiescy, w sile jakichś dwudziestu pięciu wliczając już dwójkę zdjętych, szybko uświadamiać zaczęli sobie błąd. Natychmiast ostrzelano ich z dwóch działek i broni Korpusu. To już nie była walka, to była rzeź... Ci żołnierze już po prostu szli naprzód między osłonami, próbując pewnie pozbyć się chociaż jednego zdobywcy ratusza, albo kryli się panicznie przed groźbą ataku wśród szczątków pojazdu.
Tak ginęli kolejni uparci wrogowie wspaniałego Anonima.

Will

Gabinet zamiast światła słonecznego używał lamp. A to przez rolety za wielkim oknem, jakie było w następstwie ściany. Czerwony dywanik prowadził aż do krzeseł, które najwidoczniej specjalnie dopasowano do obecności pięciu przybyłych. Biurko było całkiem szerokie, z solidnego dębu i na krawędziach dodano metalowe obwódki. Na stanowisku znajdował się komputer, stojak na teczki oraz kilka guzików. Po prawej widać było różnego rodzaju repliki broni. Była nawet jedna z Silver Musketeerem.
Jonathan znajdował się po lewej, przy małym akwarium z kilkoma rybami, które karmił. Jego wózek po zmianie pozycji jakiejś wajchy wykręcił ku wam, a ten rozłożył ręce powitalnie.
- Witajcie. Coś do jedzenia? Albo picia? - wózek zaczął jechać w kierunku biurka. Hiena ukłoniła się i opuściła pomieszczenie.

"Co za [cenzuralne] burżuj..." pomyślałeś na ten widok. "Co można kupić za to jego biuro... Pełny ekwipunek dla średniej bojówki? Może dużo zaopatrzenia dla medyków, a nawet jedną rusznicę Przeciwpancerną."
- Ekhm... My od Pokutnika. - przeszedłeś wreszcie wzrokiem na odbiorcę.
- Tak, tak, kojarzę. - Jonathan spojrzał na nietoperza, jakby to on miał być takim punktem łączącym wszystko w całość. - Wnioskuję, że od razu przygotowano jakieś plany? - wskazał na mapę.

Wózek dojechał na miejsce i wszyscy po kolei zdecydowali się dosiąść przy krzesłach.
- Dobra...To najpierw niech sam pan nam powie jaka jest aktualna sytuacja na zewnątrz. - usiadłeś jako ostatni między Derriciem a Clem.
- Blue Shrine City stoi na ostatnim tchnieniu... Sztandarowców można liczyć w dziesiątkach i pewnie już jutro nasz informator potwierdzi zdobycie miasta przez Anonima. - otworzył pod biurkiem miniaturową lodówkę i wydobył butelkę trzylitrową z czerwonawym płynem. - Mrożonego napoju? - słychać brzęknięcie szkła, gdy wertuje pochylony na krześle dłonią pod stołem
"Zachowaj spokój dziadku... Policz do trzech..." myślisz, próbując wstrzymać się od komentarza na temat przepychu.
- Co będzie następnym celem Anonima? - zapytałeś wreszcie.
- Na razie nie wiemy. Za Desert Harbor mamy Sandstone City, a jeszcze dalej Crystal River's City. No i jest Danny Foundation razem z trzema jego fabrykami. Nie mamy jednak informacji co do terenów bardziej na wschodzie... - dobył wreszcie jakieś szklanki przypominającej pucharek i nalał do niej nieco gazowanego, wychłodzonego napoju.
- Patrząc na schemat jego działania, pewnie zechce otoczyć Desert Harbor... - podał swoje pole widzenie Derric... Albo użył wiedzy z wcześniej. - Albo wymęczyć je różnymi metodami, po czym podbić jako następny cel. Sieć szpiegowska może być osłabiona, ale obecnie ma dosyć mieszkańców by to zmienić. Fakt, że jest to miasto idealne dla uchodźców tylko to ułatwia.
- Anonim zawsze okrąża swoje cele? - zainteresowałeś się schematem.
- Zależy na jaką skalę... - Derric rozstawił wreszcie mapę. - Na przykładzie Blue Shrine City widać, że próbuje w razie możliwości otoczyć miasto. Problem z Desert Harbor jest taki, że ono jest samowystarczalne i olbrzymie... Do tego ma liczną obronę.
- No i pragniemy umocnić jedną z flanek tak, aby się raczej nie prześlizgnął... Chyba czas przejść do meritum tematu. Postanowiliśmy podzielić się na dwie grupy uderzeniowe. Czerwoni i niebiescy... Zresztą, jak pan widzi tu na papierze. - wskazałeś na mapę.

Jonathan chwilę przyglądał się rozmieszczeniom informacji na mapie, jak typowy taktyk chcąc rozeznać się dokładnie w sytuacji.
- Ile osób byłoby potrzebnych? Z iloma będziemy się konfrontować? - zapytał wreszcie.
- Zależy, granatowa grupa to ekspedycja, która ma na celu zdobyć fabrykę Eggmana i ją zabezpieczyć, aby stworzyć solidne zaplecze technologiczne... Pragniemy przebić Anonima pod względem sprzętu... Czerwoni stawiają z kolei na brutalny i szybki atak mający na celu zająć całą widoczną tu flankę. - pokazywałeś przy tym kolejność ruchów.
- Fabryka jest opuszczona, ale można spotkać wyprawy Anonima lub szabrowników, więc jakaś przynajmniej nieznaczna ochrona się przyda. - dodał nietoperz.
- To jest front jego ofensywy, może być tutaj dużo sił. - zwrócił uwagę Jonathan na tą wzmiankę.
- Kilka tysięcy nadal jest w Blue Shrine City... A te obozy sięgają około setki wrogów, zgodnie z obserwacjami naszej siatki szpiegowskiej. - Nietoperz podał kolejne informacje nabyte z wcześniej. Robi to subtelnie, jakby jednak udawał, że nie jest Łowcą. Pewnie tak jego zdaniem byłoby lepiej.
- I tak... Potrzebujemy kompanii techników i saperów... - zacząłeś wymienianie. - Paru rusznikarzy też się przyda. A Czerwoni prawdopodobnie będą potrzebować lekarzy, żołnierzy i ciężkiego sprzętu.
- Więc te siły mają być pod waszą komendą? - Jonathan wypił nieco z szklanki.
- No... To jest chyba jedyna rzecz, jakiej nie mamy... Jednostki. Mamy plan, wywiad, propagandę... Brakuje tylko armii i przemysłu.

Nastąpił krótki moment ciszy przerwany odłożeniem szklanki po jednym szybkim łyku.
- A czy macie coś, co da wam pełne zaufanie? - zapytał znienacka Jonathan. - Sami mówicie o tym, że szpiedzy mogą być wszędzie. Skąd mam mieć pewność, że to nie jest próba podkopania Desert Harbor? - chwilę patrzył wam po oczach ponurym spojrzeniem. - Taka myśl już po negocjacjach... - dorzucił już z nieco milszym uśmiechem, poprawiając nieco kołnierz i nalewając kolejną szklankę. Sugestywnie pokiwał butelką.
- Można się napić? - zapytał wreszcie Bruce, któremu ten nieco duszny klimat też się wreszcie udzielił.
- Ależ oczywiście. Oto wcześniej pytałem. - dobył szklankę i nalał w międzyczasie soku dla kreta.
- Każde z nas ma z Anonimem na pieńku, każdy ma u niego jakiś interes i pragnie mu dokopać z powodów nie tylko ideologicznych ale i osobistych. - znalazłaś najlepsze wyjaśnienia.
- To dobre argumenty... - przytaknął rzecznik, obserwując mapę. - I dlatego przyjmuję propozycję. Ale wolałbym jednak, aby był z wami przynajmniej jeden wyższy rangą dowódca. Wiecie, dla kontroli... Jednak powierzyć wam musimy na tą akcję trochę naszych. Szacując wasze dane, postaram się załatwić wam przynajmniej trzystu pięćdziesięciu naszych.
- Czy można odrzucić jakiegoś dowódcę, jeśli wiemy że może być problematyczny? - zapytał kret po wypiciu nieco soku.
- Macie jakiegoś podejrzanego? - zainteresowało to Jonathana.
- Ja bym sprzątnął na start Ahmisa... Niech będzie jak najdalej poza tą akcją... Chyba, że dostanę jego akta albo ktoś mi wytłumaczy czemu on jest... Kim jest? A co do innych dowódców... Bruce, Derric... Wy chyba lepiej znacie takie osoby. - rozłożyłeś się wygodniej w krześle.
- Ahmis... Cóż, swoje ma za uszami. Nietypowa osobowość. Odsunąłbym go od tego nawet podczas akcji. - Jonathan doskonale cię zrozumiał.

Kret przytaknął na wzmiankę o swojej znajomości, ale nietoperz nieco się zawahał. Po chwili szturchnął cię stopą w kostkę. Nie chodziło jednak o twoje rozłożenie się. Pokazał pod blatem palce ułożone w pseudo "N".
- Również żołnierz znany jako Nathan... Nelson... Jakoś tak, również bym go trzymał jak najdalej od tego... Uważam, że ma paranoję dorównującą Ahmisowi acz nie jest takim wrzodem jak on. - podsunąłeś Nolana.
Clem i Kira obróciły twarze, skupione w myślach o kogo chodzi.
- Zobaczę takie nazwisko... Też wszystkich wyższych oficerów nie znam. - Jonathan był trochę zaskoczony, ale po chwili spojrzał na mapę. - Macie jakieś znajomości wśród strażników?
- Ja byłem kiedyś w formacji. - odezwał się Bruce. - Zwolniony po incydencie kończącym Pustynną Grypę. W każdym razie, znam nieco strażników.
- Pewnie chciałbyś załatwić sobie jakichś towarzyszy do akcji? - zapytał rzecznik.
- W sumie jakieś zaufane twarze się przydadzą. - przyznał, dopijając napój i odkładając szklankę nieco na bok.
- Ja bym poprosił o sapera który był z nami na akcji oraz jedną z strażniczek. - wcisnąłeś się natychmiast po odpowiedzi kreta. - Nazywają się Pierre i Ajsza.
- Ach, Pierre! Swego czasu rozbroił bombę podłożoną niedaleko naszego wieżowca... Zdecydowanie jeden z dobrych wyborów do takiej akcji... A tej Ajszy akurat nie znam.
- Dokładną listę wybranych podrzucę jeszcze dzisiaj. Chcę się upewnić co do ich decyzji. - przyznał Bruce.
- Zostawię ci specjalny numer kontaktowy, abyś nie musiał tu znowu przychodzić. - Jonathan zgodził się na ten plan.

Nastąpił moment przerwy, w której nikt nic nie dodawał. W końcu jednak znalazłeś temat do pociągnięcia:
- Ja bym tylko poprosił jeszcze raz o akta porucznika Ahmisa, sir. Jest szansa, że będzie z niego użytek, tylko trzeba dobrze ukierować jego gniew i paranoję. Potrzebuję tego aby dobrze rozegrać przekonanie jego osoby... Albo doszycie mu zagubionych czterech klepek.
- Zobaczę co się da zrobić... - Jonathan z zainteresowaniem obserwował twoją twarz, jakby doszukując się oznak chęci posiadania dodatkowych motywów.
- Za dużo mi ten padalec zrobił abym mu odpuścił, proszę pana... - wyczuwając to pociągnąłeś powody. - Nie zamierzam wykorzystać danych mi przez pana informacji przeciwko niemu... Jeżeli mi się to nie uda, to trudno. Odpuszczę i nie będę próbował go zniszczyć.
- Można znać szczegóły? - Jonathan kiwnął jeszcze na mapę. Widząc brak dalszych reakcji, Derric ją zwinął i przestawił na róg gabinetu do dalszego użytku.
- Oprócz pobicia, gróźb i szpiegowania... Jest tylko wariatem. - odpowiedziałeś krótko i całkowicie poważnie.
- Dobra. - rzecznik pokiwał głową. - Coś jeszcze?

To był już jednak koniec. Wszyscy kulturalnie wstaliście i się pożegnaliście. [pamiętając, że Jonathan ze względu na nogę nie wstał i tylko delikatnie się ukłonił] Po wyjściu powitała nas sekretarka krótkim skinieniem i ukłonem za pomocą delikatnego ruchu kolana.
Tym razem przechodziliście tylko przez rentgen, upewniający czy nie macie czegoś nowego. Standardowa procedura, jednak przepych mógł kusić ewentualnych złodziejaszków... Ten budynek to prawdziwa kopalnia złota.
Kira wreszcie pierwszy raz nie wyglądała na spiętą, a to przez odzyskanie swojego scyzoryka, oczywiście w nienaruszonym stanie. Kiedy wszyscy przechodziliśmy, a tuż za nami sekretarka, mogliśmy zobaczyć jak dała całusa w polik strażnika i odeszła jakby nigdy nic, odprowadzana wzrokiem zamyślonym nad tym co właśnie się stało.
Byliście wkrótce w windzie.


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 14 sie 2019, 23:53 
Awatar użytkownika
Moderator

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
- Witam szefostwo - ukłoniłam się lekko i podeszłam bliżej. - Coś się stało?

- Załatwiliśmy ci komputerek. Jeśli mamy ci go oddać, chcemy dostać do niego dostęp. Może zawierać inne cenne informacje. - Sergio trzymał już moje urządzenie w dłoni.

- Okej nie ma sprawy - powiedziałam , po czym odciągnęłam ich kawałek na bok i powiedziałam szeptem - Tylko mam nadzieje że pozbyliście się tego chipu namierzania czy tam podsłuchu przez Orbota i Cubota

- Jakoś się udało, ale Flint, ten od sprzętu, z trudem ocalał po eksplozji. Całe szczęście, że dla bezpieczeństwa włożył go do grubej stalowej skrzynki... Ale i tak eksplozja rozrzuciła nieco odłamków po pracowni okrętowej. - wyjaśnił Knuckles, który wskazał aby skierować się na górę, do bazy głównej. Posiłek i tak zjedli.

- To coś wybuchło - wskazałam palcem i podeszłam bliżej. - A wy to poskładaliście? Wow, dobrze wiedzieć, że nosiłam bombę na ręce. Chociaż jak teraz o tym pomyślę to pewnie uruchomiliście tryb autodestrukcji. Eggman wspominał mi o nim jako o środku zapobiegawczym przed schwytaniem.

- Czip miał autodestrukcję... Komputerek już nie. Ciesz się, że on nie nawalił, bo byłoby krucho. - weszliśmy całą czwórką do windy i wjechaliśmy na górę.

- Dane przegram do was w takim razie. Nie będzie tego wiele, większość już raczej nieaktualna. Ale zawsze coś.

- Zawsze szansa na skrócenie wojny o dzień czy dwa. Co najmniej. - po optymistycznych słowach Hersh wchodzicie do bazy.

- Hersh, aktywuj nasz kwarantannowy dekoder. - poprosił Sergio, a kotka z uśmiechniętym skinięciem podchodzi do komputera. - Wiesz, Elna, zawsze mogą tam być informacje z zabezpieczeniami.

- A zawirusowanie okrętu głównego to ostatnie czego teraz potrzebujemy. - dokłada Knuckles.

- Spoko, wy się lepiej znacie. Ja sama nie znam się aż na nim tak dobrze, Eggman nigdy prawidłowo mnie nie przeszkolił. Uczyłam... się... sama! - cedziłam przez zęby stukając w komputerk, gdyż ten znowu się zaciął.

- Pewnie jeden z elementów zabezpieczeń. Im użytkownik mniej wie, tym czasem lepiej. - Sergio nakierował mnie do dekodera i usiadłam na krześle obok kotki. Program zaczął się uaktywniać.

- Zalecam zdjąć go po podłączeniu... Nie wiadomo jak dokładnie będzie wyglądać reakcja na przechwyty z nieznanego źródła. - uprzedził Knuckles.

- Okej... - posłusznie to zrobiłam i odeszłam na bok opierając się o ścianę.

Zaczyna się proces dekodowania. Na komputerze widać masę liczb, liter i obrazów przelatujących przez mały ekranik. W końcu ekran niespodziewanie przerywa i pojawia się czerwony wykrzyknik.

- Oho... - Sergio także dostrzegł tą iskrę na obudowie. - Hersh..!


Komputerek zaczął parować, a kotka szybko się odsunęła. Obiekt zaczął trzaskać, aż wreszcie umilkł. Knuckles już zdążył zasłonić siebie i Sergio krzesłem.


- Chyba naprawy nie ominiemy... - stwierdził Sergio. - Poczekajmy trochę i zobaczymy później ile informacji komputer zdołał odkryć. O ile gadżet nie wybuchnie... - wilk aktywował jakiś przycisk po odejściu koleżanki i dekoder został odizolowany dodatkową ścianą.

- Tooo... może pierwsze pogadałabym z Orbotem i Cubotem? Wolałabym dać im znać, ze wszystko jest ok, a jak komputerek ma wybuchnąć to stracę jedyną możliwość kontaktu.

- Mogłaś zaproponować to wcześniej... Teraz trochę niebezpiecznie. Przyjdź za jakąś godzinę... Tyle mniej więcej czasu zajęło do wybuchu. - Sergio zbliżył się do Hersh, widząc jak trzyma sztywno swoją własną dłoń.

- Nic mi nie jest! Tylko iskra mnie poparzyła. - natychmiast uprzedziła wystawiając dłoń i udała się do stolika taktycznego. Docisnęła jakąś krawędź i wyszła szufladka z apteczką pierwszej pomocy.

- Bleh... no niech będzie. Niby nie mam nic do roboty i mogłabym zostać tutaj, ale tylko was będę irytować więc ta.. lepiej faktycznie pójdę. - to mówiąc skierowałam się w stronę wyjścia.


Byłam co najmniej lekko poirytowana. "Chciałam wiedzieć na czym stoję, chciałam uniknąć Jo a tu co? A tu boom i muszę znowu nudzić się przez godzinę. Ehhh... równie dobrze mogę odwiedzić Amel... i tak nie mam nic innego do roboty"

Skierowałam się w stronę kwater i zapukałam do drzwi wystukując słynny rytm.

_________________
Obrazek

Już my wam damy popalić!
Imperium Eggmana zawsze na fali!


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 15 sie 2019, 20:15 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Wychodzimy wreszcie z tej świątyni wypranych dusz. Zaczepiam ekipę:
- Dobra... To wychodzimy z tego miasta czy jeszcze trochę się tu rozejrzymy?
- Skoro już tu jesteśmy, to bym się przeszła... - Kira nieco zbliża do nas twarz. - Chcę zobaczyć, jak bardzo te żmije mają tu dobrze... - Dodaje bardzo cicho.
- Mała zmiana otoczenia faktycznie może dobrze zrobić. - Przyznaje Bruce.
- Nie widzę nic przeciwko temu... Acz błagam... Nie upadajmy do poziomu typowego rynsztoku społecznego, jadąc po tym, że oni mają bogato i są zachłannymi pastuchami... Wszyscy to wiemy i... No i sami ich potrzebujemy, aby nasze zamiary się powiodły.
- Już dobra, dobra... - Kira schodzi po schodach jako pierwsza szybkimi krokami. Podróż krajoznawcza się zaczyna...
Budynki tutaj nie tylko są wyższe i bardziej rozwinięte, ale też wyraźnie mocniej zadbane. Rejon uchodźców przypomina jedynie nieco mniej wyniszczone slumsy, kiedy rejon centrum jest zadbany. I to bardzo.
Trafiają się co jakiś czas biedniejsi mieszkańcy albo są to inni uchodźcy, albo pracownicy tutejszych sklepów. Często i tak wyglądają na bardziej zadbanych.
Wśród budynków przewija się wiele miejsc. Galeria handlowa po prawej ma trzy piętra, ale za to zajmuje przestrzeń terenową jak trzy wieżowce. Możliwe, że to największa galeria na Wschodzie, jak nie na świecie... Teraz pewnie już na świecie, bo normalnie funkcjonuje.
Wśród wysokich wież znajdują się też mniejsze budynki. Przewija się jakiś kiosk, kawiarnia, nawet pałac kultury... A nieco dalej na rondzie widać kamienny posąg znanej osobowości. Ubrany w płaszcz z kapturem kryjącym głowę, oparty na kiju, wypatruje ku dali z drugą ręką kryjącą wzrok przed słońcem. Napis na podeście mówi wyraźnie. To założyciel tego miasta. Właśnie na tym placu miał rozpocząć plany budowy.
- Mam niemiłe skojarzenie z tym kolesiem, ale ok.... Zna ktoś tego jegomościa?
- No właśnie nie... - Bruce obserwuje kaptur. Położenie sprawia, że niezależnie od pozycji świateł wnętrze jest zakryte mocnym cieniem. - Podobno był to zwykły mieszczuch z wieku jedenastego, który przybył tu ze swoimi sługami w ucieczce przed jakąś wojną, przechodząc przez wzgórza. Znalazł bieg rzeki i uznał, że to dobre miejsce do zamieszkania. Efekty widoczne są dzisiaj.
- Yhymmm... Czyli wszystko wiadomo... Ahhh... Uroki kolonizacji, na dobrą sprawę w tym miejscu pewnie kiedyś była zabita dechami wiocha i oni żyli jak mobianie na niższym Desert Harbor... Znacie jeszcze jakieś ciekawe miejsca?
- Trochę znanych miejsc w tym mieście jest. Jeden z największych na świecie stadionów klubu sportowego, nietypowy obelisk z kilku olbrzymich kamulców w parku palmowym, muzeum kolonizacji pustynnej, "Palma Vincentego"... O ile zabytki w rodzaju posągów czy wyjątkowo wyglądających obiektów się liczą w ciekawe. - Bruce jako mieszkaniec rzeczywiście się tu nieco orientuje.
- Liczą się jako rozrzutne.... Dobra... To chyba nie widzę sensu rozglądać się tu a po prostu wrócić do siebie i przygotować się na to, co nam najbliższe dni przyniosą... A będzie tego sporo.

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 15 sie 2019, 23:22 
Awatar użytkownika
Opiekun

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Elna

Korytarze na tym obszarze aż dzwoniły ciszą. Przeszłaś do kwater blisko swojej i znalazłaś nie tak odległe pomieszczenie zajmowane przez ekipę Amel. Drzwi były zamknięte i zapukanie dopiero dało znać prostym "otwarte" od psicy.
Nadzwyczaj ponurym "otwarte"...

Amel siedziała plecami do drzwi, żując z niechęcią jakiegoś batona, którego połowa była w jej garści. Sama pozycja ciała budowała wrażenie, jakby miała zaraz odrzucić go w jakimś wybuchu na bok. Nawet nie obróciła się zobaczyć kto przyszedł.
Kwatera przypominała kształtami to co u was. Różnicą był brak gadżetów, jakaś butelka soku pod stołem, dwie otwarte szafki zamiast jednej jak u ciebie oraz widoczne dwa zdjęcia na szafce nocnej z lewej i jedno w garści psicy. Rama wystawała nad jej łokciem.

Will

Po drodze Bruce oddzielił się, aby nieco dogadać się w zebraniu ekipy.
Wkrótce zmiana była coraz bardziej widoczna. Najpierw poznikały wieżowce i asfalt, potem zaczęły pojawiać się domy w nieco gorszym stanie i dużo liczniejsza biedota. Przeskok z rejonu bogaczy na rejon uchodźców widoczny pełną gębą...

Derric zaczął trzymać się nieco na tyłach, dbając o bezpieczeństwo.
- Czasami zaskakuje mnie różnica klas... Inaczej wyobrażałam sobie wielkie miasta. - Kira wreszcie odezwała się dobre kilka domów od poprzedniej dzielnicy.
- Nie wiem jak wyglądało Desert Harbor przed tym wszystkim, ale Grand City przed unicestwieniem świetnie balansowało. Ciężko było znaleźć coś przypominającego slumsy, a często tam bywałem. - odpowiedział Derric, mijając się wzrokiem z jakimiś strażnikami, pewnie zainteresowanych jego bliznami.
- Dobra... Dojdźmy do tego hotelu. Nie wiem jak wy znosicie noszenie tych długich koszul. - nieco poprawiła kołnierz.

W końcu i hotel znalazł się przed wami. Kontrola była oczywiście formalnością.


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 17 sie 2019, 16:57 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Zachodzę do swojego pokoju i walę się na łóżko... Wykorzystam przywilej tego, że Derric nie będzie medytował na wyrku i się prześpię.
Zasypiam zaskakująco szybko. Podróż krajoznawcza musiała być bardziej wyczerpująca, niż myślałem, albo to efekt tego, że ostatnie nocki spędziłem w mało wygodny sposób.
Budzę się jednak dość szybko, może z godzinę później. Derric siedzi na krześle i po prostu wpatruje się w sufit. Bruce'a jeszcze nie ma, ale za to przychodzi Kira. To jej otwarcie drzwi mnie wybudziło. Słychać jakieś jęki w oddali.
- Można? Jęki pana Gilesa są bardzo problematyczne, a wy jesteście dalej... - Przeciera oko. Derric przytakuje, nawet nie wiedząc, że się zbudziłem.
- Nie był na lekach przeciwbólowych? - Pyta nietoperz.
- No właśnie był, ale chyba przestały właśnie działać i trzeba poczekać... - Dosiada się naprzeciwko niego.
- Rozgość się... Z ciekawości... Ty nie znasz żadnych technik znieczulenia? Byłaś wojowniczką i chyba jako taką medycynę polową znasz....
- Znam metody na robienie środków nasennych lub uspokajających. Ale nie tak silnych, aby zadziałać na takie rany. - Uchylam powieki...
- Clem zostały jakieś leki? Może by tak je zmieszać z tymi twoimi środkami i mieć nadzieję, że to podziała... - Proponuję, przeciągając się w łóżku.
- Clem właśnie się tym zajmuje razem z lekarzem... A przyszłam, bo takie jęki po prostu utrudniają myślenie. - Kira opiera się łokciem o stół i podpiera głowę. Wpatruje się w stronę okna.
- Często masz z takimi jękami styczność? - Interesuje się poruszeniem tego tematu Derric.
- Jak na wojowniczkę z plemienia na głębszym południu, to dość rzadko. - Odpowiada krótko tygrysica.
- Tak się zastanawiam... Może dałoby radę się skontaktować z plemionami na południu i podpytać ich o to i owo. Plemiona zwykle w jakiś pogmatwany sposób potrafią przekazać całkiem sporo wiedzy... Na przykład o tym meteorze... Albo po prostu poprosić ich o wszczęcie wojny na tyłach Anonima... Zależy to oczywiście od ich podejścia do sprawy... Ale czemu nie? - Zrobiłbym sobie kawę, ale nie chcę mi się wstawać...
- Cóż, może byłoby to możliwe... Ale ich wola walki może zależeć od postępów Anonima. Wielu znajomych twarzy nie widziałam od miesięcy.
- Raczej będzie całkowicie zależna od postępów. Bo te grupki buntowników same nie zdziałają dużo nawet przeciw głębokim rezerwom... - Dorzuca swoje Derric.
- Nieraz stawiali opór? - Kirę najwidoczniej ta wiadomość intryguje.
- Głównie pojedyncze grupki, które chciały się przenieść lub postawić... Niszczono je najwyżej w parę dni po powstaniu.
-Raczej budowanie Unii plemion nie będzie w smak ich wodzą... No, chyba że zobaczą, kto jest heroldobojcą. - Jak to zawsze u dzikusów... Bo mają inną horeografię tańca deszczu i już się nie lubią...
Kira podłapuje ostatnie zdanie i chwilę się zastanawia.
- Heroldobójcę uznano by pewnie za Legendarnego... Są to osoby o wielkich czynach. Uważa się u nas, że one te czyny mają zapisane w gwiazdach... - Po czym się śmieje, jakby sama w to nie wierząc.
- W każdym razie miałabyś szacunek, gdyby zobaczyli, kto jest żywą legendą... I poszliby za tobą w ogień... Wiem, że to nie moja sprawa, ale nie pamiętam czy pytałem... Dlaczego odeszłaś z wioski?
Kira w sekundę poważnieje.
- Wyniosłam się, zanim doszło do miażdżącej porażki z siłami Anonima... - Przypomina krótko.
- Za dalsze pytania wydrapiesz mi oczy i połamiesz ręce i nogi?
- Pazury mogłyby wydrapać, ale ograniczyłabym się tylko do jednej ręki... Ale skoro już tak bardzo chcesz wiedzieć, to zadawaj pytanie. Na każde masz jednak powiedzieć coś o sobie, najlepiej prawdę... - Przechodzi ze swojej pozycji na tą z pachą na oparciu. - Zawsze ty jesteś tym najwięcej pytającym o przeszłość, ale ty jesteś dalej największą tajemnicą. - Wyjaśnia taką propozycję.
- No dobra... Tooo, o co chodzi z tym nozykiem? - I tak nie mam nic do roboty, o zainteresowaniu tm nożem nie wspominając.
- To prezent zostawiony przez ojca na przyszłość. Używał go przez dobre piętnaście lat, a ja sama mam go jeszcze kilka. Do dzisiaj nie musiałam go ani razu ostrzyć, a jednak nieraz był używany. - Jak na zawołanie pstryka scyzorykiem wyłaniając ostrze. Już stąd widać, że jest ostre jak brzytwa.
- Nigdy w życiu nie widziałem tak mocnego ostrza... - Wcina się na moment Derric.
- Podobno jakiś bardzo mocny metal, czy coś. - Kira patrzy mi prosto w oczy. Moja kolei. - Więc jesteś z innego kontynentu?
- Tak... Jestem... To jest akurat prawda... - I tu się wszystko zaczyna....
- Można wiedzieć z którego?
- Z północy...
- No proszę... Kiedy się u was mówi, że jest zimno? - Kira zdecydowanie jest mieszkanką Południą do potęgi.
- A kiedy u was się mówi, że jest skrajnie gorąco? - No tak... Nie oczekują ode mnie odpowiedzi w formie innego pytania. - Nie wiem.... Futro nas ogrzewa, więc aż takiej tragedii tam nie ma. - A twoi rodzice? Oni zostali czy...
- Ojciec w końcu wyruszył dalej. - Nie pozwala mi dokończyć pytania-Musiał zajmować się swoimi sprawami... Może nie powinnam mówić, jak cała ta relacja z moją matką była naprawdę... - Kira daje wyraźnie do zrozumienia, że detali nie ujawni. - A matka, cóż, trzymała się dobrze w momencie mojego opuszczenia wioski. Teraz nie mam już kontaktu. Zawsze była optymistką i w sprawie Anonima też miała dobre myśli. Ja jednak chyba poszłam w ojca.
- No dobra... Nie drążę.
- To skoro już takie tematy, co z twoimi rodzicami? - Uderza prosto z mostu, bawiąc się zamkniętym scyzorykiem obracanym w dłoni.
- Nic...- Gapię się w sufit, w gardle mi zaschło, a w głowie zaczęło mi świszczeć...
- Oj, chyba możesz pójść na jakieś małe detale. Ja swoje podałam. - Tygrysica postanawia nie odpuszczać.
- Jak mam nadać detale czemuś, co dla mnie nie istnieje?
- A więc to tak... Przepraszam. - Na jej twarzy widać szczerą przykrość. Chyba jednak wolała nie ruszać tego tematu. - Przemilczę to...
- W każdym razie... Jak się znalazłaś w wiosce?
- Tej, z której uciekaliśmy? To akurat bardzo typowa historia. Unikałam Anonima i chciałam być jak najdalej, w końcu trafiłam tam. A że byłam wojowniczką, dołączyłam do straży. Aż pewnego dnia przyszło nieuniknione...
- Masz mi za złe to z Wisponem? Zabiłem twoich kumpli... Prawdopodobnie...
- Z Wisponem? - Pyta, nie będąc, pewna o co chodzi.
- Wysadzenie zamku. - Odpowiada krótko.
- Ach... I tak byliby martwi lub gorzej, jeszcze Anonim jakoś by ich przekonał... - Macha na to ręką. - Bruce mi to opowiadał. W zamku zostali tylko ci, którzy nie mogli się wycofać. Gdyby było inaczej, któregoś dnia pewnie skrzywdziłabym ci palce... Jak nie gorzej.
-Twoja kolei...
- Miałeś jakiś zawód? Ile ty w ogóle masz lat?
- Wszystko, co jest związane z niszczeniem i jest to warte jakichś pieniędzy... I mam prawie dwadzieścia lat... - Drugie pytanie Kir... - To jest już teraz męczące, a co może być potem?
- Teraz twoja kolei. - Przypomina Kira. - Spokojnie, jeśli będzie dla mnie niedobre pytanie, to po prostu ci dam znać...
- Zadałem ci dwa pytania... Idąc za ciosem, powinnaś mi też zadać...
- Ach... Cóż, wyglądasz mi raczej na najemnika... Czy wojna nie powinna ci właśnie służyć? - Oho, wchodzimy na klimaty psychologiczne.
- Był taki najemnik, dla którego wojna była wszystkim... Wyobraź sobie, że chcę właśnie teraz zarobić... Wynająłem się u Eggmana i dostałem zadanie wykrwawić was jak najbardziej... Rozumiesz, do czego dążę? Jak bardzo byłbym wyprany z mojej moralności, gdybym uważał, że wojna jest mi na rękę...
- Czyli jesteś myślącym najemnikiem... Dlatego chyba ci ufam. - Odpowiada na to Kira.
- Postawił się reżimowi Anonima, bez większych bezpośrednich korzyści dla siebie. - Zwraca uwagę Derric. - Pewnie w kręgach ludzi do wynajęcia byłby uznany przez niejednego za idiotę... Wielka szkoda, że to tak wąsko myślące grono. Zazwyczaj. - Przypomina o wyjątku, patrząc na mnie.
- Bo się zaczerwienię. - No, żebyście wy znali trochę więcej szczegółów o mnie.... - Zostawiłaś kogoś w wiosce Kir?
- Mamę, kilku przyjaciół... I chyba tyle. - Kira nagle sama się nagle czerwieni. - Dobra, obiekt westchnień też... - Macha ręką, chcąc opuścić ten temat.
- To twoja kolej...- Zapyta o Clem, na sto procent...Ale czy ja się wtedy wykaraskam?
- Miałeś jakąś... miłość? Ale wcześniej. - Dobra, niebezpiecznie blisko, ale nieco inny kierunek.
- Nie... Ja te sprawy sercowe znam ze starych filmów, które mi się udało znajdować podczas dzieciństwa.... I w sumie miłość sprawia, że nie jest się nikim... Ale to nie jest emmm... Wybaczcie, ale uważam, że nie zrozumiecie tego co mnie trzyma przy życiu...
- Spróbuj. - Derrica interesuje to nawet bardziej niż Kir. Chyba też chciał wiedzieć o mnie tyle, co ja o nim.
- To jest tak naprawdę... Każde z nas pragnie czegoś w życiu co nie? Takiego dla siebie. W sensie, kimkolwiek byś nie był: Lekarzem mającym na względzie dobro pacjenta jak Clem albo Anonimem, który pragnie swojego zmyślonego raju...To każde z nas ma taki swój malutki ukryty motyw... Oczywiście może być to coś, na czym skorzysta każdy, ale i tak na tym zyskujemy... Spełnienie i satysfakcję... Rozumiecie, o czym mówię, tak?
- Tak... Po prostu chcesz mieć swoje miejsce w życiu. - Odpowiada nietoperz.
- No to ja mam zachciankę... Wiecie... Tego Maxa Acorna, to ja używałem trochę częściej... Ja czytałem trochę o tych królestwach Derric... - Wskazuję na jego książkę. - Czego się dowiedziałeś o tych D'colettach itd.?
- Przeczytałem dopiero pierwszy rozdział. Historia tego najsłynniejszego rycerza zapowiada się ciekawiej, niż myślałem. Miał podobno zdobyć tytuł giermka w wyniku pomocy pewnemu rycerzowi podczas podróży.
- To jak przeczytasz, to wtedy wam opowiem... - Nie...Clem zrozumie, ale oni nie... Zresztą... Opowiem jej, jeżeli mnie zapyta, nawet jeżeli miałbym czekać na pytanie o treści „O czym ja tak naprawdę marzę.” całe lata... - Możesz mi zadać inne pytanie Kira, na to wam nie umiem odpowiedzieć.
- Dobra, to wrócimy do tego za trzy dni. Tyle mi to pewnie zajmę... - Derric trzyma mnie za słowo.

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Ostatnio zmieniony 17 sie 2019, 23:08 przez Kaźmirz, łącznie zmieniany 1 raz

Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 17 sie 2019, 22:55 
Awatar użytkownika
Opiekun

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
(Tym razem trzeba się ograniczyć do jednego gracza)

Will

- Widzę, że mówienie o swojej przeszłości jest trudniejsze dla ciebie niż dla nas... - Kira wyraźnie zaczęła zwracać uwagę na twoje przerwy w zdaniach.
- Powiedziałem wam prawdę... - odparłeś. - Jeżeli was to uspokoi.
- Dobra, ale jednak takie przerwy brzmią jak dobry moment na pomyślenie nad inną odpowiedzią. To by pasowało do kogoś, kto zmienia imiona... - Kira obróciła się ku drzwiom. - Zobaczę może co u pana Gilesa. Widać, że to cię jednak męczy... A przyznam, że to dla mnie też trudne tematy. - wstała z krzesła.
- Po prostu nas boli chyba wracanie do przeszłości... - skierowałeś na to uwagę. - Znaczy, wy macie o czym gadać i tyle...
- Nie zdziwiłabym się, gdybyś ty też miał swoje problemy przeszłości. Nawet twoje odnoszenie się do niej o tym świadczy... - Kira na moment jeszcze obróciła się i pomachała waszej dwójce z delikatnym uśmiechem. - Ale już lepiej pójdę. Chcę dowiedzieć się jak nasz staruszek. - opuściła pomieszczenie.

Derric wpatrywał się w róg korytarzyka do głównego pomieszczenia pokoju, tam gdzie zniknęła Kira.
- Więc... skoro o przeszłości mowa, te blizny wyglądają aż tak paskudnie jak mówicie? - Derric nie pozwolił działać dalej ciszy.
- Twoje czy moje? - zakryłeś ręką usta w przerażeniu. Zapominalstwo nie popłaca.
- Moje... - odpowiedział nieco zaskoczony, ale nadnaturalnie spokojny nietoperz. - Twoich nie widziałem. O ile ktokolwiek poza tobą w ogóle je widział... - doprecyzował sens wypowiedzi.
-Uffff... - odetchnąłeś z ulgą. - Ta, moich nie widać po prostu.
- Więc są aż tak paskudne? - powtórzył pytanie, jakby tamtej wtopy w ogóle nie było. Na pokaz jeszcze przeszedł palcem przed swoją twarzą.
- Więc... No... - przyglądałeś się chwilę. - Szczerze to powiem tak: są kobiety które poszłyby na to, bo by uznały że z tobą nie ma żartów... Rozumiesz? Nie ma tragedii, ale też Playboyem nie jesteś...
- Hej, co ty sugerujesz? - cofnął głowę, nieco też bardziej poddając ją światłu.

Łącznie jakieś dziewięć różnych blizn pod różnymi kątami. Właściwie najmocniej w oczy rzuca się ta idąca od brody do czubka nosa nieznacznie pochylona w lewo i przedzielona ustami, bo jest najdłuższa. Mocno też wykazuje się niemalże idealnie poziomy ślad na czole i jeszcze trzecia pod prawym okiem, chyba tylko cudem omijając sam narząd wzroku. Reszta jest raczej krótka, czasem nawet bardzo cienka, ciężko jednak ich nie zauważyć.
Derric westchnął.
- Tak, podoba mi się... Ale raczej spędzę resztę życia na pokucie. - kuszy nie było widać. Pewnie gdzieś ją schował.
- Zresztą wiesz....Teraz to norma, że każde z nas jest jakoś naznaczone wojną. W środku, na zewnątrz, to nieważne. Po prostu jesteśmy w złym miejscu i czasie.
- Niestety... Teraz jedyne dobre życie jest chyba tylko w Zjednoczonej Federacji... Szczęściarze. Eggman postanowił pognębić najpierw nas i takie skutki. - Derric machnął ręką, dobywając kupioną książkę. - Szczerze? Za dzieciaka ekscytowałem się rycerzami. - pokazał znowu okładkę.
- Bo ratowali słabszych i zawsze wygrywali?
- Ta... Historie o nich są pouczające. Szkoda, że istnieli też ci niehonorowi. - ostatnie słowo wypowiedział nieco bardziej bojowym tonem. - Zaprawdę powiadam, mości Willu, kmioty nie ludzie z tych psubratów Anonima! - zabawił się trochę formą średniowieczną. Choć czuć było w nim już bardziej współczesność. - Gdyby nie tamtejsze warunki, to chciałbym żyć w tamtych czasach.
- No to znajdź króla, pokonaj dla niego smoka. Weź pas, miecz oraz ostrogi rycerskie jako nagrodę i przestań pokutować...
- Heh, to już nie takie proste jak kiedyś. - Derric wyjął jakiś zgięty trzy razy w połowie papier, otwierając na ostatniej skończonej stronie.
- Czemu? Może tacy Acornowie nie wymarli i gdzieś sobie żyją w podziemiu... Więc nic nie jest stracone.
- Jedyni rycerze jacy są to ci na Wschodzie... I jakoś bardziej odpowiada mi twoja ekipa.
- Może mają kij w czterech literach... Nieważne... Poczytaj o tych Acornach, a ja może zajrzę do Clem, może się uporała się z Panem Gilesem. O ile nic nam nie wyskoczy.
- Tylko nic nie mów Kirze, jasne? Kusza obróciła się przeciw Anonimowi, ale nadal służy akurat mi. - przekazał ci jeszcze na odchodne.


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 18 sie 2019, 1:42 
Awatar użytkownika
Moderator

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
- Hejooo! Pozwól że się wproszę! - powiedziałam rzucając się na jedno z łóżek i rozkładając się na nim, zakładając nogę na nogę. - Nudno jakoś w tej bazie, ie mam komu dokuczać.

- Jasne... - Amel dalej patrzyła na zdjęcie, wgryzając się w zawartość trzymanego papierka batonu.

- Widzę, że dzisiaj nie w sosie, co? - podniosłam się lekko opierając łokciami o materac. - Nah, jak jesteś smutna to z dręczenia cię też nie będzie zabawy. Tylko źle się poczuje, a ostatnio ciągle źle się czuję. Więc co powiesz na to, żebym sobie darowała dzisiaj teksty o twoim chłopaku pancerniku?

- Nie jest moim chłopakiem... - zdjęcie położyło się na stole, a reszta batona poleciała w kierunku mojej twarzy.

- Ała! - odskoczyłam do tyłu lekko zaskoczona. Potem podniosłam resztkę batona i ugryzłam. - No ale chyba mógłby być, co nie? Mmm... całkiem niezły. Baton nie Stephen - wskazałam na swoje policzki w których przeżuwałam słodycz.

Amel chwilę wpatrywała się w dal i westchnęła.
- Mógłby... - mruczy ledwo słyszalnie. Są jednak plusy tej obecnej ciszy.


Skończyłam batona i rozglądając się za koszem wstałam. Po wyrzuceniu papierka usiadłam na łóżku i kontynuowałam.


- Wiesz, jakby coś cię gryzło to możesz śmiało mówić. Jest duża szansa, że już się więcej nie zobaczymy więc nie musisz się o nic martwić.



Amel spojrzała samymi oczami w moją stronę. Dobyła zdjęcie i podrzuciła mi je.
Znajdowała się oczywiście ona sama, ale wyraźnie nieco niższa patrząc na proporcje i bardziej dziecięcą twarz. Trzymała się rękami za dłonie oparte na jej barkach przez inną psicę, która przypominała starszą wersję Amel. Ale to zdecydowanie nie była ona. Kiedyś przemknęło mi, że nienawidzi włosów w stylu warkoczy... A tutaj miałam do czynienia z dwoma takimi, sięgającymi co najmniej do talii. Widać było jak przechodzą przez plecy starszej psicy i nieco wykręcają pod wpływem pochylenia do przodu, spadając za plecy. Ich końcówki widać pod barkami młodszej Amel.
Zdjęcie zrobiono chyba w jakimś lunaparku. Z tyłu widać kolejkę górską i wózek akurat pędzący na szczycie.



- Ah... i wszystko jasne... - zmarszczyłam brwi i westchnęłam. - Cóż, wiele rzec nie mogę. Mogłabym oczywiście pieprzyć standardowe "Każdy coś na tej wojnie stracił, trzeba pozostać silnym" - zaczęłam udawać przerysowany, tępy i głęboki głos. - Ale to nie przywróci twojej siostry do życia... - ponownie wyłożyłam się na łóżku cały czas trzymając zdjęcie i przyglądając mu się.

- Niby była wielokrotnie dla mnie wredna... Ale jednak kiedy przychodziło co do czego, zawsze była po mojej stronie. - Amel rozparła się na stole rękami, a na nie położyła brodę.

- No cóż, rodzeństwa już takie są - uśmiechnęłam się - To znaczy no, tak myślę. Sama nigdy żadnego nie miałam.

- Tęsknię za nią... - odpowiedziała krótko, nawet nie patrząc na mnie. Widać przy jej oczach małe łzy.


Początkowo chciałam wstać i ją pocieszyć mówiąc by pozostała silna ale wtedy wyszłabym na hipokrytkę. Powiedziałam jedynie proste i ciche "Spokojnie" pozwalając jej na wyrzucenie z siebie emocji.



- Jakie spokojnie?! - wreszcie obróciła się ku mnie. Niestety jak zwykle hiperaktywnie odwróciła znaczenie mego słowa. - Osoba która troszczyła się o mnie pewnie nawet najbardziej z wszystkich zginęła w pierwszym miesiącu wojny! Chciała walczyć z Imperium i... - zaczęła łkać. - ...Infinite trafił na jej oddział... - schowała głowę pod ramionami ułożonymi na stole.

- Okropne uczucie co nie? Gdy osoba na której ci zależy nagle umiera, a ty jesteś bezsilna... bez szansy na zrobienie czegokolwiek...

- A ja głupia zamiast pomagać na wojnie kryłam się na Północy w naszym domku... - zaczęła kontynuować spod rąk. - Kiedy już główne zagrożenia zniknęły... Po prostu uznałam, że to czas na działanie... Dopiero kiedy to z czym powinnam pomóc najbardziej zniknęło... - łkanie wzmocniło się.

- Cóż... niektórzy mieli gorzej... niektórzy walczyli po niewłaściwej stronie. - westchnęłam ciężko podnosząc się z łóżka i stając za wózkiem Amel opierając się o niego. - Słuchaj... wiem, że to ci pewnie humoru nie poprawi, ale byłaś może przy latarni morskiej w pobliżu bazy? Mogłybyśmy się tam udać na małą przechadzkę... przejażdżkę... i to i to - uśmiechnęłam się na koniec lekko.



Amel nieco uniosła i obróciła głowę, wyraźnie zaskoczona moją propozycją. Cały obszar pod jej oczami wydawał się mieć problemy z podtopieniem.

- Dobra... - przetarła oczy.

_________________
Obrazek

Już my wam damy popalić!
Imperium Eggmana zawsze na fali!


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 18 sie 2019, 13:01 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Wychodzę na korytarz i się przeciągam, po czym rozglądam... Chyba już się uporały z tym Gilesem, bo nic nie słyszę... Jeżeli nie będzie dziewczyn w pokoju, to nie będę im tam przeszkadzał z tym nieborakiem...
Pukam tam gdzie zwykle. Kira otwiera mocniej oczy po uchyleniu drzwi.
- Wow... Ile minęło czasu? - Dziwi ją wyraźnie ta wizyta.
- Sorki... Nudzę się po prostu, a chyba czekanie będzie najgorszą zmorą kilku najbliższych dni.. Nie masz może jakiegoś złomu, w którym mógłbym pogrzebać w takim razie? - Nie ma Clem, nie ma mnie... Szkoda.
- Czekaj, mam tu stary komunikator straży, który się rozładował dawno temu. Może ci się przyda. - Kira znika, wgłąb pomieszczenia.
W tej samej chwili od lewej widzę, jak idzie Clem ze swoją torbą. Ziewa i nieznacznie się przeciąga. Możliwe, że jeszcze mnie nie widzi.
Jest w transie... lepiej, jeżeli odezwę się do niej później-No to zobaczymy, co można z tym zrobić...
Kira wreszcie przynosi mały komunikator. Standardowy głośnik, odbiornik na kabelku podpięty do boku urządzonka i mała antenka. Najpewniej nie ma to dużego zasięgu, jednak było idealne dla tamtej wioski.
Clem znajduje się już na długość ramienia, kiedy otwiera oczy i gwałtownie się cofa, zakrywając usta.
- Och, wybacz, nie zauważyłam cię... - Krótko przeciera oko. Widać nieco nagłej czerwieni na jej policzkach. Słooooooooodyyyycz....
- Spokojnie, rozumiem, że masz robotę, pogadamy później jakby co...Ok? - Puszczam jeżcy oczko... Mam nadzieję, że Kir nie zauważyła... Niewyżyty wiewiór w budynku... Chociaż dziś to wolę poprawić jej nastrój, a nie romansować...
- I tak przyda się odpoczynek...
- Jak pan Giles? - Kira kontynuuje temat. Zdecydowanie nie widzi puszczenia oka. Albo ignoruje...
- Będzie dobrze. - Uśmiecha się na potwierdzenie do niej. - W ostatnim czasie bardzo się ustabilizował. Wprawdzie ślady zostaną, ale żyć powinien bez poważnych problemów. Ataki ominęły wszystko, co istotne, raniąc głównie skórę i mięśnie.
- Przynajmniej tyle... - Podrzucam zabawkę-To do później dziewczyny.
Wracam do pokoju i rozbieram zabawkę na części pierwsze, nie zwracając uwagi na Derrica. - Spróbujemy podsłuchać drani-Podchodzę do Aneksu i kładę nóż obok jednego z palników, po czym odpalam gaz... Będzie prowizoryczna lutownica. Wracam do rozbierania sprzętu... Potrzebowałbym radia, ale i to się znajdzie... Może mam coś w złomie schowanym pod podłogą...
Takie uprzedzenie, uważaj z ogniem... Pokoje mają dużo desek... - Derric nieco się cofa na krześle, trzymając czytaną książkę bliżej siebie.
- Ta... Ta.. - Zdejmuję nóż, łapiąc go delikatnie za rączkę przez ścierkę, uprzednio wyłączając palnik, po czym kładę na jakimś talerzu i dobieram się do schowka... Jest i radio... No to bierzemy się do pracy wynalazczej, trochę to zejdzie, ale trudno...
Praca idzie powoli. Na szczęście robota przy tym gadżecie nie będzie też jakaś naprawdę trudna. Trzeba improwizować tylko z narzędziami i mieć nadzieje, że nikt niepowołany tu znienacka nie wpadnie.
- Jeśli chciałeś mieć komunikator, to mogłeś dać znać... I tak planowałem zrobić małą wizytę w swojej kryjówce, niezależnie od ryzyka. - Derric nie potrafi czytać w tych warunkach. Jest zbyt zainteresowany moją pracą.
- To nie komunikator... To jest zaczątek mojej domorosłej radiostacji...
- To też by się znalazło. Gorzej z przeniesieniem bez zwracania uwagi...
- Dlatego robię ją tu, na miejscu...
- Okej. Tylko nie spal stołu... - Derric odsuwa się jeszcze trochę.
- Masz fobie związaną z ogniem?
- Jakbyś dostał ognistym biczem, który jest iluzją, ale jednak zadającą ci krzywdę iluzją, to też byś miał... -Przerywam pracę.
-Anonim czy....
- Infinite...
- Wybacz... Niewiele wiem o kolesiu... A może wiedziałem i zapomniałem... Też... Mam problemy z pamięcią i niektórych rzeczy z przeszłości nie umiałbym wam przytoczyć... Kondolencje pewnie nic nie znaczą, a i pewnie nie jestem w stanie pojąć jak bardzo... Przekichane miałeś...
- Tak... Tak samo, jak miasta atakowane przez Sentinele czy samo Desert Harbor. - Na wspomnienie o sytuacji przechodzi instynktownie po czole. To właśnie ta blizna musiała powstać od tej iluzji bicza.- Nic wielkiego, patrząc na inne ofiary...
- Wiążesz jakoś ten meteor z Ininitem czy nie?
- Podobieństwa kryształów do jego obiektu na klatce piersiowej budują podobieństwo... Ale w sumie tylko Mistyk mi się z nim kojarzy. - Derric kiwa głową, w ostatniej chwili wskazując prowizoryczny palnik. - Weź go trzymaj w powietrzu, bo mi serce zaraz zawału dostanie...
Przytrzymaj - Podaję mu część osprzętowania-Co za kretyn robił okablowanie do tego....
- Skąd to wziąłeś? - Trzyma zgodnie z prośbą.
- Dostałem od Kiry... Była strażniczką... - Prostuję się w krześle... Moment... Coś mnie naszło... - Dobra postaw to... Pytanie: Jaki masz stosunek do pancerzy?
- Przydatne, ale jednak zależy od sposobu działań. Niezbyt przydatne dla osób w cieniu.
- Daj mi kartkę i ołówek, jeśli łaska i mów czego sobie najbardziej życzysz w takim stroju... - Jeżeli to jest możliwe... Na wszystkie gwiazdy!
Derric patrzy na mnie moment, po czym dobywa papier i podaje ołówek do kompletu.
- Jeśli już miałbym mieć taki strój, to przydałby się lepszy sposób aktywacji tych głośników, o ile w ogóle jeszcze będą w użyciu. Tak to coś lekkiego, z naciskiem ochrony na ważniejsze organy. Maska wystarczy jako hełm, najwyżej można zamontować jakiś szybszy sposób jej zdejmowania... - Nietoperz jest minimalistą, bo już przerywa. - Najwyżej możesz załatwić jeszcze nieco większy kołczan na bełty... Jakiekolwiek wydatki ci funduję...
- Daj mi pancerz strażnika i materiał i no trochę nożyków ogólnie złomu coś z tego zrobię...
- Załatwię z Bruce’em w wolnej chwili.
- Załatw to sobie jakiś plan, bo będziesz miał w najbliższym czasie doczynienia z Kirą 24/7...
- Jesteś okrutny... - Twarz nietoperza pochmurnieje i nieco chowa książce.
- Yhymmm...Nie ma za co...
- Uważaj lepiej w śnie... Te bełty mogą być też dobre jako nóż z małym ostrzem. - Mruczy pod nosem z nutą wyraźnie udawanej powagi.
- Słyszałeś o czymś takim jak pancerz pułapka? - Pokerowa twarz, po czym obaj głupkowato się chichramy.
- Mam nadzieję, że te noże nie będą wbite w środek? - Upewnia się już z całkowicie poważną miną. Żart chyba na niego tak działa.
- Raczej miałem na myśli wysadzenie, ale nie... Nie miałbym tego, gdzie wepchnąć w twoim pancerzu....
- Wysadzenie na wypadek, gdybym umierał i miał zabrać z sobą paru Anonimowych?
- Ehhh... Zabiłeś żart... Nie, nie jestem Anonimem, aby robić pancerze Kamikaze... - Koniec pracą na razie, styki muszą ostygnąć... - To gdzie posiałeś tę kuszę?- Derric wstaje i otwiera znaną już skrytkę. Wyciąga tego giganta.
- Chcesz, abym coś z nią zrobił, czy zakaz dotykania?
- Zależy co... Bo akurat to broń niezbyt dopasowana do modyfikacji.
- No dobra... Póki nie wynajdziemy bełtów laserowych, to się nie dotykam...

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 18 sie 2019, 23:52 
Awatar użytkownika
Opiekun

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Elna

Amel sięgnęła chusteczki, aby przetrzeć łzy i wydmuchać nos. Papierki wyrzuciła po drodze do koszy. Opuściłyście spokojnie bazę i powoli rozejrzałaś się wokół.
- Więc gdzie ta latarnia mor... - Amel nagle uniosła uszy i wykręciła twarz na ciebie. - Zaraz... przecież my jesteśmy jakieś sześćset kilometrów od morza, nie licząc nawet przemierzania gór...
- Aha, no to bardzo fajnie... - początkowo zaskoczona kompletnie inną scenerią zmrużyłaś oczy w poirytowaniu. - Hmm... to może oblecimy okręt dookoła? Musi być w okolicy chociaż jedno spoko miejsce...

Zaczęłyście jeździć wokół. Większość otoczenia to były namioty i kilka innych okrętów, głównie na ziemi, choć pojedyncze nadal były w powietrzu. Cały obszar był po prostu polaną.
Dla odmiany widać było też pojedyncze barykady z worków z piaskiem, jakieś miejsca zajmowane przez ćwiczących rekrutów w terenie, którzy dostawali teraz nieco wycisku przez trenera-kojota z charakterystyczną apaszką nałożoną na oko. Widać było tylko ślady poparzeń na krawędziach tej apaszki.
Trafiło się też boisko do piłki nożnej z drużynami sześć na sześć. Zrobiono prowizoryczną linię na trawie zdobycznym sprayem, bandy dla widzów ułożono z prowizorycznych krzeseł, a bramki były całkiem skuteczną kombinacją żelaznych ram, nieco mniejszych niż w profesjonalnej piłce, na które nałożono stare sieci rybackie, które udało się nieco połatać. Dwie ekipy z luźnymi, dodatkowymi koszulami o barwie niebieskiej i czerwonej akurat grały mecz, a obok widać było prowizoryczną tablicę z wynikiem 3:2 dla niebieskich... No cóż, nawet tutaj czasem trzeba zabijać czas inaczej niż tylko służbą dla Ruchu Oporu czy ciągłymi ćwiczeniami. Chyba nawet w magazynie okrążanego okrętu da się znaleźć dwa kosze do koszykówki. Swego czasu grano kilka meczy, ale potem przez brak gry zniknęły, by dać miejsce przydatniejszym rzeczom.
Poza tym, macie też widok między statkami na dalsze góry, tworzące coś w rodzaju olbrzymiej ściany z nieregularnymi kolcami... To chyba Spike Top Zone, zwane też Ostrymi Górami...

- Meh... jesteśmy otoczone obozem. Chyba pozostaje nam tylko gapić się na te szczyty górskie. - zatrzymałaś wózek Amel i usiadłaś na ziemi obok niej. - A szkoda, bo widoczki z latarni były serio ładne. Można było sobie siąść na klifie i choć wtedy już jest tylko jeden krok do rozwiązania wszystkich problemów... to widok sprawia, że człowiek się waha i chce jeszcze coś zrobić.
- Też chciałaś kiedyś to skończyć? - spytała Amel, obserwując szczyty gór. Co jakiś czas zerkała też na mecz, gdzie jeden lis zdobył gol na 3:3 dzięki przechyleniu ciała i kopnięciu piłki gdzieś na wysokości biodra trafieniem prosto w górny róg bramki poza zasięgiem wyskoku wysokiego krokodyla.
- Wiele razy... Wczoraj byłam nawet bardzo blisko. - uśmiechnęłaś się ponuro. - Ale zawsze było coś, co kazało mi iść dalej. Nie zawsze były to rzeczy szlachetne i wielokrotnie żałowałam coraz bardziej, że jednak się na to nie zdecydowałam... ale teraz sama już nie wiem... - na chwile nastała cisza, którą przerwałaś uśmiechając się. - Doszłam do wniosku, że jak już mam ginąć to przynajmniej zabiorę ze sobą jakiś sukinsynów. Padło akurat na grube ryby. A co z tobą?
- Po śmierci siostry w ataku Infinite i zniknięciu rodziców chciałam po prostu skończyć, bo czułam się niepotrzebna... Ale długi czas zwlekałam i wreszcie... - przerwał jej nagły gwizdek.
- Godzina minęła! Karne! - wykrzyknął sędzia-borsuk.
- ...wreszcie dołączyłam do Ruchu Oporu. I zrozumiałam, że nie jestem sama. - dokończyła myśl, obserwując jak dochodzi do krótkiego rzutu monetą z wyborem bramki na ostateczne rozstrzygnięcie.
- Chciałabym w końcu i ja to zrozumieć. - westchnęłaś. - Ale bycie samą to brzemię, które muszę dźwigać. Więc skończenie z tym wszystkim nie wchodzi dla mnie w grę. Zwłaszcza nie teraz. - powiedziałaś nieco bardziej uniesionym i gniewnym głosem. - Przepraszam... Te ostatnie kilka dni było szalone.

Wygląda na to, że Amel tutaj jest trochę zorientowana.
- Oj, było... Trochę straciłam rachubę dni, ale słyszałam już o tych Sentinelach. - Amel znowu przeszła wzrokiem na szczyty gór.
- A obstawiam, że będzie gorzej. Mam nadzieje, że wieść szybko obiegnie Wschód i w Imperium zacznie się piekło...
- Chyba, że te dwa łby wymyśliły jak to sprzedać swojemu ludowi... A może są jednak dość głupi, by jednak Sentinele faktycznie miały być od tak wysłane do walki? - bardzo szybko gwizdek zmienił cel jej wzrokowej uwagi na boisko. - Czasem mam nadzieję, że ta wojna się skończy już niedługo...
- Też bym tak chciała... a ja zawszę dostaje to czego chcę. - rzuciłaś z parsknięciem podnosząc się z ziemi. Zabrzmiało dramatycznie, no ale nadal nie chciałaś odpuścić. Zastanawiałaś się tylko czy powiedzieć Amel... W końcu utrata drugiej siostry mogła na nią źle wpłynąć. Ale z drugiej strony po co ją oszukiwać. - Dobra, widoczki ładne, ale jednak widziałam lepsze. Imponujące by było gdybyś teraz cudem uzdrowienia powstała z wózka. Iście filmowa scena! - uśmiechając się stanęłaś obok niej i potargałaś ją po włosach.
- Cóż, dzisiaj jeszcze nie zaliczałam swojego chodzenia. - z pewnym trudem udało jej się stanąć na nogi. Wypięła biodra do przodu z pomocą rąk, aby szybciej poradzić sobie z zasiedzeniem. - Dobra, to będzie dziwne uczucie wrócić do chodzenia. - słupek bramki wydał donośny brzęk po trafieniu go piłką. Drugi strzał w kolejce był chybiony.
- Ja na twoim miejscu udawałabym kalekę, by się wymigać od służby jeszcze przez kilka dni. No ale ja to ja. - zaśmiałaś się. - Wracamy powoli do środka? Knuckles i Sergio chyba na mnie czekają.
- Za niedługo... Chcę zobaczyć wynik meczu. - założyła ręce na biodra i obserwowała trzeci strzał.

Drużyna niebieska wyszła na dalsze prowadzenie 2:0 w karnych po pięknej zmyłce prowadzącej do strzału w przeciwną stronę do bramkarza.
- Meh... sport... - wyłożyłaś się na wózku. - Nigdy nie zrozumiem co jest fajnego w obserwowaniu przez półtora godziny jak dwie bandy ganiają za szmacianą kulką. Albo przebijają ją przez siatkę... albo wrzucają do kosza...
- Ja lubię sport dla samej rywalizacji... I naukę współpracy przy części z nich. - Amel pozwalała nogom nieco się poruszać na trawie w miejscu, ale też uważała jeszcze na plecy. Drugi strzał czerwonych okazał się już celny. To był idealny strzał w dolny róg poza zasięgiem bramkarza-tenreka wyczuwającego intencje znanego już wam lisa.
- To znaczy, ja rozumiem samo granie. Po prostu nie kręci mnie patrzenie jak ktoś inny gra. - rozjaśniłaś. - No ale ty raczej sobie obecnie w nic nie pograsz. - wskazałaś na jej nogi po czym wstałaś z wózka w razie jakby chciała usiąść. - No chyba, że w szachy. O! Albo możemy zagrać w partyjkę tego co wymyślili bracia pancernicy! Jakieś warcaby czy coś w ten deseń.
- Ach, no tak. Sami mamy jedną z kilku kopii. Grałam nieraz z Henry'm gdy tu siedziałam. - pstryknęła palcami. - Taki szop... Też został w bazie. Dwa dni po mnie doznał urazu łokcia i na razie zdecydowano się założyć mu temblak. Za dwa dni go zdejmie i wkrótce może wrócić. - wyjaśniła, przypominając sobie twoje problemy z zapamiętywaniem osób. W międzyczasie mamy 3:1 przez mocarny strzał byka pod poprzeczkę nad zaskoczonym krokodylem który za późno wystawił dłonie.
- Dobra, nie potrzebowałam jego autobiografii... - rzuciłaś i zaczęłaś tupać nogą.
- Wybacz, czasem za dużo gadam... - obróciła się tułowiem i wystawiła dłonie przepraszająco.

Kolejny strzał czerwonych wpadł dzięki sprytnej podcince brązowej myszy, która kompletnie zaskoczyła rzucającego się bramkarza.
- A kiedy w dodatku nawet nie mam tak dużych możliwości przemieszczania się, to wyzwalam w sobie dodatkową gadkę...
- Na twoje szczęście nie sparaliżowało ci języka. Ale niestety na nieszczęście mojej głowy. - zaśmiałaś się.
- Aż TYLE gadam? Nigdy w sumie o to nie pytałam... - zamyśliła się.
- Być może to ja po prostu jestem łatwa do poirytowania. W każdym razie, gdybyś po moim wejściu do pokoju przywitała mnie typowym dla siebie entuzjazmem to pewnie byśmy tu nawet nie przyjechały. - ponownie się zaśmiałaś podchodząc bliżej i chcąc coś zrobić Amel, ale przypomniałaś sobie o jej kondycji. - To ostatni karny?
- Mamy czwartą serię i 3:2... Co najmniej dwa strzały. Albo jeden... - strzał jakiejś wiewiórki z charakterystycznym kucykiem jako fryzurą wkręca się pewnie w prawą, górną część bramki. - No to daje dwa strzały. Zależy, czy tamten chybi. - wskazuje na idącego kojota z szramą... Tak, to ten typ co groził swego czasu Timowi, bo się z nim zderzył. A tak przynajmniej to wyglądało swego czasu.
W milczeniu i lekko znudzona oczekiwałaś zakończenia karnych.

Tym razem to jednak był ostatni strzał. Uderzenie w niskie lewo zostało zatrzymane przez bramkarza i niebiescy zwyciężyli mecz.
- Dobra, możemy iść. - cofnęła się powoli do tyłu i w końcu padła z pewną ulgą na wózek. - Przyznaję, nadal czuję plecy... - rozsiadła się wygodniej.
- Yaaay! Wygrali ci... tamci...
- Błękitni Oporu. - odpowiedziała szybko Amel.
- Ach, mniejsza. Zadowolona? - odkiwnęła głową. - No to jedziemy! - ponownie chwyciłaś wózek i zaczęłaś pchać go w stronę bazy.

Will

Wzmianka o bełtach laserowych na moment przerwała rozmowę. Tylko na moment.
- Słyszałem coś o naelektryzowanych bełtach. - odezwał się wreszcie Derric. - Poprzez założenie odpowiedniego generatora wiatrowego na bełcie możliwe jest wystrzelenie pocisku, który po trafieniu jeszcze razi wroga prądem dzięki temu co zdąży wygenerować ten generatorek podczas lotu. Jest to mała dawka, ale szczególnie świetna na maszyny, jeśli umiesz tym strzelić w dobry punkt.
- Yhmmm... Nie lepsza by była bateria w środku rurki? - zwróciłeś uwagę na alternatywę. - Efekt podobny, a bełt może wyglądać bardziej poręcznie... - oderwałeś się od pracy. - Swoją drogą, czemu Kira? Nie oceniam wyboru, ani nie zmuszam do odpowiedzi.
- Baterii też się używa, ale potrzeba jakiejś jednej z mocniejszych aby osiągnęło to swój skutek. To też wpływa na sam bełt nieco inaczej niż... - wtedy przybyło pytanie o Kirę. Derric chwilę spojrzał mi prosto w twarz, po czym spuścił głowę pod książkę. - Wygląda na bardzo sympatyczną... Wystarczy?
- No dobra... Nie najeżdżam. - nie naciskałeś na delikatny temat. - Tylko obawiam się jednej rzeczy. Wiesz jak to jest z plemionami? Najsilniejszy wojownik, te motywy z przekazywaniem tej mocy?
- W sumie to jakoś specjalnie nie interesowałem się tamtymi ziemiami. Nawet bardzo nie miałem z nimi styczności, bo je mijaliśmy podczas ucieczki. Wiem tylko, że są bardziej tradycjonalistyczne i mniej zaawansowane... - Derric nieco uniósł głowę znad książki z zainteresowaniem.

Schowałeś twarz w dłoniach.
- Miałem na myśli rozłóg, ale może raczej skończę mój wywód... - wróciłeś do prac.
Derric chwilę mrugał oczami.
- Czy ty myślisz, że tu chodzi tylko o... - chrząknął i machnął ręką. - A zresztą, jak idzie praca nad twoim gadżetem?
- Powoli do przodu... - wykorzystałeś moment na ostygnięcie kolejnego przypalenia "palnikiem". - Ale słuchaj, przy akcji w magazynie... Albo mnie testowała, tak abym nie skrzywdził Clem, albo coś mi próbowała przekazać.
- W jakim sensie cię "testowała"? - nieco odsunął krzesło i odłożył książkę, by wziąć coś do picia. Chyba widok palnika tak na niego zadziałał, właściwie cały czas jeśli tylko nie czytał to skupiał się na nim.
- Stosowała swoje "atuty"... - wyjaśniłeś porozumiewawczo. - Nie zniechęcaj się do niej, tylko raczej wybadaj korzenie. Raczej też nie zaczynaj od kwiatków wobec jej osoby.
- Okej... dzięki za cynk. - nietoperz dostrzegalnie trochę zaskoczył się tym co teraz usłyszał. - Chociaż domyśliłem się, że kwiaty tu nie są najlepszym startem. Na razie czekam i poznaję... Potem pomyślę co dalej. Chcę skupić się na tym co teraz muszę zrobić. - kusza stała oparta o nogę stołu, ale po chwili wziął tą broń. - Więc na razie schować?
- Nic nie stworzę, wybacz...
- Spoko. I tak uważam tą kuszę za idealną. Względnie lekka jak na swój ciężar... - tu na pokaz podał ci ją prosto w chwilowo puste ręce podczas krótkiego momentu przerwy. Rzeczywiście nie była taka ciężka, choć masz wątpliwości czy mógłbyś z niej strzelać. - ...lepsza w użyciu przez sposób naciągania i olbrzymia siła rażenia. Jedynie wielkość jest problematyczna. - odebrał broń i odłożył ją do znanej już super-skrytki.

Praca już była właściwie na ukończeniu.
- Koniec na dziś. - odłożyłeś obok zlewu swoje napoczęte dzieło. - Musi wystygnąć... To... Co teraz?
- Zobaczymy co powie Bruce. - odpowiedział nietoperz. - Chyba że chcesz coś powiedzieć jak to jest z Clem, skoro już się sam trochę wyspowiadałem... - chyba udzieliła mu się teraz sama Kira i jej wymienianie informacji.
- A co chcesz wiedzieć? Nie żebym ci chciał powiedzieć wszystko... - zdecydowanie to nie temat którym chciałbyś się dzielić.
- Dlaczego Kira musiała cię... sprawdzać? Przyjmijmy, że testowała cię, ma to więcej sensu patrząc na ogólne czynniki... - szybko westchnął. - Nie wykluczamy drugiego. - przyznał z rękami wystawionymi wprzód.
- Clem swoje przeżyła i jakby ktoś ją potraktował w niezbyt miły sposób to... - przerwałeś retorycznie.
- Już mi szkoda takiego typa. - dokończył mimo to twoją przerwę swoim twierdzeniem.
- Hmmm... Coś jeszcze chcesz wiedzieć? - w duszy błagałeś, aby to było wszystko.
- Fakt, że ona ma swoje w pamięci tak cię do niej ciągnie? - jego uszy nieco się wzniosły, ale oklapły po chwili. Rzeczywiście, ktoś przechodził obok pokoju, ale skończyło się na otwieraniu drzwi gdzieś w oddali.
- Bo co, to że ona swoje przeżyła sprawia, że widzę w niej bratnią duszę? - spojrzałeś mu prosto w oczy. Nawet zapomniałeś o tych wszystkich bliznach łatwo zwracających uwagę. - Nie, Derric... To jest wypadkowa wielu rzeczy... Spójrz w jej oczy, kiedy się cieszy, a kiedy się smuci. Nie będę dawał litanii o jej zaletach, bo po co? Ty w kontrze możesz dać to samo o Kirze właśnie.
- Całkiem możliwe. - Derric wrócił już do książki, nie kontynuując tematu.

Wstałeś i podszedłeś do aneksu, aby przyszykować sobie kawę i oddać się rozmyśleniom, do których ani Derric ani Anonim nie mają dostępu.
Tak powoli mijał czas, przerywany tylko dźwiękami zmiany kartek i prac nad kawą. Ale oto przyszedł spodziewany gość.
- Hohoho..! - zaśmiał się jak ten cały Święty Mikołaj. - Gwiazdka przyszła wcześniej. - Kret wszedł podrzucając jakąś teczkę na twoje łóżko i kładąc jakiś papierowy woreczek w aneksie. Bułki i wędliny. Masło było już kupione wcześniej, siedziało więc w lodóweczce.
- Wow....Jecie mięso? - spojrzałeś się z zdziwieniem po kolegach.
- Oczywiście... To targ w Desert Harbor. Jak się uprzesz, to może znajdziesz nawet bombę atomową. Wystarczy być nadzianym i mieć odpowiednią znajomość co potrzeba znaleźć do jej zrobienia. - odparł na to Bruce.
- W sensie... Nie macie tego uczucia, że to zwierzę które jesz mogło być Mobianem? - spojrzałeś niepewnie na wędlinę.
Bruce chwilę patrzy na Derrica, a ten na niego.
- Dzięki... Teraz będę bał się tknąć jakiegokolwiek mięsa... - kret wyjął wędliny. - Dobra, to chyba akurat Mobini...*
- Ja podziękuję. - złapałeś za akta. - A teraz poznajmy nieszlachetną przeszłość pana porucznika...

* - Mobini to po prostu zwykłe zwierzęta jak u nas.


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 19 sie 2019, 20:55 
Awatar użytkownika
Przyjaciel

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Akta zawierają dwie strony i jeszcze jedną notkę:
"Oto co udało mi się załatwić. Tego jest więcej, ale nie mogę aż tyle ci dać. - rzecznik"
Zaczęła się mała lektura. Pierwsza kartka zawiera podstawowe informacje. Ma tylko imię, dlatego widnieje jako "Królik Ahmis", ma 29 lat, urodzony 16 kwietnia, jest oczywiście porucznikiem, a poza tym zawarto tu informacje opisowe kolorów futra, oczu itp.
Z takich mniej oczywistych informacji jest wzmianka o pochodzeniu z jednej z wiosek pod Desert Harbor, Tillage Village, a przynajmniej tam go zarejestrowano. Potwierdzono też ukończenie Szkoły Głównej* nr. 6 w tym mieście i jak można było się domyślić, poszedł na studia wojskowe w North Post, które ukończył z wyróżnieniem.
Jest jedynakiem, ojciec Khalid był swego czasu generałem, obecnie zarejestrowany jako "ostatni raz widziany przed wyruszeniem na Zachód", matka Fatima mieszka obecnie w Śródmieściu. Najwidoczniej uniknęła Pustynnej Grypy.
Odznaczony Srebrnym Orderem Ran, Złotym Orderem Spokoju Miasta, a także Brązowym Orderem Obrońcy.
- Czyżby miał świra na punkcie porównywania się do ojca, który jest generałem? I jeszcze to zniknięcie... Dziwne... Co mamy dalej....
Druga strona ma nieco więcej informacji ogólnych. Mamy tu badania lekarskie czy dodatkowe notki.
Zgodnie z badaniami, nie wykazano żadnych niedoskonałości, nadano mu klasyfikację A***, [najwyższa możliwa] testy sprawnościowe przeszedł na "Wysokie możliwości", a także potwierdzono brak problemów z psychiką. Najnowsza dopiska wskazuje jednak "podejrzenia o paranoję, trzymać pod obserwacją dla ewentualnego potwierdzenia".
Wśród dodatkowych informacji zawarto...
- Order Obrońcy i Spokoju Miasta otrzymane za stworzenie sprawnej siatki obserwacyjnej z sukcesami w przechwyceniu części szpiegów Anonima.
- Raniony łącznie trzykrotnie na służbie. Druga rana powstała w wyniku wybuchu zostawiła ślad na prawym boku, tuż pod żebrami. Pozostałe zagojone kompletnie.
- W roku 2016 oskarżony o próbę gwałtu na młodszej oficer Katherine Miskine. Po śledztwie uniewinniony.
- W latach 2012-2017 [ślady na papierze wskazują kilkakrotne zmiany w ostatniej liczbie] oskarżony o nieznaczne lub częściowe nadużycie swoich przywilejów oficerskich w osiemnastu przypadkach. Karany przy sześciu z nich, uniewinniony w dwunastu. [tu też są widoczne ślady]
- Test IQ wyliczony na 146.
- Incydenty z Maxem Acornem i innymi lokatorami jednego z hotelów w rejonie uchodźców przekonały do wysłania podporucznika nosorożca Nicolaia do obserwacji jego prac.
- Kandydat do awansu. [notka dodatkowa: najnowsze przypadki z września 2018 zmuszają do głębszego przedyskutowania tej decyzji]
- Nadal prowadzone śledztwo w sprawie nakazu ostrzelania chorych na Pustynną Grypę w trakcie słynnego Incydentu Czerwcowego.
- Zakaz wstępu do Biura ds. Powiązań Rodzinnych aż do 1 stycznia 2019 roku. Powód: Utrudnianie prac części pracowników ciągłymi prośbami o zbadanie sprawy jego ojca. Brak reakcji na upomnienia.
Pomiędzy niektórymi danymi są zamazania czarnym korektorem. Najpewniej jakieś nieaktualne informacje.
- Bruce, znasz tę Katherine Miskine? - Biorę parę łyków kawy-Ostatnia rzecz.... I że nic nie wiemy o jego sytuacji rodzinnej... Może odwiedzę jego matkę?
- Tak... - Kret przekręca oczami. - Wyprawa z kontaktem Hondo, tamta hiena, jaką widziałeś na posterunku Nolana. A co?
- No to rzuć okiem na to.... - Przekazuję mu kartkę-Wiedziałeś o tym? - Zaznaczam palcem linijkę o próbie gwałtu.
- Nie... - Kret uważnie przewierca wzrokiem zawartość linijki. - Nigdy o tym nie słyszałem.
- Dziwne, że go uniewinniono, a sama sprawa była dziwnie cicha... Przecież jakby ktoś wiedział o tym, że nie dość, że jest odpowiedzialny za strzelaninę w mieście to i jeszcze ten gwałt.... Do tego ten ojciec... Może wyczuł jakim ananasem jest jego synalek?
- Jego ojciec wyruszył na Zachód, by walczyć z Eggmanem u boku Ruchu Oporu. Nie wiadomo jednak czy przeżył. - odpowiedział kret. - A tyle przynajmniej mi wiadomo. Na pewno jednak nie słyszałem o żadnym gwałcie. Aż tak porąbany mi się nie wydaje...
- Mnie tak... Sądzę, jednak że coś więcej można wyciągnąć z jego matki... I tej Katrine...Ale coś czuję, że ona byłaby dla ciebie drażliwym tematem.... Tak, tak wiem... Przekręciłem jej imię.
- Cóż, ona wyglądała na osobę bez problemów. Nawet za czasów mojej służby... - Bruce obserwuje pozostałe strony. - Była w moich oddziałach... - Dorzuca.
- Informacja o próbie gwałtu pochodzi z 2016... Wtedy też była wśród was?
- Oczywiście. Miała już pół roku służby po przyjściu z akademii. Dowodziła jakimiś oddziałami z części dowodzonej przez Ahmisa. Czasem z nami grała w pokera czy robiła z naszym oficerem integracyjne treningi.
- Może był okres, kiedy nie było jej z wami... Miała jakiś urlop czy coś takiego?
- Były przepustki... Chyba dwa razy miała w tym roku. Za pierwszym razem akurat Ahmis miał swoje obowiązki, więc nie ma szans... Ale druga przepustka ma szanse się wpasować.
- Czy ty chcesz wykorzystać tę historię o gwałcie przeciw Ahmisowi? - Wtrąca się Derric znad książki.
- Raczej linijkę z ojcem... Ale wyobraź sobie, co by się stało, gdyby ktoś rozsiał plotkę o gwałcie na jakiejś pani oficer? Ahmis byłby spalony, a imię ofiary zostałoby zakryte całunem losowych imion.
- Pod warunkiem, że gwałt był prawdziwy... - Zwraca uwagę Bruce. - A na razie mamy tylko poszlaki.
Uniewinnienie też potwierdza raczej niewinność.
- Albo dojścia tam na górze...
- Możliwe... - Przyznaje kret. - Jednak jak mówiłem, nie ma po tym oznak. Sama obecność takich podejrzeń jednak rzeczywiście jest interesująca...
- Pozostaje ojciec i matka... - Przyglądam się skrzydłom nietoperza-Naprawdę, nie pasuje wam to do mitu syna, który desperacko pragnie być jak jego ojciec, ale staje się.... Kimś gorszym?
- Pasuje. - Odpowiada swoje Derric.
- Właśnie Bruce.... Mam sprawę... Potrzebuję pancerza strażnika w rozmiarze Derrica, znajdzie się coś?
- Derric tylko nieznacznie przekracza metr, więc powinienem spokojnie znaleźć.
- No i świetnie... Jutro postaram się jakoś dostać do jego matki i z nią pogadać... Wezmę Clem, abyśmy nie wzbudzać podejrzeń... Chociaż pewnie bez przebrań się nie obejdzie, bo jak Ahmis się dowie, że wiewiór w czerwonej koszuli był w domu jego matki... To skończy się to najazdem na bazę... Ustalimy alibi i powiem o tym Clem, dobra?



*Ciekawostka od Davira zwanego Rivadem-Na wschodzie (Zapewne również na południu) jest popularny system szkoły dwunastoletniej i studiów.

_________________
„Ta pasja pcha mnie do przodu.”-Jhin


Offline
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 20 sie 2019, 22:08 
Awatar użytkownika
Moderator

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Po kilku minutach marszu dopchałam wózek do kwatery psicy. Pożegnałyśmy się, rezygnując na razie z gry w warcaby, bo liczyło się dla mnie spotkanie ze sztabem. Odmachując i mówiąc obnizonym głosem "Jeszcze się spotkamy" ruszyłam w stronę kwatery dowództwa. Zapukałam do drzwi sztabu po czym weszłam do środka.

Knuckles siedział przy stoliku, obserwując miejsce oddzielone dodatkową ścianą. Sergio zmienił bandaż na dłoni Hersh, kiedy mors Flint skanował coś przy samej ścianie.


- Mogę śmiało powiedzieć, że komputerek sam w sobie nie ma już żadnych metod wysadzenia się... Po prostu to była reakcja na próbę infiltracji. Kilka informacji mogło zdążyć jednak z przejściem na dekoder. - podsumował i opuścił pomieszczenie. Ściana otworzyła się.

- Doskonale... - odetchnął z pewną ulgą Sergio. - Dekoder jest cennym narzędziem. - podszedł mimo wszystko niepewnie i dobył gadżet ostrożnie jakby brał niemowlaka.

- Dobra, to znam teraz dobry test na sprawdzenie czy działa - podeszłam nieco bliżej i wystawiłam rękę po komputerek. Ten zapikał i zadziałał.

- Na wszelki wypadek jednak stań ode mnie w bezpiecznej odległości, dobra? - poprosiła kotka, kryjąc się nieco za dłońmi.

- Okej, to teraz chciałabym wykonać połączenie z "dowództwem" jeśli można - wskazałam palcami cudzysłów podczas gdy zakładałam komputerek na rękę. - Czy jest jakaś mała informacja którą mogłabym im podać w razie czego? Albo coś bardzo ogólnego co już nawet imperialni wiedzą. - zwróciłam się do Sergio.

- Daj znać, że masz informacje o transporcie żołnierzy zbliżającym się naokoło do Massif City w sile osiemdziesięciu żołnierzy... Nawet nie będą wiedzieli, że uderzy ich dużo większa siła.

- Okej, dzięki... a teraz dajcie mi chwilę.

Odeszłam na bok i zaczęłam machać rękoma by nieco się zmęczyć. Przetarłam oczy i mocno się spoliczkowałam dwukrotnie. Na nieco poruszonych ludzi w pomieszczeniu jedynie wskazałam by się nie przejmowali. "Kurcze... mogłam zrobić to wcześniej... teraz patrzą na mnie jak na wariatkę, a ja tylko się przygotowuje do roli." Podeszłam do kąta i przyklękując ustawiłam się tak by moi rozmówcy po drugiej stronie nie widzieli reszty pomieszczenia. Zaczęłam się łączyć. Komputerek zaczął odbierać połączenie. Sam Sergio przeniósł się obok Hersh, jakby chcąc dołączyć do niej w obawach. Tylko Knuckles hardo siedział przed stołem, ale też w bezpiecznej odległości aby cię nie przyuważyć.


- Halo, kto tam? - szum i po chwili pojawił się hologram kwadratowego łba Cubota. Po chwili był już w całej krasie.

- Halo? No! Nareszcie! W końcu... - mówiłam podniosłym szeptem oddychając przy tym ciężko. - Słychać mnie?

- Tak, słychać doskonale! Co tam słychać?! - Cubot zaczął mówić tak głośno, że aż Knuckles zakrył twarz w załamaniu. Ktoś taki dostał dowodzenie nad armią Imperium. Tak tylko wkopałby w normalnych warunkach własnego szpiega.

- Niezbyt dobrze... zaczynają coś podejrzewać. Udało mi się na razie ich jakoś przekonać, ale mają mnie na oku. To cu... - przerwałam wychylając się na chwilę na bok po czym kontynuowałam mówiąc jeszcze ciszej. - Cud, że w ogóle udało mi się połączyć. Poza tym coś grzebali przy tym szmelcu, obstawiam, że wiele nie wyciągnęli, ale kto wie. Sytuacja na froncie też nie wygląda najlepiej. Wieść o Sentinelach obeszła się po całym Ruchu Oporu i o ile wcześniej wiele osób miało wątpliwości co do konieczności prowadzenia wojny tak teraz wszyscy zgodnie stają do walki. Nie wiem jak obecnie wygląda sytuacja w Silver River bo ściągnęli mnie do sztabu na przesłuchanie, ale... - ponownie przerwałam tym razem wstając i trzymając się ściany przeszłam szybko do drugiego kąta uważając by nie skierować ręki w złą stronę. - ...ale obstawiam, że nie planują na razie żadnych grubszych akcji. Słyszałam coś że do Massif City pójdzie jakiś mały rekonesans, niecała setka ludzi. To z grubsza tyle.

- Setka?! Wow, sporo...

- Cubot, co ty robisz? - odezwał się w tle Orbot.

- Mamy kontakt z Elną! - natychmiast po tych słowach jego głowa zostaje odepchnięta na bok.

- Witaj... Nie sądziłem, że jeszcze się odezwiesz po twoich odkryciach. Wyglądałaś na wściekłą. - robot uważnie zmrużył podejrzliwie oczy.

- I nadal jestem - zmarszczyłam lekko brwi. - Moim zdaniem nie jest to konieczne. Ale jako że walczę dla wyższych celów więc jakoś to przeboleję. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że teraz może grozić mi dekonspiracja - ponownie wychyliłam głowę udając wypatrywanie czy nikt nie nadchodzi. - Już zaplanowałam sobie kilka dróg ucieczki. Spróbuję przedrzeć się do naszych w City Line, albo pójdę jakąś inną drogą. Może na Wschód? Myślę, że przez ten czas wykonałam wystarczająco dobrą robotę by zasłużyć na nieco spokojniejszą posadkę w jakimś garnizonie w Imperium. Przynajmniej na krótki czas aż się nie zregeneruję - uśmiechnęłam się zawadiacko do Orbota, ale po chwili znowu się spłoszyłam i jeszcze bardziej wtuliłam się do kąta.

- Zobaczymy... Więc co ciekawego tam przekazałaś Cubotowi?

- Wysyłają taktyczną grupę niecałej setki żołnierzy na nasze plecy w Massif City! - wtrącił wreszcie żółty pomagier.

- Mhm... Gdzie dokładnie jesteś? - zapytał zainteresowany czerwony z byłych sługusów.

- W mobilnym sztabie Sergio, obecnie zacumowanym gdzieś w pobliżu City Line. Udało mi się znaleźć tu jakieś opuszczone pomieszczenie, ale co chwila coś słyszę. Może mam paranoję... chciałam wam dać znać, że żyję, ale ten stan rzeczy może się wkrótce zmienić. Jak jeszcze czegoś ciekawego się dowiem to dam wam znać. Jak nie to widzimy się za niedługo, już po drugiej stronie frontu - wysłałam im całuska i już się chciałam rozłączyć, ale dodałam. - Ach i mam nadzieję, że pieniądze cotygodniowo wpływały na moje emerytalne konto, tak jak się um... szlag! -

Przerwałam szybko zrywając się i kończąc transmisję. Wstałam i odetchnęłam z ulgą, a następnie ukłoniłam sie w stronę swojej widowni w postaci sztabu. Kilka sekund po upewnieniu że na pewno transmisja została wyłączona, Hersh wykonała oklaski, kiedy Sergio i Knuckles pokiwali głowami z uznaniem.


- Zbadamy co tam udało się nabyć z komputerka. I miejmy nadzieję, że nasza sztuczka zaskoczy siły wroga w tym mieście. - wilk natychmiast poprawił okulary spuszczając dziwnie nienaturalnie głowę. Wyglądało to trochę, jakby próbował podeprzeć głowę ręką. Knuckles obrócił się i kiwnął Hersh, po czym spojrzał na ciebie.

- Widzę, że próbujesz zmusić nas do wysłania cię na wschód... Skoro się tak upierasz, co powiesz na wyruszenie drugiego dnia od teraz? - zapytał kolczatkowaty, patrząc prosto w twoje oczy.

- Byłabym bardzo wdzięczna Komandorze! - w moich oczach pojawił się błysk. Od razu wyprostowałam się w ekscytacji.

- Spokojnie... - od razu wystawił rękę, próbując ostudzić mój zapał. - Wszystko zależy od twojego działania... Zachęć ich do odebrania cię stąd. Tylko siły Imperium mogą bez przeszkód zabrać cokolwiek na Wschód. Jutro z rana spróbujemy ustalić jak możesz opuścić te pozycje tak, by wyglądało to naturalnie i nie skrzywdziło naszych sił... A potem wszystko zależy od ciebie. Musimy też znaleźć sposób na bezpieczną komunikację...

- Jestem pewna, że dałoby się coś wykombinować z tym - wskazałam na komputerek. - Znam co najmniej dwa ogony, które bez problemu by zrobiły z tego komunikator kompatybilny z waszym. Co do dostania się na Wschód. Myślałam też o udaniu się tam na własną rękę. - włączyłam komputerek i wyświetliłam mapę regionu. - Uciekłabym tędy, a następnie idąc takim łukiem przedarłabym się na tereny imperium i tam załatwiłabym sobie jakiś transport na wschodni kontynent.

- Okej... W każdym razie, musisz zrobić to wiarygodnie. Najlepiej daj im jeszcze jakiś sygnał w tych dwóch następnych dniach, aby mogli poczuć pewniej twoją obecność. Po prostu daj znać jak będziesz chciała to robić, to damy ci miejsce i zrobimy wszystko, żeby nikt nam tu nagle nie wszedł... - Knuckles zastukał o stół. - A na razie spędź spokojnie te dni. Pomyślimy nad jakimiś informacjami które możemy przekazać wrogowi...

- O, to na pewno się przyda. Obawiam się, że jak przedrę się do City Line to po prostu każą mi zostać i walczyć dlatego wolę przedrzeć się gdzieś dalej. Dopracuje jeszcze swój plan i dam wam znać co i jak. Mogę wam nawet załatwić wiarygodną ucieczkę, która zmyliłaby nawet członków Ruchu Oporu - zaśmiałam się i skierowałam się do drzwi. Przystanęłam w nich i odwróciłam się w ich stronę - Raz jeszcze dziękują za wyrozumiałość i za spełnienie mojej prośby. Nabroiłam i teraz to odkręcę, obiecuję!



Drzwi zamknęły się tuż za mną po moim odejściu. Odetchnęłam z ulgą sunąc korytarzami bazy. "A więc nareszcie, co? Nareszcie ruszam na Wschód... teraz... świat zobaczy na co mnie stać" pomyślałam sobie marszcząc lekko brwi, ale po chwili ponownie się rozpogodziłam. "Ale jeszcze dwa dni. Teraz czas zebrać siły i przygotować się. Lepiej powiem też Jo..." przełknęłam ślinę na samą myśl o niej, ale śmiałym krokiem ruszyłam w stronę siłowni chcąc sprawdzić czy może wciąż tam jest i iśc do jej pokoju jeśli nie.

_________________
Obrazek

Już my wam damy popalić!
Imperium Eggmana zawsze na fali!


Online
 Tytuł: Re: Sonic after Forces
Post: 20 sie 2019, 22:42 
Awatar użytkownika
Opiekun

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Elna

Jo nie było na siłowni, gdzie ogólnie znajdował się teraz tylko jakiś szop ćwiczący na sztandze.
Lisicę znalazłaś już w jej pokoju. Miała na sobie luźną jaskrawożółtą koszulę z krótkim rękawkiem i noszone jeszcze w Silver River dżinsy, a oprócz tego na barkach miała jakiś ręcznik. Składała na łóżku pomarańczowe ubrania z siłowni. Wnioskując po dokładnym ułożeniu jej włosów, pewnie skończyła prysznic po ćwiczeniach i teraz chciała zanieść przepocone ubrania do pralni okrętowej, która miała znajdować się piętro wyżej.

Tym razem nie była sama. Kwaterę zajmowała z kilkoma rannymi, jak już mówiła wcześniej, a dwójka z nich właśnie była na miejscu.
Pies z charakterystycznym żółtawym futrem wymieszanym z czarnymi liniami świadczącymi o farbowaniu nosił tylko buty, rękawice i pas z narzędziami, wyglądając trochę jak sam Sergio. Na jego
lewej dłoni widać było jakiś gęsty bandaż, kompletnie unieruchamiający palce.
Druga była czarną pumą o dostrzegalnie nieco wyższym wzroście. Nosiła szary kombinezon w stylu "body" z nogawkami sięgającymi połowy ud, a wyróżniało ją oklapnięte w wyniku mniejszych ran lewe ucho. Miała bandaż na nodze, dlatego chodziła zazwyczaj o kulach.
Oboje grali w tym czasie w warcaby, najpewniej jedne z tych pożyczanych autorstwa Stephena i Stevena. Ewentualnie sami mogli je sobie zrobić, bo gdzieś w bibliotece zostawiono nawet szkic jak je zrobić i czego potrzeba.

- O, Elna! - Jo dojrzała cię od razu po ułożeniu ubrań pod ręką i podeszła do "framugi" drzwi. O ile drzwiami można nazwać otwór do sprawdzania rakiet, które dawniej stacjonowały tu za czasów służby jako silosy rakietowe...

Will

Nietoperz miał nieco niepewne spojrzenie na ten temat.
- Akurat nie wiem, czy powinieneś tam iść w własnej osobie... - odpowiedział Derric. - Bo wiesz, jego paranoja może go doprowadzić do gorszych akcji nawet przy mistrzowskim alibi. Sam wiesz, że gość jest nieprzewidywalny.
- A co, chcesz ty się tam wybrać? - zacząłeś podrzucać długopis w ręce. - Czemu niby nie, ale weź Kirę dla wsparcia. - uśmiechnąłeś się paskudnie starając przy okazji, aby Bruce nie zauważył wspomnianego grymasu.
Derric chwilę patrzył ci w oczy i pokiwał głową jakby naturalnym przytaknięciem.
- Cóż, na pewno bardziej buduje zaufanie ode mnie... Bruce, zaufałbyś komuś z takimi bliznami? - tu wskazał swoje ślady.
- Na pierwszy rzut oka pewnie nie. - przyznał i nietoperz wskazał kreta w stylu "Widzisz, mam rację!".
- Samoocena ciągnie cię na dno stary... No dobra to wy się możecie wybrać do tej Fatimy. A ja w takim razie postaram się wziąć jak najszybciej za ten pancerz...
- Cóż, to nie są małe ślady. - Derric nałożył wcześniejszą kartkę na nowe miejsce skończenia czytania książki i wstał. To dam znać co do pomysłu...

Derric jednak zatrzymał się w połowie drogi do drzwi.
- Tylko co chcesz w ten sposób osiągnąć? - zapytał.
- Mamy więc ojca Ahmisa, o którym wiemy tylko, że ruszył w znaną sobie stronę walczyć z Eggmanem... To daje nam teraz dużo. Na przykład... - zacząłeś wyliczanie.
*Ojciec Ahmisa jest w niewoli u Anonima. Odwróci to skupienie Ahmisa od nas i on sam stworzy swoją własną tajną rewoltę którą będziemy mieć na oku i nakierujemy na swoją korzyść... Ahmis jest do tego zdolny, ale my możemy nim sterować.
*Możemy też powiedzieć, że to my mamy coś wspólnego z ojcem Ahmisa aby ten ruszył do Anonima i pracował dla niego... My go nafaszerujemy fałszywymi informacjami i go wykorzystamy...
*Ewentualnie możemy z jego ojca zrobić jakiegoś ważnego kolesia w szeregach zielonych, aby Ahmis został naszym kretem u Anonima...
- Czyli kontrolujący koleś sam jest kontrolowany... Brzmi jak typowy aparat władzy... - Derric pokiwał głową. - Dobra, jednak te blizny się na coś przydadzą. Torturowany przyjaciel z wojska... - opuścił pomieszczenie. Gdy kroki ucichły, Bruce wreszcie się włączył.
- To... o co chodziło z tą samooceną? - chyba jednak kret dojrzał uśmieszek.
- Ehhhhh... Derric uważa że te blizny robią z niego żywego stracha na wróble, dzieci, kobiety, starców, potencjalnych pracodawców, znajomych... - wymieniłeś kolejne opcje społeczne, w których Derric uważa się za przegranego.
- Bądźmy szczerzy, on pod tym kątem jest wyjątkowy... - zwrócił uwagę kret. - Ja nie widziałem nikogo z tak poharataną twarzą.
- Z przyzwyczajenia nie zwracam uwagi na takie rzeczy... - instynktownie drapnąłeś się w miejscu swojej koszuli, gdzieś przy jednej z swoich własnych blizn. - No i z zawodowej grzeczności.
- Ja też staram się nie zwracać uwagi. Ale wiesz, on sam teraz zapytał... - machnął ręką, wiedząc jak niepotrzebne jest wyjaśnianie.

Minęła krótka chwila.
- Co teraz? - zmienił temat.
- Tobie proponuję zorganizować twoją część ekspedycji. Spotkaj się z tymi dowódcami, wybadaj ich... I pamiętaj o tym pancerzu dla Derrica... Jakbyś dał radę, to potrzebuję tak gdzieś 2,5 metra czarnego materiału. - w głowie układał ci się plan na sprzęt.
- Czarny materiał... Spróbuję załatwić na targu, chociaż powoli mi samemu kończą się oszczędności.
- Ahhhh... Kasa... - od razu przed oczami błysnął ci twój własny, niemalże pusty portfel. - Racja, potrzebujemy diabelnie siana. Jakiś pomysł?
- Ja planuję poszukać jakiejś mniejszej pracy, żeby zdobyć trochę na życie. Powiem ci, że obecnie ceny są dużo niższe niż zazwyczaj. Pewnie przez napływ uchodźców i fakt, że teraz deflacje i inne inflacje nie mają znaczenia...
- Dlatego nie lubię tego osiadania....Jakoś nie umiem się odnaleźć się w stałej pracy, chodzeniu w kierunkach praca-dom... - zacząłeś gapić się w sufit. - Czym jest praca dla nas? Tych którzy rzucili wyzwanie bóstwu? Nie... Robimy rzeczy wielkie to i w wielkim stylu musimy zarobić!
- Może podczas samej wyprawy będziemy mieć stałe zarobki... - zamyślił się Bruce. - Chociaż nie, wtedy przejdziemy po prostu na zasoby straży. - parsknął nieznacznie pod nosem. Poważna twarz uświadamiała, że jednak nie przeszkadzała mu ta opcja.
- Szczerze... To mam nadzieję że jak to wszystko się skończy w miarę szybko... To Clem mi nie wyskoczy z planem zamieszkania w wiosce na końcu świata i tak dalej. Ja nie dam rady z takim czymś. O ile ona do mnie.... - chrząknąłeś, ucinając temat.
- Nie będę wnikać, bo ja na to nie odpowiem... - Bruce wstał i zaczął robić kanapkę z wędliną. Chyba pokonał swój strach co do jego pochodzenia.

Derric na moment tylko wrócił wziąć łyk butelki armaniaku nalanej do szklanki.
- Jakby co, nawet nie krępujcie się z braniem całości... Chociaż zachowajcie mi trochę na następne dni. A teraz idziemy się rozeznać gdzie może ta Fatima dokładnie mieszkać, jakieś sugestie? - po wypiciu odłożył szklankę do zlewu.
- Ahmis kiedyś opowiadał, że zamieszkała w domku dwupiętrowym z dachówkami. - odpowiedział Bruce.
- Zawsze jakiś trop... Dzięki, może też znajdę sobie coś co mi się przyda do tego pancerza. - kiwnął mu dłonią z butelką i opuścił pomieszczenie.
Postanowiłeś więc trochę zająć się elementami zbroi jakimi tylko mogłeś w obecnej chwili. W międzyczasie Bruce po posiłku poszedł poszukać czarnego materiału. Przypomniał sobie o pewnej szwalni, więc może tam się uda nabyć po jakiejś lepszej, dla jego powoli opustoszałego portfela, cenie.


Offline
 Tytuł: Sierpniowy Evil #8 (Wpis #49)
Post: 21 sie 2019, 0:33 
Awatar użytkownika
Kolega

 Dane użytkownika: Dane użytkownika
Zaczęło się. Po raz kolejny wyciągnąłem swój karabin. - (Nie ma co, przed głównym daniem można spróbować ustrzelić kilka płotek.) - pomyślałem, po czym lekko się wychyliłem by oddać strzał.
Pocisk ranił biegnącego naprzód hienowatego, obalając go w wyniku dziury zrobionej na kolanie. Chwilę później pociski białych Wisponów go wykończyły. Ostrzał umacniał się i siły wroga panicznie próbowali się jakoś wycofać... Ale ciężarówka znalazła się pod ciężką bombardą i Korpusowi błyskawicznie podziurawili materiał okrywający przyczepę pojazdu. Chyba zdjęli co najmniej jednego wroga, bo jego ciało przeleciało na światło dzienne.
- Uwaga, próbują wziąć nas od skrzydła! - uprzedził jakiś ryś z szeregów wroga. Rzeczywiście szli od prawej trzej przeciwnicy.
Gdy tylko ich zobaczyłem, ponownie przerzuciłem karabin na plecy i wróciłem do jedynej słusznej broni dla mnie, mojego bejsbola.
- To, co panowie, który z was dołączy do mnie, by pokonać kilku Sztandarowców? - zapytałem, gotowy do ataku.
- Prowadź. - odezwał się na to krótko Gomez, idąc obok mnie z swoimi dwoma toporami.
- Nie musisz mi tego dwa razy powtarzać! - krzyknąłem, po czym zacząłem szarżować w kierunku przeciwników.
Trójka wrogów, skunks, ryś i jeżozwierz, zaczęła strzelać, jednak kolejna eksplozja z Bomb Wispona nieco przeszkodziła im w ostrzale. Gomez dobiegł nieznacznie szybciej pomimo pancerza, szybkim cięciem topora skracając wzrostem rysia. Dobiegłem do stojącego bliżej mnie skunksa.
Zamachnąłem się potężnie bejsbolem w kierunku skunksa. Tak jak przy poprzednim podobnym ataku, celowałem w sam środek głowy.
Skunks wymierzył broń w moją klatkę piersiową, ale bejsbol był szybszy. Hełm pękł pod uderzeniem i przeciwnik poleciał w bok, prosto na barykadę. Broń upadła i pod wpływem uderzenia w ziemię strzeliła ku budynkom w oddali. Jeżozwierz tymczasem ostrzeliwał Gomeza, ale jego pancerz przyjął na klatę pociski. Chwilę później trzeci i ostatni przeciwnik został uderzony rzuconym toporem w klatkę piersiową. To tylko kwestia czasu aż umrze... Bawół jeszcze wyrwał tą broń z jego ciała.
Czułem, że znowu jestem w swoim żywiole, jednak bejsbol i walka w zwarciu to jest to w porównaniu do strzelania z jakiegoś tam karabinku. Po załatwieniu skunksa stanąłem w pozie obronnej na wypadek nagłego ataku, byłem gotowy do ewentualnego parowania. Zacząłem rozglądać się w poszukiwaniu kolejnych wrogów.
Siły wroga dostawały tęgiego łupnia. Pociski przerzedziły ich już do mniej niż dziesięciu, a kolejni nawet się nie zbliżali. W końcu pojawiła się prowizoryczna biała flaga zrobiona poprzez zawiązanie rękawów białej koszuli na karabinie. Ostrzał na moment przerwał się i przeciwnicy zaczęli odrzucać bronie.
Zacząłem rozglądać się na swoich.
- Co? Tak po prostu? To wszystko? - zadawałem pytania, jednak nie były one sprecyzowane do żadnej konkretnej osoby. Zadawałem je w tłum mojej drużyny, niedowierzając temu, co się stało. - Tchórze... - prychnąłem z pogardą pod nosem.
- Lepiej już żyć niż bezsensownie ginąć... - splunął w twoim kierunku Sztandarowiec-borsuk, który podrzucił swój karabin z koszulą jako ostatni. Wszyscy klęczeli z rękami na głowie, kiedy dwóch Korpusowych sprawdzało czy nie mają czegoś jeszcze. Pozostali asekurowali pozycje.
- Lepiej zginąć w walce z honorem niż bez honoru się poddać... - odpowiedziałem splunięciem na splunięcie, po czym zacząłem szukać wzrokiem Hatiego.
- Jak myślisz, to już koniec czy mamy spodziewać się jeszcze jednej fali? - zapytałem tygrysa, gdy tylko go odnalazłem.
- Zobaczymy... Bądźmy gotowi. - Hati znów stał obok drzwi, przepuszczając nowych jeńców.


Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Szukaj:
 [ Posty: 636 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 39, 40, 41, 42, 43  Następna

cron



więcej linków
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group

Polityka Prywatności

Blueblur is a fansite that is not in any way officially affiliated with SEGA. Sonic the Hedgehog and other associated characters are owned and copyright © SEGA Corporation. Published material and comments represent the thoughts of their authors.
</body> </html>